Z życia awanturnika/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wydania 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Nie ma na świecie piękniejszych instytucji nad zakłady miłosierdzia — lecz smutniejszego nad nie widoku trudno znaleść na świecie. Nieszczęsny ten porządek wymaga, aby ludzie byli przekładani pod numerami w salach, które przypominają fabryki... aby ich łóżka stały w systematyczne rzędy ustawione, jak szuflady wielkiéj kolekcji okazów naukowych. Chory przestaje tu być człowiekiem, staje się numerem i chorobą. Przepraszam za porównanie, — jak zwierzęta u żłobów leżą ci nieszczęśliwi, opuszczeni, zdani na ręce obce... a nawet pociecha religijna przychodzi tu tak samo, jak porcja bulionu. Jest coś na wszelki wyraz smutnego w tém zbiorowisku istot, których nic nie łączy z sobą oprócz, wspólnéj niedoli.
To coś nakształt pourywanych liści od kwiatów tysiéca... i złożonych dla jakiegoś experymentu... z każdéj rodziny po listku a wieleż z tych liści na pół zeschłych — zapomniało o kwiecie, do którego wieńca należały?? To téż gdy nad takiém łożem samotném, przedostatnią pościelą człowieka, żywym grobem, który ona zwiastuje, ujrzy się pochyloną twarz tego anioła pociechy, który się zowie Siostrą Miłosierdzia — gdy się słyszy szept łagodny, co choremu przypomina głos matki, siostry lub żony, gdy taka kapłanka zatrzyma się dłużéj u zapomnianego kątka, w którym ból słowami pociechy — któreżby oko łzą wzruszenia nie zaszło a serce i czcią nie uderzyło?
Są między ludźmi anioły....
Taki właśnie aniół, chociaż w bardzo skromnéj i niepozornéj postaci, bladéj, niemłodéj, zwiędłéj od pracy i pokaszlującéj niewiasty w białych osłonkach Siostry miłosierdzia — stał u łóżka, na którém złożono tylko co starego człowieka, wyglądającego tak, jakby za chwilę miał skonać.
Człowiek ten, którego w jakiéjś lichéj gospodzie na gościńcu miłosierny znalazł chłopek i odwiózł do szpitala — stary już był, schorowany, wyżółkły, a sił w nim już ostatek niepotrzebnie przytrzymał resztkę życia, aby cierpiał dłużéj. Ciężki oddech gorączkowy, przerywany kaszlem suchym, świszczącym, poruszał gwałtownie wymęczoną piersią jego, za każdym paroksyzmem kaszlu zimny pot występował mu na pomarszczone czoło i ręce kościste chwytały kołdrę konwulsyjnie, jakby szukały podpory. Obłąkanym wzrokiem to rzucił po sali, któréj zdawał się nie widzieć, to znowu zamykał oczy i jakby gorączkowym snem usypiał.
Siostra Hilarja próżno stojąc przy nim, choć słowo z niego dobyć chciała; dobywały się tylko westchnienia — człowiek ten chciał już umrzeć, a nie mógł.
Obok łóżka, na którém spoczywał, leżały jeszcze nieschowane dotąd węzełki, które z nim przywieziono razem i zrzucono z niego nędzną odzież, gdy szpitalną przywdziewał. Po tych przyborach podróżnych, po wytartym kiju, który chłopek zabrał i złożył razem z rzeczami, poznać było łatwo, że długą przewędrował drogę, nim go tu rozbitka choroba rzuciła na ostatnią skałę, na której miał skonać....
Siostra Hilarja widząc, że sama nie poradzi z nim nic, pospieszyła po lekarza zakładu... Siwy, z krótko ostrzyżoną głowa, okrągły człowieczek przytoczył się do łóżka. Na rumianéj jego twarzy nie malowało się żadne uczucie — obyty był z cierpieniem, jak z koniecznością życia... Przyszedłszy do łóżka stał i słuchał oddechu naprzód, potém rękę wychudłą dobył i choć mu się wyrywała, puls śledził, potém dłoń przyłożył do czoła, głowę do chrzęszczącéj piersi chorego.
Spojrzał na siostrę stojącą w milczeniu i ramionami lekko ruszył. —
— Dajcie mu najprzód trochę rosołu... być może, iż jest głodnym... a potém coś chłodzącego, a potém — zobaczymy...
Człowiek stary — dodał — sił tam już mało, choć budowa mocna... ale któż wie co przebył i przecierpiał...
Z pomiędzy białych poduszek, na których z siwym, rozrzuconym włosem spoczywała głowa chorego, maska jego wyglądała jakby z wosku wylepiona... piękny rysunek twarzy szpecił tylko włos siwy okrywający ją, dziko odrosły przez kilka tygodni... krzaczystych brwi dwoje zwieszały się nad głęboko wpadłe oczy... Usta w bezzębnéj już szczęce, wpadłe — istne miały wyraz jakiś dziwny rezygnacji i bólu razem.
Twarz uszlachetnionéj, myślącéj istoty zdawała się należeć do człowieka, który wyszedł z tych klas społeczeństwa, co nie samą ręczną pracą dorabiają się chleba. Wysokie czoło wypukłe zdawało się myśli pełném... marszczki na niem mówiły o pracy, co je pofałdowała... a jednak ubiór nędzny, tłómoczek odarty oznajmywał wyrobnika, którego wiek i bezsilność na rozdroże konać rzuciły.
