Z życia awanturnika/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wydania 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W blizkości kościoła Świętego..... w kamieniczce do niego należącéj żył od lat bardzo wielu, dawniéj prałat kapituły, dziś emeryt, który się od wszystkiego usunął i wyczekiwał tylko, kiedy go Pan Bóg do siebie powoła. Była to niegdyś jedna z najjaśniejszych gwiazd duchowieństwa — mąż głębokiéj wiary, nauki wielkiéj, charakteru energicznego, prawości nieposzlakowanéj, obyczajów nieskazitelnych.... Sławny, ukochany, wywierający wpływ potężny na wszystkie społeczeństwa klasy, prawdziwy kapłan Boży i apostoł ksiądz Jeremi Zaklika zszedł z czasem, postarzawszy, na zapomnianą zupełnie istotę biedną, osamotnioną, o któréj nikt nigdy nie wspomniał, a gdy się jego imię w rozmowie o czasach przeszłych trafiło, byli ludzie, którzy zapytywali — czyż on jeszcze żyje? i z podziwieniem dowiadywali się, że dotąd nie umarł.
Ubolewamy nieraz nad losem zawcześnie umarłych, lecz jakże często należałoby się użalać nad tymi, co żyli za długo i mieli czas widzieć siebie i swą wielkość chwilową pogrzebaną za żywota!! Ksiądz Jeremi, jak prawy chrześcianin, wcale nie bolał nad swą dolą, a był już tak złamany chorobą i chwilami tak zdzieciniały, tak dziwaczny, że ludzie jego mało rozumieli i on ludzi nie bardzo dobrze pojmował. Przychodziły nań chwile zupełnéj niepamięci — zapominania się, apatji — a czasem, czasem znowu, gdy go coś, czy człowiek czy pora, słońce czy zdrowie orzeźwiło, stawał się młodym, rzeźwym, dowcipnym i niezmordowanym gadułą. Były dnie, że się potém od niego słowa dopytać stawało niepodobieństwem.
Nie wiele osób go teraz odwiedzało. Ludzie o tych, co się im nie przypominają, zapominają łatwo. — Prałat się na to nie uskarżał, lubił samotność i swój cichy kątek. Paweł, sługa jego od dzieciństwa, mało co od niego młodszy — pilnował go jak dziecka, bo ks. Jeremi z trudnością mógł bez pomocy przejść przez pokój i cały dzień w wielkim fotelu przesiadywać musiał. Odmawiał jednak regularnie swój brewiarz, a w pewne godziny przychodzącemu klerykowi kazał sobie czytywać św. Augustyna lub św. Bernarda.
W święta czasem i w niedziele ktoś go z dawnych znajomych odwiedził.
Całe mieszkanie ks. Jeremiego składało się z dwóch pokojów, sypialni i izby dla Pawła. W lecie miał przy tém ogródka kawałek, gdzie w cieniu upały przesiadywał....
Za życia pani prezesowéj Wa... prałat bywał często w tym domu, szanowała go wielce sama pani, i w chwili zgonu jeszcze, choć już był chory i z trudnością mu się z miejsca przychodziło ruszyć, wezwała go koniecznie do ostatniéj jeneralnéj spowiedzi z całego życia. Ks. Jeremi kazał się dwom ludziom do powozu wsadzić, pojechał, dopełnił obowiązku a po powrocie jeszcze mocniéj zachorowawszy, już odtąd wcale wychodzić się mógł.
Te stosunki z domem Wa... obowiązywały i syna do odwiedzania czasem prałata, lecz ludzie utrzymywali, że prezes go nie lubił. Po czém się tego domyślali, nie wiadomo, gdyż powierzchownie żadnej oznaki innéj, prócz najwyższego szacunku dostrzedz nie było można....
Od śmierci prezesowéj kilka już lat upływało... starzec miał się co raz gorzéj... dni zupełnego opadnięcia z sił częstsze teraz bywały a stan ten widocznie prezesa niepokoił, bo się niemal co tydzień o prałata dowiadywał.
Nieszczęściem prawie zawsze tak trafił, że staruszek mówić z nim nie mógł, a nawet nie było pewności, że go poznawał.
