Zaczarowany królewicz (Korotyńska, 1935)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Zaczarowany królewicz
Podtytuł Baśń fantastyczna
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 10
Wydawca „Nowe Wydawnictwo”
Data wydania 1935
Druk „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY.



Zaczarowany



królewicz.
Baśń fantastyczna
napisał Promyczek.
Z ilustracjami.
NAKŁADEM „NOWEGO WYDAWNICTWA“
WARSZAWA, ul. MARSZAŁKOWSKA 141.
Druk. „BRISTOL“ Warszawa, Elektoralna 31.






W dużem stołecznem mieście, w zamożniejszej dzielnicy, mieszkał szanowany przez wszystkich kupiec. Był to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, na którego nazwisku nie było żadnej najmniejszej skazy, przytem odznaczał się wielką dobrocią serca i miłosierdziem. Po śmierci pierwszej żony pozostała mu córeczka Zosia, bardzo miłe i dobre dziewczątko. Kochał ją nad życie, a że zmuszony był często wyjeżdżać za interesami, martwił się wciąż o to, że zostawia swe jedyne dziecko na opiece służących. Wreszcie, namówiony przez swych blizkich krewnych, ożenił się po raz drugi, ażeby dać dziecku swemu opiekunkę.
Zapóźno spostrzegł, że źle uczynił. Opieka dobrej przywiązanej sługi stokroć lepszą byłaby od tej, jaką dawała dziecku macocha.
Lubiąca się bawić, rzuciła się w wir świata, zapominając o przyjętych na siebie obowiązkach.
Mała Zosia, opuszczona przez wszystkich, po większej części siadywała u okna lub na progu domostwa, aby, spostrzegłszy swego ukochanego ojca, wybiedz naprzeciw niego i przywitać.
Ojciec martwił się swą omyłką — nie myślał nawet, żeby mogła być kobieta tak złego serca, jak jego żona — a przekonawszy się po niewczasie, błąd swój gorzko opłakiwał.
Żona kupca, doczekawszy się tego, za czem uganiała, t. j. opływając w dostatkach — nie zwracała już uwagi i na męża, uważając go tylko za narzędzie do wypełniania jej rozkazów i poleceń.
Miała ona dwie córki z pierwszego małżeństwa: Krysię i Manię — temi zajmowała się o tyle, że lubiła je stroić i wyprowadzać na bale, o charakter ich i cnoty nie dbała zupełnie. To też wyrosły one wprawdzie na ładne panny, ale tak jak matka były próżne i bez serca. Na tem wszystkiem najwięcej ucierpiała Zosia.
Ojciec wyjeżdżał często, nie miała więc przed kim użalić się na niesprawiedliwość i krzywdę, jakie ją od macochy i sióstr spotykały.
Zawsze na ostatniem miejscu, zawsze skromnie a nawet ubogo ubrana, odsuwana była od zabaw wszelkich, i nawet w domu, gdy ojca nie było, nie przypuszczana do obcowania ze znajomymi, którzy licznie dom żony kupca odwiedzali.
Wrobił się w niej wskutek tych okoliczności charakter cichy i smutny. Serce miała niezwykle tkliwe na niedolę bliźnich; wszędzie, gdzie czuła łzy, biegła z pociechą i pomocą. A już nadewszystko kochała swego dobrego ojca.
Razu pewnego kupiec wyruszał za interesami w dalekie kraje, skąd powrócić miał dopiero za kilka tygodni.
Macocha wraz ze swemi dwiema córkami cieszyła się z tego, bo wiedziała, że przywiezie jej cenne podarki. Nie dbała wcale o obecność dobrego męża, bo i co ją obchodził spokojny i nie lubiący się bawić człowiek, gdy wkoło miała towarzyszki i towarzyszów zabawy.
Już od wieczora poprzedzającego wyjazd kupca, Zosia popłakiwała wciąż po cichu.