Kto on był, ani chłopek nie wiedział, ani przejrzenie powierzchowne tłómoczka nie uczyło — mówił tylko ten co go do szpitala odniósł, iż słyszał od karczmarza, że podróżny ten zdrożony i chory przed paru dniami się przywlókł, chciał koniecznie dojść do miasteczka, ale na noc położywszy się w alkierzu, dostał jakiéjś gorączki i tak tam dni parę przeleżał.
Toboły jego przejrzawszy znać gospodarz i nie znalazłszy w nich nic, pozbył się za kieliszek wódki, namówiwszy chłopka miłosiernego, by go sobie zabrał do szpitala.
Gdy siostra Hilarja przyniosła filiżankę bulionu, a przyszła nim go napoić, musiała kogoś wezwać, coby mu głowę potrzymał... Zaciśnięte usta i szczęki nie wpuszczały napoju zrazu, potém z trudnością wlano mu go łyżek kilka... Parę razy oczy otworzył, powiódł niemi do koła i znowu je zamknął... Buljon o tyle poskutkował, że chory powoli usypiać zaczął... Budził go ów kaszel, lecz i ten zdawał się uśmierzać.
Przez całą prawie noc przesiedziała przy nim troskliwa siostra... nic się jednak w stanie jego nie zmieniło i z rana chory spał jeszcze... Wielkie znużenie natura snem wynagrodzić chciała. Doktór znalazł małe polepszenie...
Dano mu znowu buljonu trochę, próbowano przemówić, głos tylko powieki mu otworzył, ale z ust nie dobyto słowa... Zasnął jeszcze...
Tego dnia właśnie przypadały urzędowe odwiedziny szpitala przez Towarzystwo Dobroczynności, które do utrzymywania jego się przyczyniało. — Chociaż instytucja nie lękała się tego nadzoru w dnie powszednie, zawsze jednak musiano trochę wystąpić przed dostojnymi gośćmi.
Chorzy dostali wszyscy świeżą bieliznę, sale poprzewietrzano staranniéj, aby powietrze zamknięte nie raziło dostojnych nerwów, wszystko przybrało weselsze i świąteczne oblicze. — Siostra Hilarja chciała nieco pokaźniejszym uczynić swojego chorego, lecz stan jego oparł się wszelkim pokuszeniom jéj — a dobroczynnego snu, którym go ratowała natura, niepodobna było przerywać. Została więc ta żółta głowa na białych poduszkach ze swym wyrazem bólu i charakterem, jaki ją wśród innych wybitnie odznaczał... każdy z patrzących uderzonym być musiał twarzą, która myśl uszlachetniła i wyrzeźbiła z niéj typ nad pospolite wznioślejszy. —
Z południa szmer w korytarzach zwiastował odwiedziny zapowiedziane księżnéj, która była protektorką stowarzyszenia, prezesa, który główne w niem zajmował stanowisko i innych członków do komitetu należących. Przełożona sióstr i doktor towarzyszyli oglądającym.
Wszystko się naturalnie znalazło w jak najprzykładniejszym porządku — a pochwały sypały się z ust księżnéj i prezesa.
Więcéj dla formy niż z potrzeby obchodzono sale. Łóżko, na którém leżał wczoraj przywieziony chory, znajdowało się nad samą drogą, którą do następnéj sali przechodzić było potrzeba. Prezes szedł obok księżnéj dosyć obojętnym wzrokiem rzucając po łóżkach... Jednakże zdala już i księżna i jego musiała zastanowić piękna twarz nieznajomego człowieka.... Ktoby był pilnie śledził twarz prezesa, dostrzegłby na niéj naprzód wyraz zdziwienia, potem pomięszania, niepewności, przestrachu i niepokoju....
Gdy przyszli do łoża, prezes stanął i począł się wpatrywać bacznie w chorego....
— Cóż to za — pacjent? kto to taki? zapytał doktora.
— Nie wiem kto — zdaje się być ubogi jakiś stary rzemieślnik... odparł doktor.
— Jakto? państwo przyjęliście do szpitala, nie wiedząc nazwiska? spytał prezes....
— Przywieziono nam go ze wsi — rzekł spokojnie ordynarjusz — był w stanie takim, że się z nim rozmówić nie podobna....
— Ależ przecie? miał papiery?
— W tłumoku nie było żadnych....
— Szczególna rzecz — zawołał prezes, trochę kwaśno — zdaje mi się, że przepisy szpitala wymagają koniecznie legitymacji....
— Ale są wypadki panie prezesie, gdy bacząc na cel zbyt ostrym być nie można, rzekł śmiało lekarz... człowiek umiera... trudno od niego wówczas żądać, legitymacji....
— Pojmuje pan, rzekł prezes nieco obrażony, iż ja tego nie wymagam — ale formy niedarmo są postanowione....
— I zachowują się, gdy można — rzekł doktor spokojnie, ale przy chorym nie ma śladów, kto jest; odwiózł go miłosierny człowiek nie znając... a dotąd przytomności nie odzyskał....
— Zkądże go przywieziono?
— Z gospody w Chrzanem....