Nazajutrz po wieczorze, na którym się profesor znajdował, chociaż niedawno prezes odwiedzał ks. Jeremiego... o zwykłéj godzinie dwunastéj zapukano do pierwszych drzwi. Paweł wyjrzawszy przez okienko — zdziwił się mocno, zobaczywszy znowu znaną sobie, a bodaj nie bardzo miłą, twarz prezesa. — Lecz że wszyscy dostojnego pana szanowali i chybić mu na żaden sposób nie było podobna, Paweł choć syknął, drzwi zwolna otworzył. — Prezes wszedł po cichu do przedpokoju.
— A cóż ks. prałat? spytał.
Paweł głową tylko pokiwał.
— Cóż? rzekł stłumionym głosem — jak zwykle... siedzi w fotelu i drzemie.
— Czy dziś nie był przytomniejszy?
— Zrana niby ożywił się był trochę — mówił służący, ale już od dwóch godzin po brewiarzu... siedzi tylko nieruchomy na krześle.
Prezes się chwilkę zawahał, spojrzał na Pawła, którego mina widocznie była odradzającą — i pomyślawszy trochę, na palcach do pokoju się wśliznął.
Izba była obszerna, staroświecka, sklepiona, ale wystawiona ku południowi, miała słońce, którego promienie weselszą ją czyniły nieco, niżby się o mroku wydała. — Umeblowanie było tak odwieczne jak gospodarz, kanapka włosieniem pokryta, takież krzesła, stolik założony książkami, kilka półek zapylonych. U stołu w ogromnym fotelu skórą wybitym i znać długo używanym siedział ks. Jeremi. Zdala widać tylko było jego głowę na piersi spuszczoną, trochę włosów srebrnych i czarną na nich piuskę, która łysinę okrywała. Mocno przygarbiony, siedział z rękami złożonemi na piersiach, z oczyma zamkniętemi, z ustami pół otwartemi, nie wiadomo śpiąc, czy zadumany. Szelest go jednak rozbudził. Podniósł ostrożnie, wolno powieki i zobaczywszy prezesa natychmiast je znowu spuścił.
Gość postępował bardzo powoli ku fotelowi, tak że Paweł miał czas go wyprzedzić, znanym krokiem zbliżył się do swego pana i szepnął mu do ucha.
— Pan prezes...
Nic nie mówiąc, drżącą ręką prałat wskazał na krzesło, w rysach jego twarzy odmalowało się wrażenie jakieś bolesne. Zamruczał coś zupełnie nie zrozumiałego.
Prezes usiadł...
Po krótkiéj chwili oczy zbladłe ks. Jeremiego odkryły się znowu, popatrzył na siedzącego i zamknął je... jakby znużony...
— Jakże zdrowie ks. prałata? zapytał prezes cicho.
Długo trzeba było oczekiwać na odpowiedź, na ostatek — dał się słyszeć szept niewyraźny.
— Jednakowo...
— Myślałem, że wiosenne powietrze odżywi cokolwiek..
Ks. Jerem i potrząsł głowa...
— I dziś więc — rzekł wyczekawszy prezes ze smutną bardzo i zakłopotaną twarzą — trudno się nam będzie rozmówić dłużéj... czego pragnąłem od dawna.
Całe oczy prałata otwarły się żywo i wlepiły jasne w mówiącego, jakby się dopiero przebudził. Zdawało się, że uczynił wysiłek jakiś — ażeby więcéj téj upragnionéj prezesowi rozmowy nie zwłóczyć. Westchnął tylko...
— Mów acan dobrodziéj... proszę mów... odezwał się nieco silniejszym głosem, podnosząc dotąd spuszczoną na piersi głowę, — proszę. —
Trochę niecierpliwości zdradzały ruchy starca; głowa mu się trzęsła... a jednak starał się ją na ramionach utrzymać tak, aby gościowi wprost patrzeć w oczy.
— Tyle już czasu upłynęło od śmierci mojéj nieboszczki matki — odezwał się prezes oglądając po pokojach i znać lękając, aby go sługa nie podsłuchiwał.
Zawszem pragnął od ks. prałata, który byłeś jéj przyjacielem i powiernikiem, dowiedzieć się, czy mu jakiéj swéj ostatniéj woli nie zleciła...