Podczas gdy obie jej siostry przyrodnie bawiły się i tańczyły w sąsiedztwie, ona albo siedziała u kolan ojca, wpatrując się w jego ukochaną twarz, albo też w kąciku przy swojem łóżeczku płakała żałośnie.
Nadszedł ranek, kupiec z walizką w ręku przyszedł żegnać się z żoną i dziećmi. Wyjeżdżał daleko, nie wiedział kiedy powróci, więc żal ściskał mu serce i z rozrzewnieniem patrzał na swych ukochanych.
Zza drzwi bocznych wybiegła z płaczem Zosia i rzuciwszy się na szyję ojca rozpaczliwie wołać poczęła:
— Ach, nie odjeżdżaj, nie odjeżdżaj ojczulku, nie pozostawiaj mnie samą!
— Jakto samą? — masz przecie matkę i siostry — odpowiedziała na to zjadliwym głosem macocha.
— Patrzcie — jakto udaje i pochlebia ojcu przed wyjazdem — fałszywa! — pisnęła córka.
— Wiemy dobrze o co jej chodzi! — zaśmiała się szyderczo druga córka — wie, że ojciec przywozi z drogi podarki, chce dostać najlepszy i najcenniejszy...
— Nie dokuczajcie jej, proszę was — wtrącił kupiec — lepiej powiedźcie, co której mam przywieźć?
— Pragnę już oddawna — rzekła macocha, mieć naszyjnik z prawdziwych pereł, z medaljonem brylantami wysadzanym... Ale pamiętaj, że klejnoty te nie mogą być fałszywemi...
— Z największą chęcią przywiozę ci żądany naszyjnik — odrzekł kupiec — co do tego, że będą one prawdziwe, możesz być zupełnie spokojna... nie lubię kupować szkiełek...
— A mnie — przerwała starsza pasierbica — proszę, ojcze, przywieźć jedwabnej materji na suknię. Za miesiąc imieniny królewskie, będzie bal wspaniały muszę być najpiękniej ze wszystkich ubraną, a i najkosztowniej. Dam ci, ojcze, próbkę materji — ma być blado różowego koloru i najlepszego gatunku...
— Bądź spokojną, moje dziecko, przywiozę ci to o co prosisz...
— Mnie, ojcze, przywieź bransoletę szczerozłotą z rubinami i brylantami i kolczyki z takiemiż kamieniami. Ale gustowne i modne...
— Dobrze, dziecko, przywiozę... A ty, Zosieńko, o co prosisz?..
— Przywieź mi, ojczulku, krzaczek róż — będę ci za nie bardzo wdzięczną... A co najważniejsze — przyjeżdżaj jaknajprędzej do domu...
— Cha-cha-cha! — zaśmiała się macocha — i cóż ci po krzaczku róż?..
— Posadzę go na grobie mojej matki, grób taki smutny i opuszczony...
— Nie do nas należy pilnowanie i upiększanie grobu twojej matki — odcięła się starsza siostra — matka twoja dla nas jest obcą...
— Nie śpierajcie się z sobą — odezwał się kupiec — żegnam was, bądźcie dobre dla Zosi, a ty, Zosiu, nie płacz, postaram się wkrótce przyjechać, i róże, o które prosisz, przywiozę...
Z temi słowy kupiec, ucałowawszy żonę i córki, wsiadł do powozu i pojechał. Za powozem przez długi czas rozlegało się łkanie Zosi i wyśmiewanie się z niej jej sióstr przyrodnich.
Wśród zabaw i uciech dla macochy i jej dwóch córek szybko przeminął miesiąc, Zosi czas się dłużył, bo tęsknota za ojcem szarpała jej młode serduszko. Liczyła dni i godziny powrotu, a gdy przyszedł list od kupca, zawiadamiający o rychłym przyjeździe do domu, radości jej nie było końca.
