Z życia awanturnika/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wydania 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Major Zaklika był żołnierzem z 1831 r. W 1832 zegar jego życia stanął i już się daléj nie ruszył. Żył wspomnieniami odbytej kampanji — chodził, niemogąc w mundurze, w staroświeckiéj czarnéj czamarze z krzyżem virtuti militari, chustkę zawiązywał wysoko na duszce, z ogromnym fontaziem, bakenbardy miał podgolone w półksiężyce, wąsik wyszwarcowany do góry, trzymał się prosto i choć osiwiały i zreumatyzmowany, choć na wsi osiadły, — zachował fizjognomję żołnierską, fizyognomję swéj epoki, tak, że w nim każdy mógł poznać podkomendnego jenerała Skrzyneckiego.
W towarzystwie też, gdy chciał ludzi zabawić — nie umiał mówić o czém inném, tylko o historji swojego pułku i o kapralu, zwanym Motylem, który w jego oczach i z nim na spółkę cudów dokazywał.
Opowiadanie przeplatane francuzczyzną, major przy fajce i lampeczce wina przedłużał czasem do tak późnéj godziny, że go spać trudno było położyć, gdy się raz w nie puścił. — Na wsi gospodarzył po żołniersku, na komendę, i szła mu gospodarka doskonale — ale stał się niesłychanym sknerą i choć na prawdę nie wiedział dla kogo i po co tak zapalczywie zbierał, miał sławę nielitościwego dusigrosza....
Z księdzem prałatem widywali się ledwie raz w parę lat. Zaklika zapraszany, zawsze się wymawiał kosztami podróży i opuszczeniem gospodarstwa. Nareszcie zatęskniwszy za panem bratem starszym, bo go kochał, trzecią klasą, z jedną starą torbą włóczkami szytą, na któréj wyblakły stał napis Souvenir — zjawił się na kanonji. — Tu kilka dni nagadawszy się o starych dziejach, — powracał znowu do swego dworku i zagonów.
Gdy list od ks. Strużki odebrał major z wiadomością o śmierci brata, rozpłakał się jak bóbr... Chciał spieszyć na pogrzeb, rozrachował jednak, że to było niepodobieństwem, odpisał, że jak tylko się urządzi (miał jeszcze len dosiać) natychmiast przybędzie.... Jakoż w tydzień po pogrzebie zjawił się major z torbą i kopciuchem aksamitnym u guzika, mając nadzieję, że tu gdziekolwiek bezpłatne znajdzie pomieszczenie. Pokój pierwszy prałata, nieopieczętowany służył mu za nocleg, przegawędzili krótką noc wiosenną z Pawłem. Major opłakawszy brata, chciał się co prędzej pozbyć formalności tego spadku, po którym nie wiele się spodziewał.
— Niech mu tam Bóg nie pamięta — rzekł do Pawła, najpoczciwszy człowiek był, ale utracjusz. Grosz się u niego nigdy nie potrzymał... pierwszemu lepszemu ubogiemu oddał... Nie wielkie to tam rzeczy muszą być...
Nazajutrz rano major jeszcze przed małém zwierciadełkiem siwe wąsy czernił, gdy Paweł przybiegł oznajmując mu odwiedziny prezesa...
Jakim sposobem o przyjeździe się dowiedział, było tajemnicą, — lecz o dziewiątéj godzinie już się stawił. Major narzucił na siebie czamarkę, i z wielkiemi oznakami uszanowania przyjął dostojnego gościa.
— Darujesz mi pan major dobrodziéj — odezwał się prezes — że choć nieznajomy jestem mu natrętny. Dowiedziawszy się wypadkiem o jego przybyciu, nie mogłem na sobie przemódz, abym nie wylał na jego łono... żalu nad stratą, którą ponieśliśmy... Ś. p. prałat był dla nas więcéj niż przyjacielem...
Przez kwadrans potém wzajemna wymiana grzeczności i nekrolog zmarłego zajmował obu panów... Major nie bardzo się prezesowi przypatrywał, bo go on nie wiele obchodził, prezes natomiast oczyma badał, wyrazy podsłuchiwał, starał się pilno poznać człowieka i jego słabości. Przyszło nareszcie do rzeczy — prezes troską zakłopotany oświadczył, że go tu téż mały interesik sprowadza.. że pewne tyczące się rodziny papiery prawdopodobnie musiały się znajdować między pozostałościami po prałacie.
Major nie widział w tém nic zdrożnego ani niebezpiecznego, by natychmiast przyrzec, iż one na żądanie wydane zostaną. Otrzymawszy tę obietnicę, prezes oświadczył się, iż urzędowne zdjęcie pieczęci może przyspieszyć i ułatwić i że radby sam aby się to jak najprędzej odbyło.
Tu dopiéro major — mimo wielkiego poszanowania dla p. prezesa, widząc się tak przynaglanym, trochę się zastanowił, trochę mu to się jakoś wydało podejrzaném i zbył ogólnikami... zaręczając że po przejrzeniu papierów, te które się okażą należnemi rodzinie prezesa... wróci jéj najchętniéj.
Przybyły znać się czego innego spodziewał, nie śmiał już jednak nalegać, obrachował, że będzie wiedzieć o godzinie odpieczętowania i z nienacka się przystawi. W sądzie miał ludzi sobie oddanych... W téj więc nadziei tymczasowo majora pożegnał.