Staruszek przysłuchiwał się bardzo bacznie — oczy mu się coraz więcéj ożywiały. Odetchnął jakby go dusiło w piersiach, parę razy dłonią suchą uderzył po krzesła poręczy...
— Świętéj pamięci prezesowa — rzekł powoli — nie potrzebowała mi żadnéj swej woli zlecać. Miała Waćpana jako jedynego syna. Zresztą do duchownego sumienie tylko należy... sumienie.
Prałat rzadko mówił tak wiele i tak żywo, prezes więc chciał znać korzystać z chwili rozbudzenia.
— Przepraszam najmocniéj ks. prałata, żem tak dokuczliwy — rzekł — czczę pamięć mojéj matki i dla tego....
Prałat kilka razy mocno uderzył w poręcz krzesełka.
— Jesteśmy sami — dodał prezes, zbliżając się wstawszy z siedzenia — między nami Bóg jeden tylko — mówmy otwarcie.
Głos zadrżał prezesowi.
— Kochana matka moja — mówił daléj — w chwili zgonu i na jakiś czas przed nim nie zupełnie była przytomną. Choroba czyniła ją drażliwą... przewidywały się jéj różne, niebywałe rzeczy... marzenia chorobliwe. Ztąd obawa, aby, nie będąc panią wszystkich władz swoich....
Prałat nie dał dokończyć prezesowi, głowę podrzucił gwałtownie do góry, ręce załamał i nogą w stołeczek tupnął.
— Ale co mi to asindziéj mówisz — ozwał się piskliwym od wysiłku głosem — co mówisz na tę zacną matkę swoją, to fałsz! to fałsz!
I rękami jakby odpychając potwarz począł rzucać gorączkowo. Prezes nagle zamilkł... cofnął się i usiadł na swém krześle zamyślony. Rozmowa zupełnie zły obrót wzięła.
— Daruje mi ks. prałat... tu idzie o drogą pamięć matki, która sama sobie w tym stanie krzywdę uczynić mogła. Byłem przy niéj ciągle w ostatnich latach, mogłem sądzić najlepiéj o stanie jéj umysłu.... Cierpiała gwałtowne bardzo migreny... z tego powodu....
— Mój prezesie, ręce składając jak do modlitwy, począł prałat cicho znowu — nie mów mi o tém — proszę.
— Muszę ten raz jeden mówić i rozmówić się stanowczo — rzekł energicznie przybyły. Mam powody mniemać, iż matka moja dla tego tylko wzywała Waćpana dobrodzieja, ażeby mu powierzyć jakąś niby tajemnicę — rzecz czysto wyimaginowaną, i uczynić go wykonawcą swéj woli, która nas moralnie i materjalnie krzywdzić może. Dla tego....
Nowe machanie rękami przerwało mowę; prałat opuścił głowę, niespokojnie poruszył się w krześle i widać było łzę, która mu z pod powiek pociekła.
Była chwila milczenia dosyć długa i dla obu przykra....
— Dosyć tego — zakończył ks. Jeremi — mylisz się, panie prezesie.... Oczy syna czytają w duszy matki, lecz oczy kapłana w chwili zgonu widzą głębią duszy człowieka i nie mylą się i omylić się nie mogą. Dosyć tego....
Zamilkł, jakby chcąc w piersi zmęczonej nabrać powietrza trochę.
— Szanujcie pamięć i wolę rodziców — dodał — resztę zostawcie Bogu.
Zamknął oczy — i ze znużenia położył głowę na krześle, dając ręką znak prezesowi, ażeby sobie odszedł.
Prezes z zaciętemi ustami, widocznie gniewny, z brwią namarszczoną, wstał, wyprostował się, zbliżył do ręki księdza, chcąc ją pocałować, ale prałat żywo ją usunął... skłonił głowę i zamknął oczy. Gość z gniewną twarzą odwrócił się i cicho wymknął z pokoju.
Po wyjściu jego ks. Jeremi wyszedł z apatji, która zdawała się jego stanem normalnym, ruszył się żywo na krześle i niecierpliwie zaczął szukać dzwonka, stojącego zawsze pod reką. Znalazłszy go wreszcie, z konwulsyjną gwałtownością dzwonił, dopóki nareszcie Paweł, który był wyszedł na galerję od dziedzińca, usłyszawszy dzwonienie, nie wpadł zaperzony.... Spojrzał na prałata, na którego twarz wystąpił niezwykły rumieniec i, załamując ręce, przypadł ku niemu.
