Z papierów po nieboszczyku czwartym/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Z papierów po nieboszczyku czwartym
Podtytuł Obrazek
Wydawca W. Czajewski
Data wydania 1896
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział siódmy, mający tę wyższość nad szóstym, że jest bliższy końca.

Dwa lata zeszły mi w Woli, jak dzień jeden; przywiązałem się do dobrych ludzi, żaden cień przykry, żadne nieporozumienie nie psuło między nami harmonii.
Raz tylko panna Wanda pozwoliła sobie ze mnie zażartować, za co ją też przykładnie, chociaż może nadto surowo, skarciłem.
Było to tak; Jednego razu w salonie, na stole, dostrzegłem książkę Corneliusa Neposa. Przypuszczając, że takową panna Wada przez zapomnienie zostawiła, wziąłem, aby jej przy sposobności doręczyć i odwróciłem machinalnie okładkę.
Jakżem się zdumiał niepowszednio, ujrzawszy na czystej kartce, pomiędzy okładką a kartką tytułową, naszkicowany mój portret w karykaturze. Rysunek wyobrażał niby ułamek starożytnego fryzu, a na nim, jakby w płaskorzeźbie, profil mej twarzy, w okularach, skarykaturowany bardzo zręcznie, z podpisem; Dominus Melchiorus, Civis Romanus.
Oburzyło mnie to.
Bądź co bądź, jestem przecież nauczycielem, a aczkolwiek chłopcy, których uczyłem, rysowali moje sylwetki daleko gorzej i dużo złośliwsze robili pod niemi podpisy i uwagi, jednak nie mogłem zezwolić, aby takie szkolne koncepta czyniła panna. I to nie pensyonarka przecież, ale panna dorosła, sędzianka, jedynaczka, do której konkurenci czwórkami zajeżdżają.
Zajeżdżali już albowiem, o czem na swojem miejscu powiedziane też będzie.
Jakoż porwała mnie ostatnia pasya, w której gwałtownym przystępie, pochwyciłem ołówek i po krótkim namyśle, przekreśliłem delikatnie mój wizerunek na krzyż, a pod spodem dałem te słowa; „Non licet.“ i podpisałem na urągowisko: „Similis.“ Niechże panienka wie, żem się poznał i że z poważnych ludzi nie godzi się żartować.
Książkę pozostawiłem w salonie na tem samem miejscu. Niechże ją sama znajdzie, niech sobie pilnie moją uwagę odczyta, myśl w niej ukrywającą się zrozumie i tym sposobem karę zasłużoną odniesie.
Tak się też stało.
Gdy nazajutrz przyszedłem na lekcyę, panna Wanda była cokolwiek zażenowana i mogłem łatwo poznać po wyrazie jej twarzy, że książkę miała w ręku i że moja uwaga nie uszła jej oka.
Tem lepiej, pomyślałem sobie, oduczy ją to rysowania karykatur. Że ma talent do skrobania ołówkiem po papierze, to, jak dla mnie przynajmniej, nie ulega żadnej wątpliwości — i nieciłby talent ten rozwijała, niechby bawiła się rysunkiem, ale wybierając tematy przyzwoitsze. Przecież natura jest taka bogata i taka hojna zarazem w tematach dla rysowników i malarzy. Dała ona tyle krzaczków, drzew, kwiatów, ptaków, kotków, piesków, które za wzory do rysowania służyć mogą — dla czegóż więc wybierać koniecznie mnie, spokojnego człowieka, filologa i nauczyciela.? Radbym być pod tym względem nietykalnym.
Lekcja odbyła się dnia tego bardzo poważnie.
Uczennica nie przerwała jej ani jednem słowem niepotrzebnem, ani uwagą dowcipną. Była, jeżeli się tak wyrazić można, całkowicie skoncentrowana w uwadze.
Łaciny tego dnia w rozkładzie lekcyi nie było, tylko historya: dzieje drugiej połowy ośmnastego wieku i literatura.
Wysłuchawszy tego, co mówiła panna Wanda, rozpocząłem wykład dalszy i prowadziłem rzecz bez przerwy, do chwili, w której piękny zegar bronzowy pod kloszem wydzwonił godzinę dwunastą. Dokończywszy zdania, podniosłem się i sięgnąłem po kapelusz, aby wyjść.