Właśnie go przeprowadzał Zaklika do wschodów, gdy nadbiegł żywo ks. Strużka. Z tego co mu zwierzył prałat łatwo się mógł domyśleć o jaki chodziło depozyt... Niespckój prezesa umocnił go w domniemaniu. — Ledwie się za nim drzwi zamknęły, gdy on z kolei pana majora pociągnął z sobą...
Na komódce w pierwszym pokoju stał stary krucyfix... Strużka zamknąwszy drzwi, poszedł milczący do niego i ujął go w ręce.
— Panie majorze — odezwał się — byłem przyjacielem zmarłego, jestem kapłanem, możesz zawierzyć słowu mojemu i uroczystéj na tym krzyżu przysiędze, iż to co ci opowiem, prawdą jest szczerą...
— Ale na Boga żywego, sacré nom... odezwał się major, ja asindziejowi wierzę i bez tego wszystkiego — o co chodzi?
— Zapytaj kochany majorze, Pawła jeszcze dla lepszego dowodu... W wigilją śmierci nieboszczyk kazał mnie pilno przywołać do siebie. Znalazłem go oto w tym fotelu... ożywionym nad zwyczaj i podrażnionym... kazał mi drzwi zamknąć i zwierzał mi, iż pewna osoba, kobieta... nazwiska nie wymienił, ale się go z innych okoliczności domyślić łatwo — powierzyła mu papiery i pieniądze w depozyt dla oddania osobie, której on wynaleść nie mógł. Zaklinał mnie, abym przejął od niego te papiery; znając siebie nie podjąłem się — zbyt jestem roztargniony. Miałem mu nazajutrz wynaleźć człowieka... Ale w nocy prałat umarł...
Major słuchał z wielką uwagą...
— Mój mości dobrodzieju, jak tylko się co znajdzie co do mnie nie należy... to sobie zabieraj... ja nie przeczę...
— Tak, lecz czy o toż samo nie prosił cię prezes?
Major wąsa pokręcił.
— Albo to jest w jakim związku?
Ks. Strużka począł mu coś szeptać na ucho.
— Jeśli się nie mylę, a sprawdzić to będzie łatwo, idzie tu o los sieroty... o dowody urodzenia... prezes możeby je życzył zniszczyć, bo się z tém odzywa, że matka mogła nie być przytomną....
— Komplikacja jak pana Boga kocham! krzyknął major... nad moją głowę i rozum... Radźże mi kanoniku co mam począć...
— Niech ci własne dyktuje serce — odrzekł Strużka — ja mam tylko słowo moje — żadnych praw, żadnych dowodów... Proszę cię tylko ani świstka prezesowi, bez surowego rozpatrzenia przy świadkach, a gdy ja położę — veto. —
— Zgoda! zgoda! rzekł major... tylko żeby się ta kasza jak najprędzéj skończyć mogła... Ja jestem żołnierz... finesów tych nie rozumiem... na prawo, na lewo, siecz — rąb, kól... a to... lisie drogi, któremi ja nie chadzam i łatwobym się zbłąkał. Pilnuj asindziej sam...
— Tylkom sobie nabrał kłopotu...
Stanęło na tém, że przy rozbieraniu papierów i jako delegat duchowny i jako przyjaciel zmarłego miał się ks. Strużka znajdować.... Major dał słowo....
Wszystko to razem dokuczyło mu mocno. Właśnie major po bardzo skromnym obiadku od Kukiewicza przyniesionym, wąsy ocierał i fajkę miał zapalać, gdy prezes zjawił się z urzędnikami sądowymi.... Ks. Strużki nie było.
Major prosił wszystkich siedzieć.
— Za pozwoleniem panów dobrodziejów — rzekł — ponieważ tu mają być i papiery do duchowieństwa należące, a ja się tam w ogóle na tém nie znam, uprosiłem sobie ks. kanonika do pomocy — i poślę po niego.
— To napróżno — odezwał się kwaśno prezes — niepotrzebnie zajmować czcigodnego kanonika, który ma inne zatrudnienie... jabym był z chęcią mu służył....
— Ale, proszę pana prezesa — dla duchowieństwa — niechże będzie! rzekł major.
Prezes milczący spojrzał na Zaklikę i siadł widocznie ubodnięty. Nie chciał tego jednak pokazać po sobie.... Wysłano po ks. Strużkę, który przybiegł ze zwykłym pośpiechem. Przywitali się z prezesem daleko czuléj, niżby się spodziewać było można, przynajmniéj ze strony dostojnego pana.
Gdy wszyscy byli zebrani i gotowi, przystąpiono do złamania pieczęci i otwarcia drzwi. W dwóch pokoikach prałata wszystko tak jeszcze było rozrzuconém jak w chwili gdy ciało wyniesiono.
Paweł, służący za przewodnika, pokazał bióro, przyniósł szkatułkę, która stała pod łóżkiem i wskazał szafę na klucz zamkniętą.
Z niezmierną ciekawością otworzono naprzód szkatułkę, która się najważniéjszą zdawała. Znaleziono w niéj papiery urzędowe począwszy od metryki, świadczące o pracach nieboszczyka w ciągu długiego życia, wiele listów od różnych osób bardzo starannie porozdzielanych i powiązanych sznurkami, a w kryjówkach, dwieście czerwonych złotych obrączkowych z tak starą datą, że więcéj pół wieku leżały nietykane. Był to zapas na czarną godzinę, która szczęściem nie przyszła.
Przetrzęsiona i rozpatrzona na wsze strony szkatułka nic więcéj nie dała.