— Co takiego? co Jegomości jest?
Ksiądz Jeremi osunął się na fotel bezsilny i zrazu odpowiedzieć nie mógł. Po chwili jakby sam do siebie począł niewyraźnie.
— Blizko dziewięćdziesięciu! tak! nie ma co czekać. Ostatnia godzina przyjść może — jako złodziej. Grzechby był...tak....
— Co Jegomości jest? dobijał się Paweł.
— Ale nic, nic — oprzytomniając zawołał ks. Jeremi. Gdzieżeś ty się podział?
Sługa zmilczał.
— Słuchaj, idź mi... zaraz, zaraz sprowadź do mnie....
Tu zatrzymał się długo, nie był znać pewnym, kogo żądał czy mu nazwisko wyszło z pamięci. Usta się poruszały a ręka zdawała przeczyć ruchami temu, co one miały powiedzieć.
— Poproś do mnie... poproś.
— Kogo? zapytał Paweł.
— Kogo? kogo? proś... poczciwego jakiego, najpoczciwszego... zacnego... proś mi takiego kogoś, coby nie zdradził.
Paweł popatrzył na swojego pana. Wyrazy te widocznie prałat wymówił nie już z braku pamięci lub zastanowienia, lecz chciał znać zdać się jakby na los ślepy na rozsądek Pawła, przez któryby przemówił doń głos ogółu, nie chcąc sam czynić wyboru.
— Najpoczciwszego — powtórzył sługa — to chyba księdza Strużkę.
Nastąpiło długie milczenie — prałat się zadumał.
— Tak, najpoczciwszy jest, ale najsłabszy z ludzi — dodał szybko. Poproś więc księdza Strużkę.
— Zaraz? czy zaraz?
— Natychmiast — rzekł głosem drżącym prałat. — Któż wie, ja dziś jeszcze po tém wzruszeniu umrzeć mogę....Idź...proś go.
Paweł zawinął się i wybiegł z pokoju.
Ksiądz kanonik Strużka mieszkał w tym samym domu, który dawał przytułek kilku duchownym. Mieszkanie jego było na dole. O kilkanaście dobrych lat młodszy od ks. Jeremiego, był to stary jego przyjaciel i najtroskliwszy opiekun. Lecz serce tylko miał stworzone, by być opiekunem, mniéj zresztą praktycznego człowieka świat nie widział. — Żył cały w idealnych sferach, w książkach i uczynkach miłosierdzia... sam wszakże potrzebował nadzoru, by co godzina nie stanąć w jakiéjś kolizji z tém, co go otaczało. — Roztargniony do najwyższego stopnia, żywy, gorączka... szedł za popędami serca najpiękniejszego, i idąc — padał nieborak po gościńcach, tłukł się, bolał, znosił potwarze, śmiał się z własnych cierpień i omyłek a nazajutrz się na nie narażał. Już sama powierzchowność ks. Strużki oznajmywała ekscentryka. Ubiór nosił w najwyższym stopniu zaniedbany i wcale niewytworny, rzadko kiedy suknią miał całą a włosy uporządkowane, prawie zawsze buty dziurawe. Ubodzy, nielitościwie go oszukujący, zabierali mu grosz ostatni — pożyczał na wszystkie strony, sprzedawał, co miał, a żadnego biedaka ode drzwi nie odepchnął. Wyzyskiwano go nielitościwie — śmiał się z tego.
Prostoduszny i łatwowierny zawsze się oszukiwać dawał, bo nigdy w człowieku kłamcy nie chciał przypuścić. —
Wszelka piękna, wzniosła idea zapalała go i unosiła, tak że często nie widząc stron jéj ujemnych lub utopijnych, zapędzał się nazbyt daleko. — Szlachetniejszéj duszy znaleźć było trudno — lecz mniéj do przeprowadzenia zadania zawikłanego stworzonéj.