Wówczas panna Wanda bardzo pokornym i słodziutkim głosem rzekła:
— Niech pan nie odchodzi, mam coś do powiedzenia.
Domyślając się poniekąd, o co chodzi, przybrałem minę poważną i o ile możności surową, jak przystoi obrażonemu w godności swej człowiekowi.
Nie długo jednak mogłem się w tym charakterze utrzymać, panna albowiem patrzyła mi prosto w oczy, z początku również poważnie, potem na jej twarzy zaczęły się robić jakieś szczególniejsze dołeczki, bardzo ruchliwe, na ustach pojawił się uśmieszek, pojawił się, zniknął, znów się pojawił, potem z uśmieszków zrobił się uśmiech, a z uśmiechów śmiech wdzięczny, srebrny, ale nie sarkastyczny, lecz przeciwnie, szczery jakiś i poczciwy.
Szczególna metamorfoza i zaraźliwa, bo i ja również, patrząc na tę ruchliwą twarzyczkę, na tę wesołość niewinną a szczerą, zacząłem się śmiać także, co w ogóle zdarza mi się rzadko, a podczas lekcyi nie przytrafia nigdy.
Wyciągnęła do mnie rączkę i rzekła:
— Panie Melchiorze, nauczycielu mój, zrobiłam karygodne głupstwo, za co pana z całą skruchą przepraszam.
Usiłowałem nastroić się na ten sam ton i odrzekłem:
— Panno Wando, uczennico moja, zrobiłem karygodne głupstwo, za co panią z całą skruchą przepraszam.
Roześmiała się znowuż.
— Ja pana przepraszam za ten nieszczęśliwy rysunek.
— A ja przepraszam panią za ten nieszczęśliwy dopisek.
— Panie, mówmy na seryo. Istotnie zawiniłam; miałam w ręku ołówek, a że myślałam o panu, więc mimowoli jakoś, sama nie wiem kiedy, zrobiła się ta karykaturka. Zniszczyłam ją już, proszę patrzeć, karta wydarta i spalona w piecu. Popioły z niej uleciały przez komin. Czuję całą niewłaściwość mego uczynku i przepraszam, przepraszam, przepraszam! Już się to nigdy więcej nie powtórzy, daję na to „verbum nobile.“
— Wierzę pani.
— Dziękuję, ale nie dość jest wierzyć, trzeba przebaczyć wietrznicy, trzeba zapomnieć zupełnie.
— Już zapomniałem.
— O ja wiem, że pan dobry jesteś, mój nauczycielu, i gniewać się nawet nie umiesz. Ja też panu wdzięczna jestem za wszystko, czegoś mnie pan nauczył i mam dla pana głęboki szacunek i życzliwość.
Wzruszyła mnie dziewczyna tem przemówieniem.
My, nauczyciele, rzadko kiedy odbieramy od uczniów dowody wdzięczności. Chyba kiedyś, kiedyś, jak już uczeń zestarzeje się i zupełnie mu łacina z głowy wyleci, przypomni sobie przy spotkaniu dawnego nauczyciela i dobre słowo mu powie.
I to jeszcze kwestya, mojem zdaniem, nierozwiązana, na jakim gruncie owo dobre słowo wyrasta? Czy jest ono istotnie owocem rozczulenia na widok dawnego mistrza, czy też tylko własnej, minionej bezpowrotnie, a tak każdemu drogiej młodości przypomnieniem?
Niech rozwiąże tę zagadkę, kto potrafi, ja wracam do mojej panny Wandy.
Wzruszyła mnie jej dobroć i uznanie, wyrażone nie kiedyś tam, po latach, ale zaraz, pod wrażeniem chwili.