Prezes głową pokiwał, ale stojąc przy łóżku, u którego się téż całe towarzystwo zatrzymało, nie spuszczał oka z chorego.... Stary spał, oddychając ciężko.... Czoło jego zmarszczone, wpadłe oczy i usta zaciśnięte mechanicznie, nosiły na sobie wyraz długiego cierpienia i nędzy.... Siostra Hilarja opowiadała właśnie księżnie pani, jak go wczoraj przywieziono, i że prawdopodobnie część choroby pochodziła z głodu. Prezes tymczasem chciwie, pilno, niespokojnie rozpatrywał fizjognomię chorego. Po długim tym przystanku u łóżka towarzystwo całe posunęło się daléj... obeszło resztę sal i pochwaliwszy wzorowy porządek miało opuścić gmach, gdy prezes pożegnawszy księżnę, pod pozorem urzędowego zajęcia, zawrócił się nazad do szpitala.
We drzwiach stał jeszcze doktór.
— Szanowny konsyliarzu, odezwał się do niego, zatrzymałem się, aby cię przeprosić za uczynioną uwagę przy numerze 136. — Musiałem z obowiązku to dopełnić... a teraz uczyń mi tę łaskę i pozwól mi obejrzeć rzeczy, jakie były przy nim, gdyż twarz chorego nie jest mi nieznajomą. Cośbym więcéj o nim wiedzieć pragnął.
— To już do mnie nie należy, odparł kłaniając się grzecznie, lecz zimno doktór — i służyć panu prezesowi nie mogę... Ekonom szpitala będzie mu użyteczniejszym...
To mówiąc wskazał na stojącego na boku z kluczami jegomości. — Ekonom, który miał może powody wysługiwania się nadzorowi, pospieszył na rozkazy prezesa i z nim razem udał się dostojny pan... do izby gdzie pod odpowiednimi numerami złożone były rzeczy chorych, które wchodząc do szpitala z sobą przynieśli.
Pokój ten z pułkami pełnemi rupieci i łachmanów, porządnie ponumerowanych, smutny przedstawiał widok... Prawie wszystkie te zawiniątka wyglądały brudno i nędznie... Numer 136 leżał właśnie na skraju. Prezes ciekawie zbliżył się do tłomoczka, który mu ekonom otworzył. Odzież chorego była uboga, ale widocznie z innego kraju pochodząca. Zużycie jéj nie starło śladów wyrobu zagranicznego. Sprawiona w lepszych może warunkach, musiała być niegdyś porządną. Tłomoczek zawierał podartą bieliznę, troszkę mniéj zużytych kilka łachmanów i parę książek... Na te rzucił się prezes ze szczególną ciekawością..; Jedna z nich zawierała po włosku Dantego komedję, druga była odwieczną książką nabożną polską — złotym ołtarzykiem. Podpisu na nich nie było żadnego... Zamyślony oddał je nadzorcy i prosił go, aby jeszcze raz mógł chorego oglądać.
Poszli wiec do sali.
Prezes zbliżył się na palcach do łoża... lecz znać trafił na rozbudzającego się — bo chory oczy otworzył i już ich nie zamknął. Wlepił je z dziwną zapamiętałością w prezesa. Poruszył się potém na łóżku niespokojny... zakaszlał, a widząc wzrok wymierzony na siebie, ruchem gwałtownym w przeciwną stronę się odwrócił. — Prezes blady i jakby przelękły ujął za rękę ekonoma.
— Kochany panie, jakże się pan nazywa? rzekł cicho odprowadziwszy go do korytarza z mina poważną i zakłopotaną.
— Ecker, proszę Jaśnie wielmożnego prezesa.
— A tak, przepraszam... Kochany panie Ecker, dodał prezes — mam dwa słowa do niego względem tego chorego. Twarz jego jest mi znajoma — człowiek podejrzany, bardzo podejrzany, o występek wielki. Szpital mógłby być w kłopocie z powodu przetrzymywania takiego indywiduum.
Ecker pobladł.
— Otóż z tego powodu — ale niech to zostanie między nami, pan będziesz łaskaw — mówił daléj głosem trochę drzącym — chorego tego kazać przenieść do osobnéj celki. Proszę tylko nie mówić, żem ja to dysponował. Pan znajdziesz powody.
— A tak, jaśnie panie, powody się znajdą — rzekł powolny ekonom.
— Rozumiesz mnie pan — przenieść go do celki osobnéj, nikogo oprócz siostry i doktora tam nie wpuszczać... a gdyby chory wyzdrowiał, nie uwalniać go bez mojéj wiadomości i zgodzenia się..... rozumie pan?
— Ale rozumiem, jaśnie panie — pospieszył ekonom — już proszę na mnie się spuścić. Ja go zamknę na klucz, a nie wyjdzie bez mojéj wiedzy. Za to odpowiadam.
— Wszystko to pan spełnij tak.... widzisz.... żebym ja w to wmięszany nie był. — Jest to interes szpitala — rozumiesz pan — mogłoby być źle. — bardzo źle... gdyby inaczéj się stało. Przecież i panu idzie o to, aby szpitala nie narażać.
Ekonom, który rocznie do tysiąca talarów wyciągał z zarządu instytutu, przeląkł się niezmiernie, zaklął na wszystko, że będzie posłusznym... i gdyby mu w téj chwili żywego pochować kazano, byłby to niezawodnie spełnił.