O, z jakąż radością witała powracającego ojca, jak tuliła swą złotowłosą główkę do barczystej postaci najukochańszej na świecie istoty. Płakał i kupiec z radością, że zdrów i cały wrócił pod dach rodzinny i że widzi wszystkich zdrowymi. Chwilami jednak jakiś wyraz bolesny przelatywał po twarzy rozradowanego kupca, szczególniej, gdy na ukochaną swą patrzał Zosieńkę. Widocznem było, że boleść nurtuje jego sercem, że chciałby pozostać sam ze swą jedynaczką. Niedługo na to czekał. Macocha i córki przyrodnie, ucieszone z darów im przywiezionych, nie spytawszy się nawet o zdrowie swego karmiciela, wybiegły natychmiast do przyjaciółek, aby kosztownemi pochwalić się podarkami. Pozostała tylko z ojcem Zosieńka.
— Co ci jest, ojcze najdroższy, — zapytała, całując go serdecznie — czybyś był niezdrów, lub też nie powiodły ci się interesa?..
— Moje, drogie dziecię — odrzekł ze łzami kupiec — interesa były korzystne, zdrów też jestem, idzie mi o coś ważniejszego od interesów — o ciebie, córeczko... Stało się wielkie i nienaprawione nieszczęście...
— O mnie idzie? — o, to nic — zrobię wszystko co każesz i załatwię wszystko, ale o co to chodzi, ojczulku?
— Widzisz, Zosiu, — rzekł wzruszony kupiec — gdym załatwił swe wszystkie interesa, kupiłem żonie i córkom podarki — wyruszyłem na poszukiwanie róż dla ciebie. Jestto czas okwitania tego kwiatu i dlatego nigdzie go znaleźć nie mogłem.
Smutny, że ci takiej drobnostki nie mogłem wynaleźć, wracałem do domu i oto naraz ujrzałem przed sobą cudnej piękności ogród, a w nim mnóstwo krzewów różanych. Przesadziłem płot i jednej chwili znalazłem się we wspaniałym parku, w którym całe klomby róż roznosiły woń swą dokoła.
Porwałem najpiękniejszy krzaczek i przejść chciałem przez wrota, gdy naraz stanął przedemną zwierz olbrzymiej postaci i straszliwym głosem zakrzyknął: Jakiem prawem bierzesz kwiaty z mojego ogrodu! Struchlałem i tłomaczyłem mu, iż byłem przekonany, że za tych kwiatków kilka nikt gniewać się nie będzie, że wreszcie nie mogąc znaleźć pana tego ogrodu, skuszony cudnemi różami, o które prosiła mnie córka, urwałem, aby jej dar ten zawieźć.
Ryknął, żebym mu nazajutrz po przyjeździe do domu przywiózł ciebie, a jeśli tego nie zrobię, pożre mnie i cały mój zniweczy dobytek. Jakżeż więc nie mam płakać?!
Rzuciła się Zosia w objęcia ojca, a całując go czule, zapewniła, że ma przeczucie, iż nic się jej nie stanie, że pojedzie z nim do tego zwierza i przebłaga za urwanie dla niej różyczek.
Nazajutrz, ku radości dwóch córek macochy, wyjechała Zosia z ojcem do okrutnego zwierza, mając w sercu nadzieję, że Bóg jej nie opuści.
Przyjechawszy przed wrota ogrodu, biedny ojciec gorzko zapłakał. Zosia żegnała ojca ze łzami i nie byłoby końca pożegnaniom, gdyby nie duży biały zwierz, który, zjawiwszy się przed nimi, kazał Zosi iść do przygotowanego dla niej pałacu. Zrozpaczony kupiec wracał do domu z tem przeświadczeniem, że nie ujrzy już więcej swojej Zosieńki, a nie chcąc mieć smutnych wspomnień w domu, w którym była dla niego pociechą i szczęściem, zaraz na drugi dzień w daleką wybrał się drogę.