W biurku wiele szufladek było pustych, w innych dystynktoria, łańcuchy, ordery, pierścienie, trochę starych monet, kilka pieczątek, dużo szpargałów, trochę papieru, w dolnych szufladach bielizna paradna lawendą poprzesypywana... nigdzie żadnego depozytu... żadnych papierów ni śladu.
Wśród milczenia, przerywanego półsłówkami, postępowano daléj z troskliwością wielką, wydobywając nawet serwety, obrusy, komże i alby... aby żadnemu zakątkowi nie przepuścić.
Komoda ta aż do ostatniéj szuflady przepatrzona, zawiodła oczekiwania.
Pozostawała szafa zamczysta, od któréj klucz tkwił w zamku; jednakże po otwarciu jéj na roścież... znaleziono w niéj od góry do dołu książki napchane, nabite, pyłem przysute.
Ks. Strużka widząc że dotąd usiłowania odszukania papierów były próżne, podjął się przepatrzeć książki i dwie szuflady także pełne brewiarzyków i kancjonałów. Pomagał mu w tém Paweł. Sądzono, że tu się może kryje jaki zwitek lub fascykuł. Napróżno jednak wyrzucono biedne książki... nie było nic.
Prezes, major, ks. Strużka oglądali się po pokoju, zaczęto badać Pawła... stary się niecierpliwił tylko słysząc o papierach.
— Co za papiery! jakie papiery mają być? gdzie? Pełna ich przecie była szkatułka. Ś. p. prałat nie był także papierowy człowiek, a w ostatnich latach tyle tylko czytał, co na brewiarzu, bo go na pamięć umiał. Jak bywało list przyjdzie, co się rzadko trafiało, to posyła po kleryka, żeby mu go czytał, bo już i okulary nie pomagały.
Prezes zaczął się po pokoju przechadzać, ręce założywszy pod poły. W ścianie była szafeczka... odemknięto ja... stało w niéj trochę szkła i porcelany.
W stolikach pełno kalendarzy, na półkach znowu książki.
Przetrząśnięto tak oba pokoje, a prezes od niechcenia zajrzał pod poduszkę nawet — nie znalazło się już nic więcéj. Ponieważ p. major, który dwieście czerwonych złotych już był do kieszeni schował, był jedynym spadkobiercą, oddano mu do rozporządzenia ubogą prałata spuściznę — pięć tysięcy złotych na obligu i owe złoto a trochę ksiąg... całém były dziedzictwem.
— Ja się i tego nie spodziewałem — rzekł major....
Prezes stał milczący i pomięszany. Wypadało mu odejść — a obawiał się jeszcze.... Wieczór się robił, gdy w końcu pożegnał p. majora i z kwaśną miną, straciwszy cały dzień — powrócił zawiedziony....
Gorzéj jeszcze było z ks. Strużką, który wiedział z pewnością o depozycie, a doszukać się go nie mógł. Major oświadczał, że ruchomości, jako człowiek niemajętny sprzedać musi....
Gdy wszyscy wyszli, kanonik pozostał z nim sam. Jęknął biedny.
— A! Boże mój, Boże! zawołał ręce łamiąc — gdy kto jak ja słyszał z tych poczciwych ust starca z trwogą śmierci wymówione słowa.... Bierz! bierz ten ciężar odemnie, aby mi brzemieniem nie leżał na duszy!! — a potém własny błąd chce naprawić i szuka, a szuka nadaremnie, chce się krwawemi płakać łzami....
Powiadam panu majorowi ten depozyt tu być musi, on tu jest!!
— A noć bardzo wierzę — ale gdzież? gdzież? przetrzęśliśmy wszystko....
Paweł stał także smutny z daleka u proga.
— Już, proszę państwa — odezwał się — nikt lepiéj nie znał obyczajów i zwyczajów ks. prałata jak ja, bo on dla mnie żadnych tajemnic nie miał.... Pieniądze rozchodowe chował do biórka... szkatułki od lat może sześciu nigdy nie dobył. W ostatnich czasach mało co się i ruszał....
— A nie przypominaszże sobie, podchwycił Strużka, owéj nocy, gdy go chorego już wezwano do ś. p. prezesowéj i gdy potém powrócił, nie przywiózłże co z sobą? gdzie schował?
Paweł się zamyślił.
— Jak dziś pamiętam, odparł.... wielka była bieda z tą podróżą. Jeździł z nim ks. Lacki, który wiózł św. sakrament... i oleje. Prałata musieliśmy do karety we dwóch sadzać i to jeszcze stękał.... Cały dzień tam bawił, nazajutrz dobrym już mrokiem powrócił.... Czekajcie państwo.... A ha! gdy powóz zajechał, zbiegłem na dół... wprowadziliśmy go strasznie osłabionego na wschody.... Odpoczywał u progu, potém w pierwszym pokoju... potém wszedł oto tu... oparł się na stoliku....
A! czekajcie państwo! tak! tak! dobył prawda z za sukni spory plik papierów opieczętowanych i położył oto tu — na stoliku.... Posadziłem go na krześle. Kazał sobie herbaty zrobić... więc do kuchni zszedłem, a gdym powrócił, żeby na tym samym stoliku nakryć do herbaty... już żadnych papierów nie było, toć bym zapamiętał.... Do szkatułki ich nie schował, bo by sam nawet dostać jéj nie mógł, do biórka też nie, bo klucz od biórka mnie zostawił na przypadek, gdyby tam dłużéj zabawić musiał, żebym mu dobył pieniędzy i przysłał....