Paweł wpadł na dół z wielkim trzaskiem do ks. Strużki, który właśnie otoczony książkami porozrzucanemi po całéj swéj ubogiéj izbie pracował z wielkim zapałem nad jakąś refutację wznowionych pogańskich błędów. Był tak zatopiony w poszukiwaniach i myślach, że nie słyszał ani trzasku drzwi ani Laudetur głośnego, którém go Paweł pozdrowił. Musiał go za rękaw pociągnąć sługa prałata.
To go przestraszyło. Spojrzawszy na twarz Pawła — krzyknął — Co się stało?
— Nic jeszcze, chwała Bogu, nie stało się — odparł Paweł, ale ks. prałat bardzo, bardzo pilno prosi do siebie...
— Chory?
— Nie — ale czegoś podrażniony!
Przeskakując przez książki na podłodze rozłożone ks. Strużka porwał się biedz natychmiast. W progu przypomniał sobie niezbędną już w téj chwili chustkę, od nosa, po którą biegać musiał, szukając jéj i rozrzucając wszystko, bo była pod wielkim jakimś foliantem przyciśnięta... Wyszli nareszcie a Paweł sam już drzwi zamknął, bo gospodarz o tém nie pomyślał...
Przez ten czas prałat trochę ochłonął, siedział spokojniéjszy lecz zawsze jeszcze odżywiony i już z drzemki swej rozbudzony zupełnie.
— Cóż to się stało? co za szczęście — zawołał od progu wchodzący, żeś ks. prałat mógł mnie zapotrzebować?
— Siadaj no — siadaj, uspokój się — odparł chory starzec — rzecz istotnie największéj wagi, ale ty, mój księże kanoniku, co więcéj obcujesz z aniołami niż z ludźmi, bodaj czy mi możesz być w tém użytecznym... Zawsze przynajmniéj poradzić potrafisz...
Ks. Strużka przysunął się z krzesłem.
— Powoli mówić muszę, ciągnął daléj prałat, oddechu mi braknie, lecz zwolna ci wypowiem wszystko. Daj mi radę.
Na serce twojebym się spuścił, na głowę nie mogę. Świętym jesteś człowiekiem a tu garnek ludzki zlepić potrzeba... a — nie święci garnki lepią...
Westchnął. — Słuchaj tylko. — Jestem stary, czuję, że lada chwila przyjść może wyzwolenie... wybije godzina ostatnia. Nie chcę z sobą nieść na tamten świat brzemienia niespełnionego obowiązku...
W szczególnych okolicznościach osoba pewna umierająca, powierzyła mi sprawę bardzo delikatną. Nie mogłem woli jéj zadosyć uczynić... a zapewne już sam nie zdołam... Z ludźmi zerwałem, znam ich nie wielu, wyboru uczynić nie potrafię, a obowiązek mój na kogoś poczciwego, nie roztargnionego jak ty — chłodniejszego od ciebie — zdać muszę...
Ks. Strużka zadumał się.
— To prawda, rzekł, że jeśli oprócz uczciwości potrzeba więcéj czegoś, na przykład przebiegłości, cierpliwości — pomiarkowania — ja tego nie mam. — Jestem impetyk nie poprawny, choć co dzień Pana Boga proszę, aby mi dopomógł do wyleczenia się z téj choroby... natura odpędzona — powraca.
Prałat rozśmiał się z lekka... — A stary jesteś dodał.
— A zestarzeć na lepsze nie mogę, odezwał się ks. Strużka, coraz ze mnie roztrzepańsze pomiotło...
— Mój Boże, a gdyby nie ta gorączka asindzieja nikomubym nie powierzył ochotniéj tego spadku... Lecz słuchaj, kanoniku — słuchaj — sub sigillo ci to powierzyć mogę. Jeśli uznasz, że podjąć się sumiennie możesz — umrę spokojny; jeśli nie, ty mi człowieka wyszukaj...
— Mnie te ludziska codzień oszukują! westchnął ks. Strużka... a! bo to słabizny są... a biedota... Co oni temu winni...
Zamilkli na chwilę. —
— Więc cóż? zapytał kanonik...
— Naprzód idź i Pawła, który czasem ma niepotrzebną słabość przykładania ucha do drzwi... odpraw na galerję — drzwi zamknij i — powracaj tu.
Kanonik ze zwykłą swą żywością pobiegł spełnić polecenie, powrócił i zasiadł...