Prezes skinął nań jeszcze zalecając milczenie, począł rozpytywać o inne szczegóły i w końcu szpital opuścił... blady, pomięszany i widocznie niespokojny.
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, ekonom pobiegł do sali, cały przejęty ważnością powierzonej sobie misji, od której los szpitala miał zależeć.
Widział już w tym chorym ważnego przestępcę stanu, ukrywającego się przed pomstą prawa, widział spisek wkradający się pod wełniane kołdry łóżek i podkopujący to spokojne siedlisko nędzy, na którym on tył i pasł się tak wygodnie. Widok téj bladéj twarzy przerażał, spojrzawszy na numer 136 znalazł go pełnym najczarniejszych zbrodni śladów. Brwi, zmarszczki na czole, usta wpadłe, wszystko niebezpiecznego oznaczało zdrajcę, który spokój publiczny miał zamieszać, a, co najgorzéj, chleba go pozbawić.
Przenieść chorego nie mógł jednak proprio motu bez siostry Hilarji. Ta siedziała właśnie nieopodal od łóżka.
Ekonom skinął na nią i wyprosił ją do apteczki.
— To musi być mocno chory człowiek! rzekł wskazując palcem na salę.
— Który?
— A ten 136?
— W istocie, bardzo biedny... stary...
— Jemu tu w téj sali, wśród tych naszych chorych nie bardzo dobrze być musi...
Siostra spojrzała zdziwiona, troskliwość bowiem nie była w obyczajach ekonoma.
— Ja myślę — dodał, że teraz, gdy chorych na osobne pokoje nie ma, toby mu można śmiało dać jeden...
— Ależ od nich się płaci...
— A kiedy próżne stoją. —
— Przepisy nie dozwalają.
— Mnie bo — mnie — zadławił się ekonom, mnie tego nieboraka żal — dodał — od wczoraj, gdy go przynieśli myślę o tém...
Siostra spojrzała nań; zrobił minkę pobożną.
Bardzo, rzekł wzdychając — nieboszczyka ojca mi przypomina...
Wszystko się tym sposobem tłumaczyło. Siostra dla tak poczciwego uczucia miała poszanowanie.
— Już gdyby mi i zapłacić przyszło — dodał niespokojnie ekonom — proszę go przenieść pod Nr. 15. Drzwi nie daleko odemnie, będę mógł naglądać.
Rozczulona siostra Hilarja ścisnęła go za rękę.
— A! kiedy tak, zawołała — to dobrze, bardzo dobrze! Spytamy tylko doktora, czy go teraz ruszyć pozwoli.
— E! i doktora pytać nie trzeba — dorzucił ekonom żywo, siostra dobrodziejka, lepiéj się znasz od niego... Ja stróżów dam... a tam mu przecie będzie daleko lepiéj...
Tak się tedy stało... Lekarz który nadszedł przestrzegł tylko, że lepiéjby go przenieść wraz z materacem... aby spoczynku tak potrzebnego nie przerywać.
W czasie tych przenosin chory niespokojnie oczy otworzył i oburącz za piersi się pochwycił, jak gdyby chciał coś obronić i zakryć...
Ekonom dostrzegł ten ruch... a siostra Hilarja mu go wytłumaczyła...
— Chory, rzekła, ma na piersiach worek skórzany, pewnie z papierami. Jużeśmy mu go wczoraj chciały zdjąć, ale nie dopuścił i choć nie bardzo był przytomny bronił go nie dając zabrać sobie. Musiałyśmy zostawić.
Ekonom dobrze to sobie zapamiętał.
Z tego, co mu prezes powierzył, wnosić było można, iż się tam w tym worku właśnie kryły jakieś ważne tajemnice. Postanowił więc nocą podkraść się pod pozorem czujności nad starcem i odjąć mu po cichu te papiery tak, aby tego nie poczuł. Wprzódy jednak chciał jeszcze pospieszyć z doniesieniem prezesowi o ważném swém odkryciu, aby od niego mieć upoważnienie do konfiskaty. Obiecywał sobie z tego wielkie w przyszłości zachowanie u dostojnego protektora...
Doktorowa nazajutrz po wieczorze u Toli, zamyślała listem prosić profesora z jego gościem do siebie, przyszło jéj jednak na myśl zaraz, że przez posły wilk nie tyje, że na pismo łatwo się pismem odpowiada i odmówić może. Z rana więc po mszy, z książką od nabożeństwa w ręku, mimo że ją wschody zawsze kosztowały wiele znużenia, odpoczywając dostała się na drugie piętro i zadzwoniła tak gwałtownie, że profesor, który właśnie miał brać na siebie surdut, wybiegł z jednym rękawem naciągniętym, a drugim narzuconym. Postrzegłszy we drzwiach doktorową zmieszał się bardzo — ona nic a nic — rada była że się dostała na górę i szukała już gdzie usiąść.
— Gdzie twój pokój profesorze, bo muszę spocząć.
— A! na Boga miłego... usiąść! to chyba do biblioteki krzesełko przyniosą... bo u mnie w pokoju nie mogę przyjąć.
— Dla czego...
— W nieporządku wielkim...
To mówiąc stary Kudełka pobiegł po krzesło, stłukł miednicę, rozlał wodę, i ręcznikiem starłszy zlane siedzenie przyniósł je do biblioteki, któréj drzwi otworzył.
Doktorowa weszła, obejrzała niepewne krzesło i usiadła ostrożnie — musiała wschody wydychać.