— Aleć tu żadnéj więcéj schowanki nie ma! zawołał trochę zniecierpliwiony major — cóżby się z papierami stało?
Paweł ruszył ramionami, ręce roztworzył i rzekł prawie gniewnie.
— Już przecie ja ich nie zabrałem!
— A nikomu to na myśl nie przyjdzie — uśmiechnął się Strużka... a no — gdzieś to się znajdzie, może we sto lat, gdy się już nikomu na nic nie przyda....
Major fajkę zapalił.
— Mój kanoniku — odezwał się wstrzymując go za rękę — pomóżcie mi, ażebym się pozbył tych ruchomości — chciałbym do domu powrócić.... Co my z tém zrobimy! Sprzedaćby to hurtem... czy co? a nie, to choć zlicytować.... Na pamiątkę sobie precioza zatrzymam.... Z książek tylko jeden brewiarz, na którym się modlił nieboszczyk... resztę sprzedajcie, proszę.... Nie będę się drożył... byle cokolwiek grosza wpłynęło, aby się choć koszta pogrzebu opłaciły.
— O tém już jutro pomyślimy... rzekł ks. Strużka — nie wielkie to rzeczy i nie trudne.
— A pan Paweł jeśli się mojego wiejskiego krupnika nie boi...proszę, ze mną do Karczemki... będziemy razem lepsze czasy rozpamiętywali....
Paweł do nóg mu się skłonił....
— Nie gardzę ja łaską pana majora, a no człek do tego kościoła i do tych kamieni przyrósł... trudno się na starość oderwać. Niechbym tu już i kości położył... westchnął stary i łzę otarł.
W parę tygodni po opisanych wypadkach znowu był wieczór u prezesa, a że tu nigdy na gościach nie zbywało, i tego dnia salon się o godzinie ósméj napełnił. Wedle niezmiennéj formuły, gospodyni zawsze siedziała na tém samém miejscu, choć suknię miała inną a niemniéj smakowną; gospodarz stał w pośrodku pokoju, aby być gotowym na powitanie gości. Byli to po większéj części starzy znajomi i przyjaciele; w gronie pań czarno ubrana siedziała pani doktorowa zamyślona, obojętna i nie zdająca się wielkiéj zwracać uwagi na to, co się w koło niéj działo. Niekiedy tylko spoglądała ukradkiem to na gospodarza, to na gospodynię i z pod oka śledziła wyraz ich twarzy. Dla mniéj znajomych nie straciły one tego dnia ani zwykłego spokoju, ni wdzięku, uśmiechały się zimno i grzecznie, nie dając sobie zajrzeć do głębi duszy. Wprawne tylko oko staréj znajoméj mogło w prezesie dostrzedz pewne zniecierpliwienie, które się zdradzało ruchami mimowolnymi i błyskiem źrenic pełnym gniewu; a w prezesowéj zwiększonéj dumy i napuszonego majestatu, przypominającego gniew słuszny owego ptaka, który im się bardziej gniewa, tym szerzéj skrzydła rozpuszcza. Coś było w powietrzu takiego, o czém mówić nie dozwalała przyzwoitość, a co kamieniem ciężyło. Mówiono o rzeczach obojętnych i w sposobie rozbierania ich czuć było namiętność, gdzieindziéj zrodzoną, która teraz przechodzi we wszystko, czego dotknięto. Wieczór wedle programu się odbywał, naprzód rozmowa jedna koło kanapy i owalnego stołu w kółku prezesowéj, druga w otoczeniu prezesa wśród salonu. Po tém podano herbatę, dla któréj wszyscy posiadali, gdzie kto mógł, nareszcie w drugim saloniku trochę muzyki, a dla grających dwa stoliki whista. Prezes nie był whista wielkim miłośnikiem, grywał tylko w cudzych domach, bo to go uwalniało od rozmowy czasem uciążliwéj — u siebie w domu, jako gospodarz, nie siadał nigdy, przechadzał się i bawił tych, którzy nie grywali, lub udawał, że słucha muzyki, któréj ani lubił, ani rozumiał.
W chwili gdy wszystko się wedle należytego porządku rozłożyło, a prezes z rękami pod frak zasuniętemi przechadzał się po salonie frasobliwie zadumany: doktorowa, która także nie zajęła miejsca, zwolna i niby przypadkowo zbliżyła się do niego. Bardzo grzeczny dla niéj, prezes jednak nie mógł tego utaić, że jéj nie lubił — a im mniéj lubił, tym więcéj się starał okazywać grzeczniejszym.
— Pani widzę jak ja nie bardzo muzykalna? spytał stojąc.
— Owszem, lubię muzykę, ale gdym do jéj słuchania usposobiona, co mi się nie zawsze zdarza — rzekła doktorowa.
— Mnie ona nie robi przyjemności, a okrutnie działa na nerwy — odezwał się prezes — drażni....
Spojrzeli po sobie milcząc — w istocie gospodarz tłumił z trudnością wyraźne zniecierpliwienie.
— Lato w naszém miasteczku jest nie do zniesienia — dodał — proponowałem Żuliecie, żebyśmy raz gdzie przecie pojechali się rozerwać... nad brzegi Renu... do Włoch... gdziekolwiek....
— A ona?
— Nie chce dzieci samych zostawić! Jest to wzór matek! rzekł chłodno prezes....