Wzruszyła mnie tak dalece, że ująłem ją za rękę i zastanowiłem się nad pytaniem, czy wypada mi, idąc za szczerą intencyą, rękę tę pocałować, czy nie? Rozumowałem nieco sofistycznie, że panna Wanda jest wprawdzie uczennicą, ale jest oraz i kobietą, a od najstarożytniej szych czasów aż po dzień dzisiejszy, mężczyźni składali na rękach niewieścich pocałunki. Antoniusz w taki sposób złożył cześć Kleopatrze przy pierwszem spotkaniu, że nie powiem już o Sokratesie, który całował po rękach tak popędliwą kobietę, jaką była Ksantypa.
Po niejakim wahaniu się, podniosłem rękę panny Wandy i złożyłem na niej pocałunek.
Zastanawiając się później nad tyra faktem na zimno, przyszedłem do przekonania, że — nic niewłaściwego nie uczyniłem i że sumienie moje wyrzucać mi tego postąpienia nie będzie.
Uczennica moja była tym aktem czci, złożonym jej przezemnie, nieco zdziwiona, lecz nie obrażona.
Owszem, zdawało się, żem jej przykrości nie sprawił. Wniosek mój opieram na tym fakcie, że bezpośrednio po ucałowaniu ręki zakomunikowała mi kilka wiadomości, w wysokim stopniu dla mnie przyjemnych i pochlebnych.
Zapisuję je w tym pamiętniku nie przez prożność, ile dla złożenia dowodu, że wbrew twierdzeniom niektórych pesymistycznie usposobionych ludzi, szczera praca i dobre chęci znajdują uznanie, o ile, ma się rozumieć, z uczciwymi ma się do czynienia interesantami.
Powiedziała mi panna Wanda, że rodzice jej oboje, zarówno sędzia, jakoteż i sędzina, są dla mnie pełni życzliwości, że radziby stosunek ze mną choćby jak najdłużej utrzymać, że kiedy wyjechałem do Warszawy na dwa tygodnie (co uczynić musiałem, celem dokompletowania i odświeżenia mej garderoby), to sędzia formalnie za mną tęsknił; że wreszcie ona sama, to jest panna Wanda, tak się do mnie przyzwyczaiła i (własne jej słowa) tak przywiązała, że zrobiłbym jej największą przyjemność, gdybym pozwolił nazywać się wujaszkiem!
Jej wujaszkiem!
Boże wielki! Kto tę dziewczynę znajomości serca ludzkiego nauczył i czytania w niem, jak w książce? Kto jej powiedział, że uszczęśliwi mnie temi wyrazami kilkoma?
Ja wujaszkiem! Ja, który rodziców własnych pamiętać nie mogę, bo mnie osierocili tak wcześnie; ja, który nie miałem nigdy ani brata, ani siostry, ani żony, ani dzieci, którego wszyscy tytułowali tylko panem; naraz zostaję wujaszkiem pięknej i takiej dobrej dziewczyny!
Tak mnie ta jej propozycya wzruszyła, że aż mi oczy mgłą zaszły. Ja jej wujaszkiem!
Mówiłem też sobie w duchu: Melchiorze! ciebie coś złego spotka, bo zadużo szczęścia dziś doznałeś, reakcya jakaś musi nastąpić.
Po obiedzie, wciąż o tem rozmyślając, dla wypoczynku, udałem się na przechadzkę w pole.
Ładny to był dzionek, bardzo ładny. Poszedłem dosyć daleko, do lasu i gdy wracałem, już słońce ku spoczynkowi się miało. Ożywcze, pachnące powietrze napełniało świat cały przedziwnym jakimś balsamem, od wody miły chłód szedł, łagodny wietrzyk figlował swawolnie z kwiatami i liśćmi. Mnóstwo drobnego ptactwa fruwało nad polami, cała przyroda wyglądała jakby świątecznie.
Gdy tak szedłem, zadumany i w cichej pogrążony kontemplacyi, nagle usłyszałem za sobą głos tubalny:
— Profesorze! niech-no profesor zaczeka!
Oczywiście mnie wołano.
Obejrzałem się, doganiał mnie Biernacki. Słusznie mówię doganiał, człowiek ten albowiem nie szedł, lecz kroczył na długich nogach, jak ów olbrzym z bajki, który zwykł był nosić siedmiomilowe buty.
Rządca był opalony, zakurzony i mocno dyszał ze zmęczenia.