— Lat temu kilka, odezwał się zwolna ks. Jeremi... choć chory już, wezwany zostałem in articulo mortis, przez jedną osobę, któréj ci jeszcze wymieniać nie potrzebuję... Była to dostojna pani, szanowana powszechnie. — Nie domyślaj się — ale słuchaj. — Pani ta potrzebowała pod zaklęciem i przysięgą powierzyć papiery i fundusze, które przeznaczała dla dziecięcia... którego uznać wcześniéj nie mogła a skrzywdzić nie chciała...
Rodzina jéj była tak przeciwną powtórnemu zamążpójściu, że ono zostało tajemnicą na zawsze. — Uległa biedna niewiasta naleganiu ludzi próżnych i sumienie dumie swéj poświęcić gotowych, lecz w godzinie zgonu — przyszła skrucha...
Za cóż dziecię cierpieć miało? Biedna niewiasta powierzyła mi dowody swojego powtórnego zamężcia, metrykę dziecięcia i fundusz mu przeznaczony. Miałem zleconém wynaleść tego chłopaka a dziś już mężczyznę i na jego ręce złożyć mój depozyt...
Odetchnął prałat. — Tymczasem zginął mi ów poszukiwany... jam niedołężny, szukałem go na wszystkie strony i znaleźć dotąd nie mogłem. Utrudniała to familia nieboszczki, która się czegoś domyślała i chciała przeszkodzić... chciała nawet papiery odemnie uzyskać.
— Aleś ich nie dał! przerwał ks. Strużka...
— Nawet dobrze o nich nie wiedzą — mówił dalej prałat. — Na mnie lada godzina śmierć przyjść może... nuż te papiery i pieniądze... zawieruszą się, przepadną!
— To prawda... to prawda — począł zamyślony kanonik, który już na krześle usiedzieć nie mogąc, chodził założywszy ręce na krzyże — ale, mój księże prałacie, byłbym człowiekiem bez sumienia, gdybym się podjął sprawy, którą popsuć tylko mogę... Delikatny interes na moje niedźwiedzie łapy... Mniéj więcéj wyrozumiałem, o co idzie, czego potrzeba — to nie moja rzecz...
— Ale nuż na mnie nieszczęście..?
— Mamy ludzi uczciwych przecie — a nie koniecznie duchownego potrzeba, mówił ks. Strużka — ja pomyślę nad człowiekiem...
Prałat stęknął.
— Mówisz: pomyślę — ale czasu do stracenia nie ma — począł błagająco. — Idź, weź kapelusz... ruszaj na miasto, wybierz kogoś, za kogobyś mógł ręczyć, niech ja z rąk zdam. — Spokojniejszy będę... Czuję się nie dobrze...
— Ależ ks. prałat dziś daleko jesteś lepiéj niż zwykle... tyle siły, tyle życia...
Prałat rozśmiał się.
— Czyż nie widzisz, że ja to dobywam z siebie.. abym obowiązku dopełnił.
Ks. Strużka chodził i tarł głowę.
— A no! a no! uspokój się księże prałacie — rzekł przystępując do niego — ja potrzebuję czasu najmniéj do jutra. — Rzecz ważna, lekko jéj brać nie można...
— Weźże przynajmniéj depozyt odemnie, bo strach jakiś mnie ogarnia...
— Ja? depozyt? a toby dobrze było! zawołał kanonik, kiedy ja nigdy nie wiem, gdzie co kładnę i żadnego zamka całego nie ma u mnie w domu!! Jutro go przecież oddacie.
— Więc — jutro — jutro — rano... jak najwcześniéj — rzekł prałat uspokojony, a teraz mój dobry kanoniku, otwórz Pawłowi... i — dozwól mi spocząć; czuję, żem się wysilił nadzwyczajnie.
To mówiąc ks. Jeremi spuścił głowę, pochylił się na krzesło, oczy przymknął i zdawał jakby uśpiony.
Ks. Strużka wybiegł po Pawła i spuścił się po wschodach do swojego mieszkania.
Cały opanowany poleceniem mu daném, jeszcze jednę chustkę wpakowawszy do kieszeni, bo dbał o to bardzo, żeby jéj czasem nie zapomnieć, popędził do miasta szukać uczciwego i czynnego człowieka.