Poglądała tymczasem po półkach uśmiechając się. Biblioteka profesora nie miała tego pozoru wytwornego, jaki po domach pańskich zbiory ksiąg miewają, wyglądała nędznie, choć zawierała skarby. Na oprawę jednostajną i bogatą tych rzadkości nie stało profesorowi funduszów. — Pargaminowe więc okładki, świnia skóra, pąsowy safian, szara bibuła, kolorowe papierki, arystokracja i proletarjat okładek mieszały się z sobą, nadając zbiorowi arlekińską fizjognomję pstrą i łataną.
— Cóżeś ty to życia i ofiar tu utopił! zawołała.
Profesor złożył ręce pobożnie.
— A! pani, to mi się tylą godzinami szczęścia wypłaciło! zawołał.
— Ale ja nie do książek tylko do ciebie tu przyszłam i to nie z prośbą, ale z rozkazem... musisz być u mnie na obiedzie... i to — notabene nie sam... z Murmińskim.
Profesor potrząsł głowa.
— To nie może być — on nie pójdzie.
— Potrzeba żeby przyszedł i musi przyjść — stanowczo rzekła doktorowa — idź po niego, nie mów mu, że ja tu jestem, sprowadź mi go koniecznie, biorę na siebie, że go do tego skłonię.
Kudełka chociaż się nieco zawahał... czy bezpiecznie było doktorową samą jednę z książkami zostawiać (małe Elzewiry wchodzą tak zgrabnie do kieszeni) wysunął się jednak posłuszny...
W pół kwadransa potém, usłyszała oczekująca pani chód powolny po wschodach, weszły dwie osoby do przedpokoju — Murmiński więc był... reszta od niéj zawisła. Znała go trochę poczciwa pani, a ufała w to, że prosto od serca mówiąc do serca, będzie zrozumianą...
Gdy jednak przez drzwi otwarte, Teodor zobaczył kobietę, której bytności się tu nie domyślał, chciał się cofnąć, profesor zatrzymał go za rękę — doktorowa wstała i podeszła.
— Nie wiem, odezwała się, czy pan mnie sobie z dawniejszych czasów przypominasz... jestem żoną doktora X... wdową już dziś, mój dobry panie.. i samotnicą. Wiem, żeś wiele przecierpiał, że tu jesteś sam... a profesor cię nie bardzo ubawi... przyszłam was, z dobrego, wierz mi, serca, prosić do siebie...
Todzio mierzył ją oczyma dosyć niegrzecznie.
— Pani dobrodziejko — rzekł powoli — rzadka to rzecz, żeby człowieka w biedzie kto zapraszał do swego domu, powinienbym to ocenić... a taki jestem zepsuty, że podejrzewam szanowną panią o prostą ciekawość i chęć zabawienia się połamanym polyszynelem... Czy już sobie pani co innego nie znajdzie? Ja jestem wcale nie zabawny.
— Ale mój kochany panie Teodorze, przerwała jéjmość śmiało, dla czego przypuszczasz koniecznie, że się tobą chcą bawić, a nie chcesz zrozumieć, że może pragną rozerwać ciebie. — I ja sądzę że nie jesteś zabawny, lecz po prostu mi cię żal.
Murmiński się zmarszczył i rozśmiał.
— Widzi pani dobrodziejka, rzekł — są ludzie co się skarżą aby litość obudzić i lubią by się nad nimi użalano — ja — nie.
— Myślałam, że cię nieszczęścia nauczyły łagodności i wyrozumienia — rzekła doktorowa.
— Nieszczęścia nic nie uczą... oduczają tylko od wiary i nadziei — odparł Teodor. Niech mi pani pozwoli podziękować sobie i odmówić. — Jestem już od salonu odwykły, od towarzystwa, od ludzi.
— Będziemy sami, ja, profesor i pan... nie drożże się, przyjdź.
Murmiński głową potrząsając, widocznie się wzdrygał...
— Na co to się pani zda...
— Żeby waćpana ze zdziczałości i zdziwaczenia wyprowadzić — dodała.
— Mnie to przyjdzie ciężko — odezwał się Murmiński.
— Powinieneś się zwyciężyć — rzekła jéjmość — daj mi słowo, że będziesz.
Murmiński popatrzał na nią długo — wahał się — przykrem mu było to zaproszenie. Doktorowa nagliła.
— Przyjdziesz... proszę.
— Masz pani gusta dziwaczne, rzekł — myślę, że się utrapienie nudzić musisz, kiedy taką niesmaczną jak ja potrawę chcesz mieć u stołu!
Nikogo nie będzie.
— Nikogo nie prosiłam na obiad oprócz was...
— Przyjdziemy — przerwał profesor.
Murmiński się skłonił.
— Byłoby śmieszném gdybym odmawiał — rzekł ruszając ramionami.
Otrzymawszy tę pożadaną obietnicę i pożegnawszy obu, doktorowa rada z siebie, zeszła ze wschodów spiesząc do domu. — Murmiński stał w bibliotece zamyślony.
— Pan profesor chcesz mnie już, widzę, puścić w obieg jak starego kulfona, który w kieszeni zawadza.