— A ty mój prezesie, najszczęśliwszym z małżonków, dołożyła doktorowa, powinieneś rano i wieczór dziękować Bogu, iż inaczéj się nie ożeniłeś. Ta kobieta stworzoną była dla ciebie....
Niedostrzeżonéj ironji w głosie doktorowéj prezes, jak się zdaje, nie pochwycił, spojrzał tylko niespokojnie na mówiącą, jakby niedowierzał tym pochwałom. Doktorowa mówiła bardzo serjo.
— Powinieneś i za to dziękować Bogu, że ci się twa pierwsza miłość nie poszczęściła....
Prezes cofnął się jak oparzony.
— Pierwsza? jaka? o żadnéj nie wiem. To moja pierwsza i ostatnia!
Doktorowa zaczęła się śmiać....
— Jak to się rzeczy te łatwo zapominają i jak łatwo wmówić sobie potém, że to, co było — nie istniało.... A nie kochałżeś się zapamiętale w Toli, którą ci ten nieszczęśliwy Todzio?...
Śmiałe to wystąpienie tak straszny obłok na twarz prezesa naciągnęło, że doktorowa spojrzawszy nań, nie dokończyła.... Schwycił ją za rękę gwałtownie i począł bardzo serjo i gniewnie.
— Jeśli mi pani co dobrego życzysz, proszę, błagam — obliguję — tych dwóch imion nigdy w domu moim nie wspominać....
Prośba ta bardzo była do nakazu podobna i dla tego doktorową oburzyła....
— Nie wiedziałam, rzekła z pół uśmiechem, że ci imiona dawniéj tak uwielbianéj istoty i tego, którego nazywałeś bratem, tak mogą być przykre....
Prezes się uniósł i pochwycił za obie ręce stojącą przed nim doktorową.
— Ja, jego bratem... rzekł stłumionym głosem — bratem.... Pani! pani mi chcesz przykrość chyba uczynić....
— A! zlituj się, to nie jest w mojéj naturze, odezwała się spokojnie kobieta — przykrościbym ci uczynić nie chciała, lecz radabym widzieć ostyglejszym i nie tak gorąco biorącym... co się odwrócić nie może!
— Nie rozumiem, szybko wtrącił prezes, cóż się to odwrócić nie może? Na co ja mam ostygłym być! Ja o niczém, co się tyczy tego człowieka wiedzieć nie chcę.... Dosyć niewdzięczności doświadczyła od nich obu i ojca i syna, rodzina moja. Jak węże wcisnęli się pod dach nasz, odgrzaliśmy te żmije na to, żeby nas potwarzą kąsały....
Prezes był cały wzburzony, doktorowa patrzała nań zimna i nieporuszona.
— Wiész zapewne, że Teodor Murmiński od kilku dni tu jest....
— Wiem — wiem... żywo zawołał gospodarz... i gotowaś go pani, krewna mojéj żony, nasza... w domu swoim przyjmować?
— Nie wiem, kochany prezesie, dla czegobym mu drzwi moje zamknąć miała? Przeciéż niczém się nie skalał! zbrodni żadnéj nie popełnił. Nie winien pewnie temu, iż go ś. p. prezesowa dzieckiem wzięła na wychowanie, ani mógł zapobiedz temu, bo to wam przykrém nie było.
Purpurowa stała się twarz dostojnego pana... milczał... z postawą dumną, odezwał się odzyskując panowanie nad sobą.
— Ani słowa o tém, ani słowa! Nie chcę o tém wiedzieć że żyje... nie wiém o nim, nie znam go.
— Boleję nad tém, kochany prezesie, mówiła nieporuszona kuzynka. Mojém zdaniem, choć to jest tylko zdanie kobiety, nie dobrze może znającéj stósunki wasze — mojém zdaniem masz pewne obowiązki dla tego wychowańca twéj matki... a łatwo, bardzo łatwo pewnemi względami mógłbyś go sobie pozyskać!
— Ja! jego! chcieć sobie pozyskać? z gorzkim ironji wybuchem wołał gospodarz. — Pani chyba nie znasz lub z umysłu nie chcesz zrozumieć mojego położenia... Muszę więc z nią mówić otwarciéj, niżbym chciał, niżby należało... Jesteś pani naszą krewną, a i to wkłada na nią pewne obowiązki... Czy pani wie co z tego ukuto, że zacna, czcigodna matka moja wzięła dziecię guwernera na wychowanie?? — Rozpuszczono wieść, że za niego wyszła, że była jego żoną, i że p. Teodor ów... był jéj synem, a moim przyrodnim bratem, że ja wiedząc o tém pokrzywdziłem go na majątku, żem dowody jego pochodzenia zniszczył...
Doktorowa słuchając ruszała ramionami i uparcie patrzała mu w oczy.
— A to wszystko — spytała zimno i badawczym ścigając go wzrokiem — było naturalnie bajką i wymysłem?
Pytanie tak wprost rzucone z rodzajem wątpliwości poruszyło prezesa.
— Znałaś pani moją matkę — zawołał — kobieta jak ona nie potrzebowała i nie mogła się taić z tém co czyniła... Ale miała chorobliwą czułość, słabość nie wytłumaczoną dla tego... dla tego trutnia — dodał gospodarz... a on ją umiał wyzyskać... i dziś nie bez celu się tu zjawił zapewne... chce mnie zmusić do ofiar, chce mnie obedrzeć...