— Co pan tu robisz? — zapytałem.
— A no, „dymam“, jak pan widzisz, do domu.
To „dymam“ nie było klasyczne, ale malowało rzecz dobrze. Pan Michał bowiem sapał, jak miech w kuźni.
— Wyobraź pan sobie — mówił — co za psie zdarzenie! Koń szelma mi uciekł i ja oto pięć wiorst macham na piechotę.
— O! i dlaczegóż uciekł?
— Bo mu się sprzykrzyło stać. Byłem przy robocie pod lasem, przywiązałem konia do krzaczka, a sam pilnowałem ludzi. Tymczasem bąki i muchy ćwiczyły go potężnie. Szarpał łbem, szarpał, aż odłamał gałązkę, do której był przywiązany; zadarł, panie dobrodzieju, ogona i jak huncwot bryknął do domu, to się za nim tylko zakurzyło. Widzisz pan, jaki psi los.
— W istocie położenie niemiłe.
— Co to niemiłe! głupie położenie, paskudne, ale niech je tam! Przecie konia sądu nie pozwę. A cóż profesor tu robi na polu?
— Tak sobie wyszedłem, aby użyć nieco przechadzki.
— Spacerku, co?
— A tak, panie Michale.
Zdaleka na gościńcu ukazał się tuman kurzu. Domyślać się mogłem, że ktoś jedzie, i że prawdopodobnie konie taki kurz kopytami sprawiają, ale rządca, który miał rzeczywiście wzrok jastrzębi, przysłonił oczy dłonią, popatrzył przez chwilę i zawołał:
— Oho, panie profesorze, zdechł pies!
— Nie słyszałem nic o podobnym wypadku w tym czasie i w ogóle nie wiem, dlaczegoby mnie to miało szczególnie obchodzić?
Rządca powtarzał ciągle:
— Zdechł pies i pańska łacina zdechła, panie Melchiorze!
— Zwracam uwagę, że łacina jako język, uważaną być może poniekąd za nieśmiertelną.
— Jednak szkoda mi ciebie, profesorze. Ot, wiesz co, po licha wracać do Warszawy i trudnić się belferką? Tu w sąsiedztwie, w dobrach hrabiowskich, wakuje posada kasyera; słowo powiem głównemu administratorowi i masz doskonałe miejsce. Na gospodarstwie znasz się pan, jak kura na pieprzu, ale pieniądze chyba potrafisz rachować. Cóż, bierzesz pan, czy nie? Bo to widzisz, czas płaci, czas traci, a nie należy zasypiać gruszek w popiele.
— Ależ, panie dobrodzieju, do czego to prowadzi?
— Pyszny z pana facet, jak mi Bóg miły! On się pyta, do czego prowadzi!
— Bo w rzeczy samej nie widzę...
— A to wytrzeszcz pan oczy i patrz! Widzisz te cztery siwe konie, jak hamany, i ten powozik?
— Oczywiście widzę.
— Otóż to twoja łacina, profesorze, wścieka się!
— Co pan mówisz? Co konie mają do łaciny, albo łacina do wścieklizny?!
— Ależ panna za mąż wyjdzie! — huknął mi w samo ucho — a jak wyjdzie za mąż, to co jej będzie po łacinie?... Rozumiesz pan teraz?
— W istocie, ale że ktoś przyjeżdża, to jeszcze nie racya, żeby się miał ożenić... Przecież bywa kilku młodych ludzi.
— Głupstwo, kochany profesorze, tamci targują, a ten kupi. My zaś wypijemy litkup. Jak mi Bóg miły, tak się urżnę na jej weselu!! Pamiętam przecież, jak tu nastałem, to było takie małe pędractwo i łaziło po trawniku, jak mucha...
— Kto?
— A któż? Panna Wanda! Mówię panu, że ten targu dobije. Kto wie nawet, czy już oddawna nie dobił...
— Jednak nie bywał tu, ja go wcale nie znam.
— Jakżeś go pan miał widzieć, skoro przez kilka lat za granicą siedział!
— Zapewne.
— Mnie się zdaje, że tam między nimi musi być dawne kochanie.