— Daję ci słowo, że to nie moja sprawa. Todzio był chmurny i kwaśny... nie odpowiedział na to, milczący powlókł się na górę. — Od czasu uratowania swego mało się on zmienił powierzchownie, sprawiona przez profesora odzież czysta i porządna, nie była wykwintna, dawny elegant, gdyby nie jego mina i ruchy pańskie, wcaleby się w niej biednie wydawał. Odżyła nieco wyżółkła twarz i zagasłe oko... ale nie był to ów Todzio wesoły, zręczny, śmiały, dowcipny, któremu postawy i miny i języka cała zazdrościła młodzież. — Dawniéj znajomym posępne to oblicze, jakby po chorobie ciężkiéj zbolałe — ledwie przypomniećby mogło pięknego Todzia. Rysy zostały szlachetne, lecz łatwo się było domyśleć, ile przez nie przepłynęło fal ostrych i przesunęło się cierni.
Gdy godzina obiadowa nadeszła, Todzio spuścił się ze wschodów powoli, ubrany jak był rano, bez żadnego starania, ubogo, z głowa spuszczoną, z miną znudzoną.
— Chodźmy na tę nieznośną pańszczyznę, rzekł do profesora — wolałbym przez okno patrzeć na moje wróble, niż tam się nudzić zatęchłym salonem staréj, poczciwéj jéjmości. — Ale bo, oryginalna jest, do czegóż są prałaci i kanonicy sześćdziesiątletni, jeśli nie do zjadania takich obiadów i zabawiania gospodyń.
Gderał, ale poszli.
Już samo przechodzenie ulicą było dla Murmińskiego przykrém, obudzał zbytnią ciekawość. — Ludzie co go dawniéj znali, stawali i patrzyli nań niedyskretnie, opowiadając sobie plotki o nim... Niektorzy zaczepili profesora, aby się jego towarzyszowi bliżéj przypatrzeć. — Murmiński wymykał się przodem aby znajomości i rozmów uniknąć.
Nareszcie weszli w bramę i do pokojów ukwieconych poczciwéj doktorowéj, która ich przyjęła serdeczném podziękowaniem. Murmiński był dziwnie milczący. — Nie można go było i u stołu rozgadać, jakby roztargniony, zapominał się, myślał o czém inném, zdawało się, że postanowił być kwaśnym, aby go drugi raz nie proszono. Doktorowa mówiła żywo, wiele, zaczepiała o różne przedmioty; pozostał tak ostygłym jak przyszedł. Co najwięcéj — pół słowem krótkiém zbył odpowiedź. — Roztargnieniu temu winien był może, iż dozwolił gospodyni dolewać sobie wina bez miary, i pił go więcéj, niż wszyscy. Lecz wino to nie wywierało nań najmniejszego skutku... Patrzał osowiałemi oczyma, po kwiatkach, po suficie, na obraz, duszą i sercem był gdzieś indziéj.
Po obiedzie podano kawę. Im bardziéj zbliżała się chwila stanowcza, tém doktorowa widocznie była niespokojniéjszą, — żałowała już może, że do téj sceny rozczarowania i bolesnego dramatu pomoc swą ofiarowała. — Lecz spotkanie było już nieuniknione...
Murmiński stał nad rozkwitłemi liliami wpatrując się w ich świeże kielichy, których przepyszne tkaniny król Salomon podziwiał — gdy w pierwszym pokoju dał się słyszeć chód i powiała suknia kobieca...
Zdaje się, że po latach wielu, poznał czy przeczuł tę kobietę — gdyż nagle podniósł głowę i zdrętwiał nieruchomy. — Potém gniewnym wzrokiem rzucił na doktorową i... nie ruszył się krokiem...
Tola wchodziła blada, milcząca, usiłując próżno być obojętną.
— Przepraszam — rzekła głosem drżącym — przepraszam moją panią, że tak przebojem tu wchodzę — chciałam się pożegnać. —
Oczy jéj spotkały się w téj chwili z oczyma Murmińskiego, który wejrzenie wytrzymał, żaden muskuł nie drgnął na jego twarzy. — Miał czas w mrugnięciu oka przygotować się do tego bolesnego spotkania... Gniew na doktorową, która go wystawiła na taką próbę, całą jego nędzę i upadek na scenę wyciągając — zagłuszył na chwilę inne uczucie.
Tola postrzegłszy go, minęła profesora i wprost podeszła ku niemu...
— Pan Teodor! zawołała wyciągając doń rękę — o mój Boże! jakżeś się odmienił.
— Tak, odparł spuszczając oczy — bardzo — bardzo — a pani nic a nic. —
W głowie jego nie było innego wyrazu nad przykre upokorzenie — oczyma szukał kapelusza...
Stali tak naprzeciw siebie, Tola patrzała nań przestraszona tym człowieka upadkiem...
— Prawda pani — odezwał się usiłując jakby oprzytomnieć i odzyskać odwagę, że losy dziwne z ludzi robią — potwory... Aż mi wstyd pokazać przed panią ten łachman, który ze mnie został... lecz... gdy ścierką bieluteńką długo i podłogi i wschody szorują... brudny z niéj płacheć zostaje. Tak i zemną...
Zaczął się niby śmiać...
— Ja tego nie biorę tak tragicznie — dodał żywo — najpospolitsza to rzecz w świecie, a nawet — doprawdy śmieszna...