— Mnie się nie zdaje, żeby miał tę myśl — przerwała kuzynka... mylisz się. — Gdzież się ten człowiek ma podziać? tu się wychował, tu źródło — jest rzeczą naturalną, że tu szuka przytułku i pracy. Profesor Kudełka, który się nim zajmuje, mówił mi, że mimo nieszczęść, jakich doznał i złamania na duszy i ciele, człowiek jest zdolny, a bierze się do pracy gorąco...
Śmiech dziwny, szyderski prezesa rozległ się aż nadto głośno po sali.
— On, do pracy!! I pani temu wierzysz! Ten stary głupiec łatwowierny, którego wszyscy zawsze oszukiwali i oszukują... Kudełka i Kudełka pani mówił! To zdziecinniały starzec...
Odetchnął prezes, ale nie dając ust otworzyć doktorowéj mówił daléj.
— Nikt lepiéj nademnie nie zna tego człowieka, który wstręt i ohydę zawsze budził we mnie... Utracjusz, fanatyk, pieszczoch, dziwak... zarozumialec, do niczego.... Sądzi się godnym najwyższych przeznaczeń... a dwóch dni wytrzymać przy jedném nie umie!
Przerwał sobie prezes — potrząsł głową, poruszył się cały jakby ze wstrętu — i zwrócił oczy na doktorową, która z rękami założonemi, nieruchoma, zimna, nie podzielając wcale jego uczuć — stała i mierzyła go wzrokiem ciekawym.
— Mnie się zdaje, kochany prezesie, odpowiedziała — że tyś się uprzedził przeciw niemu. Nie przeczę, że natury tak różne jak wasze, nie łatwo sobie sprawiedliwość oddać mogą — wy — tak surowo, chłodno, rozumnie biorący życie — on tak gorąco i namiętnie. A koniec końcem, jest to bardzo biedny człowiek — i dla tego samego, wiele by mu przebaczyć można.
Mój prezesie — dodała — gdyby ci ludzie tak źli byli — czyżby z dobroci prezesowéj nie potrafili byli korzystać? Jestże to wina, że ludzie sobie jakąś tam — jak powiadasz, bajeczkę wysnuli?
— Kochana pani — przerwał prezes — gdybyśmy o czém inném zaczęli?
Głos mu drżał, i choć niby chciał to wyrzec obojętnie, namiętność grała w jego dźwięku... i gniew nieprzebłagany.
— O czém inném? rozśmiała się nielitościwa kuzynka. — Chcesz, bym ci opisała jak teraz wygląda Tola, w jaki sposób się zmieniła, jak na nowo wypiękniała, ile w niéj rozumu, powagi, talentów....
— Widzę, żeś pani dziś uwzięła się na mnie — zawołał gospodarz — uznaję się zwyciężonym i opuszczam plac.
To mówiąc, skłonił się z przesadzoném uszanowaniem i powoli odszedł. Doktorowa z równie karykaturalną powagą nizki oddała mu ukłon.
Weszła potém na chwilkę do saloniku, w którym brzmiała muzyka... postała przy progu i nieznacznie, jakby przechadzając się zmierzyła ku drzwiom. Prezes, który zdala widział ten manewr doskonale, znać rozmyślił, ochłonął i nie dając jéj wymknąć się z salonu, pospieszył ku niéj. — Już u progu chwycił ją za rękę.
— Kochana kuzynko — szepnął jej wzruszony — nie odchódź pod wrażeniem téj rozmowy, dwa słowa jeszcze.... Jesteśmy krewni... widzę, żeś pani usposobiona zbyt litościwie dla osób, które mnie zawsze prawie nienawiść i otwartą niechęć okazywały. Nie łącz się pani z niemi, nie chcę w niéj mieć także nieprzyjaciółki.
— Mylisz się, panie prezesie, odpowiedziała doktorowa... nie macie oboje pewnie życzliwszego serca dla siebie nad moje. Mais je n’épouse jamais, quand même, spraw ani familijnych, ani przyjaciół — staram się je poznać, zgłębić — i kieruję się mojém własném przekonaniem. A przekonanie to dyktuje mi radę i życzenie, abyś był dla nieszczęśliwego względniejszym.
— Wierzę, iż to życzenie pochodzi z najlepszego serca — lecz zarazem przekonywa mnie, że pani nie znasz mojego położenia, ani przeszłości.... Ten człowiek...
Doktorowa zbliżyła się do ucha:
— Gniew twój prezesie dałby mi do myślenia — żeś mu jeszcze Toli nie darował. Jeśli kochasz Żulietę, możeszże na to tak być czułym?
— Cóż za przypuszczenie!
Doktorowa śmiejąc się pogroziła mu na nosie, dygnęła i szybko wyszła.
W przedpokoju, dokąd ją grzeczny gospodarz przeprowadzał, spojrzała na zegar... nie było jeszcze dziesiątéj, cicho coś szepnęła służącemu i powóz potoczył się ciemnemi, pustemi dosyć ulicami ku jednemu z większych hotelów.
Tu w kilku pokojach pierwszego piętra mieszkała jeszcze panna Tola, która choć wybierała się za granicę — przez jakiś niezrozumiały kaprys, a o to, jak mówiono, nie było u niéj trudno — pozostała w mieście dłużéj daleko, niż była zamierzała. Doktorowa obiecała jéj, że odbywszy pańszczyznę u prezesostwa, zajedzie do niéj na resztę wieczora.