Zosia drżąc cała ze strachu weszła do pałacu, gdzie ujrzała zastawione z wykwintnem jadłem stoły, a usiadłszy przy jednym z nich zjadła trochę owoców i wyszła do czarownego ogrodu. Zwierzę stało u drzwi pałacowych i nie robiąc nic złego dzieweczce, przyglądało się jej z zachwytem.
Zauważyła Zosia, że miało oczy bardzo smutne i jakieś niezwierzęce i uczuła litość i sympatję dla biednego stworzenia.
Codziennie rano spotykał ją u wrót pałacu, przeprowadzał ją przywiązanym wzrokiem i nie narzucając się jej nigdy, jak pies wierny pilnował, aby się jej co złego nie stało.
W całym pałacu nie było nikogo prócz ich dwojga; jakaś niewidzialna ręka ustawiała talerze i potrawy, słała łóżko Zosi i wyświadczała jej różne posługi.
Nie brakło jej niczego, otoczona była przepychem, zwierzę kochało ją bardzo i nie robiło przykrości, a jednak biedna Zosia zalewała się łzami tęsknoty za ojcem, o którym nic a nic nie wiedziała.
— Czy zostaniesz, Zosiu, moją żoną — pytał ją codziennie dobry zwierz. A Zosia odpowiadała mu zawsze to samo, że lubi go bardzo, ale żoną jego nigdy nie będzie.
Odchodził zwierz z jękiem bolesnym, aby nazajutrz to samo zadać jej pytanie.
Tęsknota Zosi martwiła zwierzę, to też, chcąc jej zrobić przyjemność, podarował lusterko czarodziejskie, w którem widzieć mogła, co porabia jej ukochany ojciec.
Jednego dnia, Zosia, spojrzawszy w lusterko, ujrzała ojca płaczącego rzewnie i zrozpaczonego o nią. Przybiegła do zwierza i szlochając opowiadała mu o tem.
Dobre zwierzę, choć zbolałe rozłąką, chcąc jednak uradować Zosię, pozwoliło wrócić na jakiś czas do domu, zobaczyć się z ojcem i przybyć do niego z powrotem.
Ucieszyła się dzieweczka, ucałowała z radości dobre zwierzę i wziąwszy czarodziejskie lusterko, w którem miała codziennie przeglądać się, aby zobaczyć, co się dzieje ze stęsknionym za nią zwierzęciem i, obiecawszy wrócić za dwa tygodnie, przeniesiona została cudownie do swego domu.
— Jeśli nie wrócisz, umrę! — powiedział zwierz do Zosieńki.
Pamiętając o tem, postanowiła wrócić po dwóch tygodniach.
Tymczasem minęły dwa i trzy tygodnie a Zosi tak było dobrze z ojcem, tak miło było z macochą i siostrami, które stały się dla niej dobre, odkąd cudownym sposobem zjawiało się przed Zosią wszystko, czego zażądała dla siebie i dla nich, że zapomniała zupełnie o czarodziejskim ogrodzie i jego właścicielu.
A biedne zwierzę napróżno czekało powrotu swej ukochanej Zosi. W pierwsze dni jej wyjazdu chodziło wprawdzie smutne i znękane po ogrodzie, ale krzepiła go wciąż nadzieja, że wkrótce powróci i znów swym widokiem rozweselać go będzie.
Ale, gdy minęły już dwa tygodnie, a Zosi nie było widać, rozpacz jego nie miała granic. Patrzeć nie mógł na miejsce jej przy stole niegdyś przez nią zajmowane, na ławeczkę w parku, na której przesiadywała, czytając lub robiąc robótkę; na kwiaty, które najbardziej lubiła.
W wielkim smutku i zniechęceniu przestał jeść i dni całe i noce leżał nieruchomy pod krzakiem róż i, jęcząc boleśnie, czekał śmierci...
A Zosi ani na chwilę nie przychodziło do głowy, żeby zwierzę tak bardzo umiało tęsknić, a już nie pomyślała o tem, że potrafiłoby z miłości umrzeć.