— O!... — Znają się oni od małego, bo trzeba wiedzieć, że ten młody Zawiejski, to trochę i kuzyn i wielki ulubieniec sędziowski. Stary podobno się odgrażał, że mu coś zapisze.
— Odgrażał się?!
— A tak. Ożeni się, jak amen w pacierzu, a sędziostwu w to graj.
— Nie wiem atoli, czy panna...
— Ej, profesorze! Jakiżeś pan, z przeproszeniem, niedołęga.
— No, tegobym o sobie nie powiedział; energię mam...
— We dworze po całych dniach siedzisz, z panną codzień po łacinie rozmawiasz, i nic nie wiesz; a ja, proszę cię, ciągle na polu, w snopki i kopy patrzę tylko, jak sroka w kość i wszystko wiem, co się dzieje.
— Dlaczego, jak sroka?
— Bo to widzisz, łaskawco, jednem oczkiem w kość, a drugiem po świecie, taki mam zwyczaj. Więc przyznaj drogi panie...
— Ależ co?
— To, że się twoja łacina wścieka.
— Ależ fe!
— Panna wyjdzie za swego Jasia, za to zaręczam.
— To bardzo dobrze. O ile mi wiadomo, takie jest właściwe przeznaczenie wszystkich panien.
— Racya, ale cóż pan zrobisz?
— Powinszuję.
— Ale co pan zrobisz ze swoją facyatą?
— Wyrażenie dość dziwne, o ile się odnosi do mojej osoby... namyślę się.
— A tymczasem doskonałe miejsce u hrabiego złapie ci kto z przed nosa...
— Jak żyję kasyerem nie byłem.
— To będziesz, nie święci garnki lepią, tylko ludzie. Więc jakże?
— Trzeba się poważnie zastanowić.
— A niechże pana najjaśniejsze!
— No, no...
— Nie widziałem jeszcze takiego człowieka. Masz pan z górą pięćdziesiąt lat i potrzebujesz niańki, jak pędrak, który chodzić nie umie. Otóż będę ja pańską niańką. Chcesz, czy nie chcesz, jutro jadę do administratora i proszę, żeby miejsce dla pana zatrzymał. No, mógłbyś mi przecie, panie profesorze, powiedzieć: „Bóg zapłać“, albo po łacinie „Dominus Vobiscum“.
— Owszem, dziękuję panu z serca i nie wiem, czem w istocie zasłużyłem na tyle dobroci z jego strony.
— Co za dobroć? Poprostu nie lubię, żeby się porządni ludzie, jak psy, bez posad włóczyli. Trafia się, że można dopomódz, to się dopomaga, a jakby nie było można, toby się nie dopomogło. Nie trzeba być uczonym, ażeby taką prostą rzecz rozumieć.
Przekonało mnie to dowodzenie i musiałem przyznać w duchu, że pod chropowatą i szorstką skorupą tego człowieka kryje się dobre serce, a w szkaradnym, trywialnym stylu wielka szczerość uczucia. Uścisnąłem jego rękę i powiedziałem, że cokolwiek się stanie i jakkolwiek się stanie, pozostanę na zawsze jego najżyczliwszym przyjacielem.
Wiecie, co odpowiedział mi na to?
Ścisnął mnie za rękę, aż mi wszystkie kości zatrzeszczały i rzekł:
— Co to dużo gadać!... Od pierwszego wejrzenia poznałem, żeś pan jest nienajgorszy piernik!
Jeszcze mi nikt w życiu podobnego tytułu nie nadał.!
Cały wieczór przepędziłem w mojej stancyjce, zastanawiając się nad wieloma zagadnieniami przyszłości.
Osoba moja własna bardzo małą rolę grała w tych dumaniach, więcej myślałem o mojej uczennicy.
Oby była tak szczęśliwa, jak jest dobra, oby w przyszłości znalazła wszystko, czego sama pragnie; oby ów przyszły, któremu z ufnością losy swoje powierzy, umiał uszanować skarb, jaki dostaje.
O panno Wando! uczennico moja, błogosławię ci i... przebaczam, gdyż wiem, żeś nie chciała mi nic złego uczynić.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.