Mało osób przyjmowała zwykle piękna panna, chociaż się zawsze dosyć cisnęło do jéj salonu. Przystęp był trudny — umiała ze zbytnią może otwartością pokazać tym, którzy się jéj nie podobali, iż im nie bardzo będzie rada. Nie mogła się snać obronić tego wieczora od kilku salonowców i doktorowa przybyła właśnie na chwilę, gdy ci panowie stojący z kapeluszami w rękach, w lilijowych rękawiczkach, w całéj formie urzędowéj przystępowali do podanéj herbaty... Tola siedziała dosyć znudzona na małéj kanapce i zobaczywszy dobrą przyjaciółkę żywo się rzuciła ku niéj. Był to w téj chwili gość wielce pożądany, bo rozmowa zaczynała z suchot umierać. — Szepnęły sobie coś na ucho...
Usłużna towarzyszka Toli zagadywała tym czasem kawalerów, aby swą wychowanicę oswobodzić.
Ci panowie byli to dawni adoratorowie Toli, z których każdy po parę razy grzecznie został odprawiony, a pomimo to trwał w czci dla ideału w nadziei, że się oń postarawszy, nad stałą miłością ulituje. Na to się jakoś nie zanosiło, Tola miała zwyczaj względem takich upartych, być coraz, a coraz zimniejszą, a wszelką aluzję najdalszą do uczuć gorących zbywała nielitościwém milczeniem.
Po herbacie panowie ci, widząc gospodynię zajętą przyjaciółką i zrozpaczywszy o oderwaniu jéj — pożegnali się i wyszli — Tola wstała uśmiechnięta i rozpromieniona.
— A! przecież! zawołała — ils sont charmants, ale znakomicie nudni. —
— Ja także przychodzę przesiąkniętą atmosferą salonu prezesostwa... i nie bardzo zabawić cię potrafię — odezwała się doktorowa... aż mi wstyd jaka dziś byłam nielitościwa i zła...
— Wy? a! cóż to było!
— Tego ci powiedzieć nie mogę — ale — aż rozgniewałam prezesa...
— Czém?
— Mogę śmiało mówić?
Tola się zarumieniła, obejrzała na towarzyszkę, drgnęła. —
— Cóż to tak strasznego?
— Coś nad co w świecie straszniéjszego nie ma — widmo wspomnień...
Gosposia udawała, że prawie nie słucha...
— Mogłabym prawie przysiądz, że prezes, szczęśliwy mąż Żuljety, kocha się jakoś do dziś dnia w pewnéj — pewnéj pannie! nie powiem w kim! Takby przynajmniéj wnosić należało z tego, że dotąd przebaczyć nie może, rywalowi, choć i tamten szczęśliwszym od niego nie był.
— Zagadkami dziś mówisz — mruknęła Tola.
— Ty ją łatwo odgadniesz...
— Zkadże o tym rywalu mogła być mowa...
Tola zwróciła oczy przymglone ku doktorowéj, która zawahała się z odpowiedzią, spuściła głowę i zamyśliła się — potém jakby ją coś natchnęło odwagą — odezwała się.
— On tu jest!
Trzy te słowna, proste, wymienione chłodno — bez wzruszenia, zrazu zdawało się na Toli nie czynić żadnego wrażenia... nie ruszyła się, nie drgnęła... skamieniała... Z bukietu, który leżał na stoliku wyrwała kwiatek i nie mówiąc nic wzięła kończyk jego w usta. Doktorowa śledziła wyraz jéj twarzy... czekała odpowiedzi... lecz w téjże chwili Tola zapytała...
— Proszę cię nie wiesz téż na pewno, o któréj odchodzi pociąg do Kolonji?
— Chciałabyś jechać...
— A! bo tak nudzę z tym wyjazdem, że moja dobra Teressa już się ze mnie śmieje. Stałam się leniwą, ociężałą, i, co nigdy nie bywało, grzeszę brakiem decyzji. Wyjeżdżamy codzień... i każdego dnia wyjazd odkładamy do jutra...
— Pociąg do Kolonji — jeśli się nie mylę, odezwała się doktorowa, odchodzi o szóstéj z rana — ale sprawdzić nic łatwiéjszego... Zadzwoń na kelnera, oni to na pamięć umieją...
Tola wzięła za dzwonek... kelner wbiegł z wielkim pędem... a był to kelner elegant, wyfryzowany, piękny, wykryzowany, który gdy raz mówić zaczął końca się trudno było doczekać — popisywał się z polyglotyzmem swoim...
Pociąg odchodził o szóstéj.
Cywilizowany kelner zapytał, czy hrabina jutro już chce osierocić miasto....
— Jutro — nie.... Zresztą nie wiém! dam znać! odparła odprawiając go Tola.... Rozmowa o podróży i kolei, wyborze i t. p., potrwała z kwadrans, gospodyni z żywością trochę zapożyczoną i wesołością nie naturalną brała w niéj udział bardzo czynny. — Doktorowa była milcząca.... W tém panią Teresę odwołano i zostały same, Tola obejrzała się za odchodzącą i siadła przy swéj przyjaciółce chwytając ją za rękę.
— Moja droga — odezwała się — nie posądzaj mnie ani o żadne uczuć resztki, bo w ogolę rzeczy odgrzéwanych nie lubię, ani o prostą, głupią dziecinną ciekawość — chciéj zrozumieć, że najobojętniejszych, los człowieka, którego się niegdyś znało — obchodzi, powiedziałaś — on tu jest... powiedz mi... co się z nim dzieje....