Wśród gwaru i zabaw, wśród ciągłych odwiedzin znajomych i przyjaciółek, zapomniała zupełnie o danem jej przez zwierzę lusterku, i rzecz prosta, nie zajrzała w nie nigdy, pomimo obietnicy w chwili odejścia z parku uczynionej.
Gdyby w nie codzień, jak to przyrzekła, spojrzała, nie byłoby jej już w domu u ojca. Zosia miała litościwe serduszko i nigdyby nie chciała, żeby ktoś cierpiał z jej powodu.
Razu pewnego zaproszono ją na wielki bal kostjumowy, na którym miała przedstawiać pasterkę. Przypomniała sobie wtedy o sukni na to odpowiedniej, w którą ustroiła się na przyjazd do rodziny. Raz ją tylko miała na sobie, była więc zupełnie świeżą i prześliczną. Przypomniawszy sobie dokąd ją schowała, wydobyła ją z szafy, a przeglądając kieszenie swojej sukni, spostrzegła czarowne lusterko, w które patrzała z początku, ale po tygodniu zapomniała o niem zupełnie.
Spojrzała w nie i struchlała z przerażenia i smutku. Zwierzę, leżąc w kącie ogrodu, dogorywało... Zrozumiała Zosia, że przyjaciel jej umiera z tęsknoty za nią i tejże chwili wyraziła życzenie, aby być przy nim.
Znalazła się natychmiast przed pałacem, ale spostrzedz nie mogła nigdzie umierającego. Z krzykiem boleści biegała po zakątkach ogrodu, szukając nieszczęśliwego zwierzęcia.
— Gdzie jesteś? — wołała w rozpaczy, — o, odezwij się... ach, ty pewnie nie żyjesz! o, ja nieszczęśliwa! jam twą zabójczynią! Żyj, zwierzu kochany, nie umieraj! już nigdy od ciebie nie odejdę!..
Naraz z kąta ogrodu ozwał się jęk cichy. Pobiegła Zosia w tę stronę i pod krzakiem różanym, tam gdzie zwykle siadywała z robotą lub książką do czytania, ujrzała dogorywające zwierzę.
Leżało bezwładnie na zielonej trawie, usłanej opadłemi płatkami róż, głowę miało spuszczoną ku ziemi i daremnie usiłowało ją podnieść ku Zosi. Ciche jęki wydobywały się z jego gardła i zdawały ulatać wraz z życiem.
Rzuciła się dzieweczka ku niemu i tulić go i całować poczęła. O, ty biedny, mój kochany przyjacielu, nie umieraj, patrz, jam przy tobie, twoja Zosia i nigdy od ciebie nie odejdę.
Z trudem wielkim podniosła głowę zwierzęcia, które, spojrzawszy na nią gasnącemi oczami, wyszeptało z wysiłkiem: — Dziękuję ci, żeś wróciła i że mówisz mnie, że zostaniesz nazawsze i że mnie kochasz, ale powiedz mi, czy chcesz być moją żoną?
Zawahała się Zosia przez chwilę, ale dobroć serca i przywiązanie do biednego zwierzęcia wzięło górę. Złożyła drobne rączki i zawołała z przejęciem: Będę, będę twą żoną — tylko nie umieraj!
W tej chwili znikło zwierzę, a przed zdumionym wzrokiem Zosi stanął piękny, w złote szaty przybrany królewicz i wziąwszy Zosię za rękę, rzekł do niej:
— Ocaliłaś mnie i dobrocią serca zdjęłaś ze mnie czary, miałem bowiem być dotąd zwierzęciem, dopóki mnie która z dziewic nie zechce wziąć za męża. Bądź błogosławioną, dzieweczko!
Z temi słowy przeniesieni zostali do mieszkania ojca Zosi, który z radością dowiedział się o szczęściu swej ukochanej córki.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.