Tola nie mogła jeszcze wyrzec słowa... patrzała osłupiona... Pod jéj wzrokiem wił się biedny Murmiński, nie jego litość czując ale upokorzenie tém miłosierdziem, wolałby może gniew lub obojętność...
— Wie pani, że to rzecz szczególna, dorzucił gorączkowo — rzecz szczególna, jak nierówno czas działa nawet na ludzi... pani jesteś jak byłaś wczoraj... niespożytym djamentem pełnym blasku... a mnie afrykańskie i indyjskie żary, gorączki, głody, włóczęgi starły na miazgę... Jak to musi być śmiesznie zobaczyć taką metamorfozę... i ani się nawet dziwię, ani gniewam na szanowną gospodynię, że taki spektakl chciała dla pani urządzić.
— Panie Teodorze — odezwała się wzruszona Tola — jaki pan nielitościwy... Nikt z nas nie myślał... przypadek!
— Tak przypadek — odezwał się Murmiński, gra niezmiernie ważną rolę w życiu — życie się składa ze samych przypadków...
Tola coraz bardziéj była zmieszana, spojrzała nań, chcąc to szyderstwo rozbroić wejrzeniem łagodném — Teodora to jeszcze bardziéj zburzyło...
Szczęściem doktorowa zajęta Kudełką nie dosłyszała wymówki.
Tola co prędzéj schwyciła krzesło — Murmiński został jak wkuty przy koszu z kwiatami.
Przykre milczenie na chwilę — panowało w pokoju. — Teodor z pod brwi patrzał na bladą i drżącą kobietę, która już nań spojrzeć nie śmiała... była zmięszana i smutna.
Podniosła wreszcie oczy na Teodora.
— Mówiłeś pan o zmianach, ja największą nie w twarzy pańskiéj znajduję, odezwała się łagodnie — ale w zapatrywaniu się na świat... Z kilku słów już go się łatwo domyśleć. — Byłeś pan dawniéj pobłażającym, łagodnym, a dziś.
— Człowiek się zmienia, rzekł Teodor.
Doktorowa pod pozorem kwiatów odprowadziła Kudełkę rozmawiając z nim głośno do pierwszego pokoju, tak że Teodor z Tolą pozostali sami. Murmiński oczyma szukał kapelusza...
Tola chciała rozmowę sprowadzić na inne, obojętniejsze pole...
— Zkąd pan tu do nas przybywasz?... zapytała.
— Byłem w Afryce, rzekł Teodor, służyłem w legji zagranicznej, trochę wprzódy włóczyłem się po Meksyku i Brazylji — byłem nawet w Indjach... Zdawałoby się, że przecie gdzieś zginąć byłem powinien — nie...
— Zdziczałeś pan między dzikimi... dodała Tola, spoglądając nieśmiało.
— Powróciłem, proszę pani, do stanu natury. Rousseau miał słuszność, cywilizacja ta sztuczna psuje nas... stan natury to przynajmniéj stan prawdy... Ludzie nie grając komedji zabijają się po prostu, pieką, jedzą — mówią co myślą, a że myślą niewiele więc i nie paplą do zbytku... Śpią więcéj i są bardzo zdrowi.
— Tego po panu nie widać! rozśmiała się Tola.
— Bo człowiek jest animal d’habitude odparł Teodor grając ciągle, gorączkowo, chłód i obojętność szyderską. — Wychowany sztucznie i do sztucznego życia, do dobrodziejstw nowego stanu nie umiałem nawyknąć.
— Jest wiec nadzieja, że powrócisz do pierwszéj swéj natury — odpowiedziała Tola łagodnie — z serca panu tego życzę...
— Na nieszczęście, rozśmiał się Murmiński — jestem teraz zwichnięty, ani dzikim porządnym być nie umiem, ani cywilizowanym jak należy, nie potrafię... Można mnie w istocie pokazywać za biletami.
Jakie to było bolesne, a sarkazm tego nieszczęśliwego brzmiał tak gorzko, że Toli na łzy się prawie zbierało....
— Przyznam się pani — dodał spiesznie, że w tym stanie przed całym światem bym się nie wstydził wystąpić — ale przed panią... to już ostatni cios, jaki mógł mnie spotkać.... Byłbym został w jéj przypomnieniach młodości jakimś zabawnym blanc bek’iem, a teraz... z tą fizjognomją tragi-komiczną jakiegoś Żyl-Blasa... a! to okropnie....
Tola podniosła oczy....
— Panie Teodorze, odezwała się — miéjże litość nademną, dosyć tych sarkazmów, mówmy serjo.... Byliśmy choć chwilę w życiu dosyć dobrymi przyjaciółmi....
— Ale ja wówczas byłem jeszcze człowiekiem, co umiał chodzić po woskowanych posadzkach, a dziś, pani — a dziś — po błocie mi najwłaściwiéj.... Jakżebyś pani mogła się nawet przyznać do znajomości i — tego, co pani raczysz nazywać przyjaźnią — dla takiéj jak ja istoty....
— Bardzo pan surowo sądzisz o mnie....
— A! nie surowo — zawołał Teodor, ale bezwzględnie.... Pani jesteś oranżeryjną rośliną drogą i pieszczoną, co burzy nie znała nigdy... no — a ja wyrwanym chwastem, który rósł przypadkiem gdzieś blizko, dopóki ogrodnik nie przyszedł i porządku nie zrobił!