— Tolo moja droga... biorąc ją z kolei za ręce — drżącym głosem zaczęła doktorowa — dzieci się często napierają widzenia rzeczy, od których mdleją ze strachu....
— Ja nie jestem ani dzieckiem, ani tak wrażliwą jak sądzisz, bledniejąc zaczęła panna... mów śmiało....
— Każesz — oszczędzać cię nie będę — rzekła doktorowa.... Dni temu kilkanaście profesor staruszek, którego widziałaś u mnie, wyszedł bardzo rano na botaniczną wycieczkę na porzecze.... Był właśnie najmocniéj zajęty swemi ulubienicami, znalazłszy jakiś pyszny egzemplarz Solanum, nie wiem już którego, gdy go szelest dziwny o téj porze rozbudził.... Pod starym dębem, młody jeszcze człowiek, w łachmanach, odarty, z twarzą wybladłą przymocowywał właśnie stryczek, na którym się miał obwiesić....
Tola z krzykiem załamała ręce.
— I to był on! on! a! to być nie może!
— To był on, albo raczéj ruina tego człowieka, którego cierpienie złamało i do rozpaczy przywiodło.... Ten jeden wypadek powiada ci wszystko — dodała doktorowa — więcéj już nie masz mnie o co pytać.
Z pięknych oczów Toli polały się niepowstrzymywane łzy, ani myślała się ich wstydzić w téj chwili, ani kryć z niemi....
— Ten świetny, wesół, zuchwały... dowcipny Todzio, ten pieszczoch i ulubieniec poczciwéj prezesowéj — ten — a! mój Boże... ja nawet wystawić sobie tego nie umiem.... Widziałaś go?...
— Z daleka — w ulicy — wygląda jak widmo, lecz gdyby był smutny, gdyby udawał Manfreda, grał jakiegoś Gustawa, czy Konrada — możeby mi się wydał politowania godnym i śmiesznym. Tak nie jest.... Udaje wesołego i bardzo szczęśliwego — a od tego serce się kraje.
— Cóż on tu robi?
— Poczciwy profesor, który go uratował, karmił go podobno dotąd, pozastawiawszy zegarek, łańcuszek i co tylko mógł u żydów — stara mu się o jakie umieszczenie, jaką robotę.
— Więc prezesowa nie zostawiła mu nic?
— Ani nawet wspomnienia — dorzuciła doktorowa — zresztą jest to jakaś tajemnica. W ostatniéj chorobie wzywała ks. Jeremiego, a po nim, gdy oto niedawno umarł, nic się nie znalazło... i gdyby co było, prezes tam dobrze pilnował...
Tola przeszła się po pokoju, aby ukryć wyraz swéj twarzy, który oczy przyjaciółki śledziły... nie miała siły mówić.
— Ruina człowieka — intelligencji — serca — ducha... a! jak to okropne... widzieć ten boży kwiat zdeptany nogą, zwalany może błotem, skrzywiony na złamanéj łodydze... czy jest co smutniéjszego na świecie... Pokrzywy bujają pod płotem... a... oni — zawołała nagle stając przed doktorową...
Przyjaciółce także łzy się w oczach kręciły... chciała już odwrócić rozmowę.
— Jedziesz — kiedy? zapytała.
— Nie wiem — nic już nie wiem — cicho odezwała się Tola trąc czoło jakby z niego myśl, natrętną muchę, spędzić chciała... Możnaż tak... człowieka złamanego rzucić bez opieki? godziż się...
— Przyznam ci się — szepnęła doktorowa — jeździłam dziś umyślnie do prezesa, chciałam w nim obudzić jakieś uczucie obowiązku.
Tola rozśmiała się szydersko.
— A! jakżeś ty naiwna! W nim!!
Zawstydziła się sama swéj popędliwości i poprawiła. — A cóż prezes?
— Potrafiłam go tylko do niewidzianego pobudzić gniewu... nic więcéj.
— Wiedział już o nim!
— Niestety...
— Moja droga — odezwała się Tola — radźcież z waszym profesorem dokąd się ma protegowany wynosić — bo nie sadzę, żeby mu tu dano pobyć długo.
Żywo zaczęła chodzić po pokoju... widocznie walczyła z sobą... zrywała się coś mówić i nie śmiała, a rumieniła...
— Pojutrze wyjeżdżam — zawołała — tak — ale jutro — droga moja... ja mogę u ciebie być przypadkiem, rozumiesz mnie... a ty mogłabyś tego dnia mieć u siebie profesora z jego — protegowanym.
— Jeśli ten protegowany gdziekolwiek być raczy — profesor mi mówił, że się wyrzekł i zarzekł towarzystwa. Właśnie go chciałam mieć u siebie przez nieszczęśliwą ciekawość kobiecą. — Wiesz co na zaproszenie odpowiedział profesorowi?
— Cóż przecie?
— Powietrze salonów nie zdrowe dla mnie, ubogi sierota, proletarjusz, włóczęga, po co mam tam iść, gdzie mnie z łaski i miłosierdzia przyjmować będą? Nie mogę....
— Moja droga — przerwała Tola — ja nie rozpaczam dla tego — tyś kobieta, powinnaś na to znaleść sposób, ażeby on był u ciebie, gdy ja cię o to tak pięknie proszę...
Uściskały się — doktorowa wyszła, a Tola rzuciła się, twarz rękami zakrywszy, na kanapę.


∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.