— Mówić nawet z panem niepodobna! wstając i zaczynając się przechadzać poczęła Tola, któréj zniecierpliwienie coraz się stawało widoczniejszém. — Stanęła spoglądając nań śmiało.
— Sądziłam, że pana znajdę chłodniejszym i naturalniejszym, panie Teodorze... pan się tym sarkazmem drapujesz przedemną.
Zaczerwienił się Murmiński.
— Masz pani słuszność, muszę, bo bez téj draperji gorzéjbym jeszcze wyglądał — nie chciéj mnie pani widzieć bez niéj. Ran i blizn musiałabyś się przestraszyć, a to dla delikatnych nerwów kobiecych niezdrowo. Tak pani — dodał serjo i smutnie — niegodzi się wielkiego bólu, choćby nawet win wielkich używać za zabawkę i karmidło ciekawości — niegodzi! a! niegodzi — wybuchnął gwałtownie — chciałaś pani widzieć poniżenie moje....
— Panie Teodorze — zawołała z równą siłą głosu Tola — pana nieszczęście zepsuło. Byłeś miedzy złymi ludźmi i zaraziłeś się ich chorobą. — Wiem bardzo dobrze, iż się nieszczęściem bawić nie godzi, ale też zabawki, ani nasycenia ciekawości nie szukałam. Zobaczywszy pana, chciałam mu wyciągnąć dłoń pełna współczucia.
W czasie gdy to mówiła Tola, Teodor wynalazł był kapelusz i pochwycił go z ruchem, w którym gniew i rozpacz się malowały.
— Dziękuję pani — zawołał — lecz czyż i tego nie zechcesz pani przypuścić, że są, położenia, w których miłosierdzie boli jak — obelga...
— Pan sam stawiasz się w tém położeniu!
— Okoliczności mnie rzuciły w nie — odparł zimno Murmiński. — Za niespodziane szczęście, które mi się nie należało od losu, szczęście kradzione z miłosiernéj dłoni kobiety, która sobie ubogie dziecko wychowała... ot tak!! musiała przyjść zemsta... zadość uczynienie... Owa ślepa fortuna otworzyła oczy, zobaczyła omyłkę — i... osmagała mnie za skradzione łakocie.
To mówiąc Teodor drzący cały począł się żegnać. Tola nie chciała go puścić w tym stanie rozbolenia i rozdrażnienia.
— Uspokój się pan, rzekła, czekaj.
— Jestem zupełnie spokojny, zawołał Teodor — a doprawdy nie mogę dłużéj zostać ani chwili. Wypędź mnie pani raczéj — nadto się męczę.
Litościwym wzrokiem spojrzała nań w milczeniu i podała mu rękę nieśmiało.
Teodor się cofnął.
— A! nie! nie pani! ani dotknąć ręką, ani bym nawet ustami nie śmiał teraz tknąć jej dłoni. Sprofanowałoby cię dotknięcie biednego włóczęgi... Tyś powinna zostać tu gwiazdą czystą, spokojną, na niebiosach, do któréj tylko wzrok sięga... Bądź pani szczęśliwą!!
Głos mu zadrzał.
— Nie sądź pani tak źle o mnie — błagam — jam tę litość dla siebie umiał ocenić — ale nadużywać jéj nie śmiem i nie chcę — niech los to pani nagrodzi, to była złota — wielka — anielska, ostatnia jałmużna!!
Schylił się i wybiegł. Tola postąpiła kilka kroków za nim, ale wstrzymać go było nie podobna. — Nie pożegnawszy się nawet z gospodynią, nie zważając na profesora, który go wołał szukając kapelusza, Teodor wybiegł, pędem stoczył się ze wschodów i pogonił ulicą, tak, że Kudełka wyszedłszy w chwilę potém, już go nawet oczyma szukał napróżno.
Po wyjściu jego, Tola zsunęła się na kanapę, przy któréj stała — wzruszenie nie dozwoliło jéj zrazu ani się odezwać do nadbiegającéj Teressy i doktorowéj, ani słyszeć, co do niéj mówiono. Oczy miała pełne łez i piersi pełne tłumionego łkania...
— Cóż się z tym człowiekiem stało! zawołała po chwili łamiąc ręce — a! ci — co z istoty wybranéj, szczęśliwéj — prześladowaniem i niesprawiedliwością śmieli taką rozpacz wywołać, tak zgnieść i złamać ją — srodze odpowiedzą przed sprawiedliwym sędzią...
— Moja droga! uspokójże się — przerwała gospodyni — doprawdy gdybym była mogła przewidzieć tę scenę... którą z daleka odgadywałam tylko — nigdy, nigdybym się była nie podjęła ułatwić wam spotkania...
Tola podniosła się z kanapy i ścisnęła rękę doktorowéj.
— Przebacz mi — rzekła — to było nie uniknione — nic się złego nie stało...
Przeszła się po pokoju...
— Wiesz Tereniu, dodała — nie — ja już nie pojadę nad Ren — nie mogę — kilka może dni tutaj — a potém — na wieś!
W domu mi będzie lepiéj, nie chcę oczów ludzkich... Ten widok biednego Teodora zburzył mnie — jak widmo mieć go będę przed oczyma zawsze... z tego potrzeba ochłonąć w samotności...
Uścisnęła gospodynię — i wysunęła się milcząca.


∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.