Tymczasem Paweł, ponieważ obiadowa nadeszła godzina, stoliczek przyniósł do fotelu prałata i, nie rozbudzając go, począł do stołu nakrywać. Na dole w kuchence gotowano mu zwykle rosół i przyprawiano kotlet, który z pieczoném jabłkiem stanowił cały obiad ks. Jeremiego. — Gdy przyniesiona wazka brzęknęła, prałat się rozbudził, drżącą ręką wziął łyżkę, zaczął w milczeniu obiad i Paweł ucieszył się bardzo, widząc, że mu zmęczenie apetytu nie odebrało. Czego od dawna nie bywało, kazał sobie ks. prałat przynieść kieliszeczek starego wina, który po jedzeniu wypił. — Ku wieczorowi Paweł przyszedł z kawą jak zwyczajnie; po odmówieniu pacierzy prałat kazał się odprowadzić do łóżka.
Paweł zaczynał dopiero życie, gdy swego starego w łóżku złożył. Tak się i tego dnia stało.
Nazajutrz rano o godzinie do wstania przeznaczonéj — Paweł przysunął się do łóżka chrząkając. Na ten znak zwykł był prałat się budzić i żegnać. Tym razem jednak zasnął znać za twardo i Paweł odchrząknął raz i drugi napróżno.... Ośmielił się nawet przybliżyć do śpiącego i znalazł twarz nadzwyczaj bladą. Z lekka go ujął za rękę — wydała mu się nadto chłodną....
Ks. prałat — nie żył....
Biedny Paweł wybiegł przerażony na dół do ks. Strużki.
— Księże kanoniku... mój dobry pan — mój złoty — mój drogi prałat....
Strużka stanął oniemiały.
— Ks. prałat nie żyje.
— To nie może być — krzyknął biegnąc kanonik — to być nie może.
Chłopca posłano po lekarza... obadwa wbiegli na górę. — Prałat jakby uśpiony, uśmiechnięty, z wyrazem łagodnym na twarzy — zimny już był i nie dawał życia znaku.
Wkrótce z sąsiedztwa wezwany lekarz nadbiegł także. — Obejrzenie ciała przekonało, iż śmierć około północy jeszcze nastąpić musiała od silnego uderzenia krwi do głowy.
Można sobie wystawić rozpacz ks. Strużki, który wczoraj przyjęcia depozytu odmówił. Zostawała wprawdzie słaba nadzieja, iż się o niego u spadkobierców dopomnieć będzie można... ale ks. Strużka właściwie sam nie wiedział, czego od nich miał żądać, a świadków nie mógł żadnych postawić na to, iż istotnie depozyt mu był przeznaczonym.
Tegoż dnia ciało wyniesione zostało a pokoje, papiery i wszelka ruchomość opieczętowana. Ks. Jeremi jedynym po sobie spadkobiercą miał młodszego brata, właściciela małéj wioseczki w Galicji, któremu natychmiast znać dano. Był to dymisjonowany oficer z 1831, wielki, jak mówiono, dziwak i skąpiec, stary kawaler, żyjący w okolicy Krakowa.
Stare panny i starzy kawalerowie są godnemi politowania ofiarami, nad któremi znęca się język złośliwy i pióro niemiłosierne; społeczeństwo nie może im tego darować, że jak puste kłosy stoją nad niwą, wyzwoliwszy się z obowiązków i jakby odrębne pasożytne stanowiąc bractwo. Jednakże, wśród tego światowego zakonu, wyśmiewanego powszechnie, ile się kryje zapomnianych boleści, cudzych win, za które cierpią milczące ofiary, i żywotów skromnych, pożytecznych a nieszczęśliwych.... Nielitościwsza nad wszystkich statystyka wykazuje zresztą, iż tych zamarłych ziarn zawsze pewna ilość w danych warunkach znajdować się musi. — Winilibyśmy im raczej wielkie współczucie niż szyderskie potępienie. Szczególniéj na wyrozumiałość, o którą się dla nich dopraszamy, zasługiwał czcigodny profesor Kudełka, któregośmy widzieli na rannéj ekskursyi tak osobliwszą sobie wynajdującego roślinę....
Przeszło ośmdziesiątletni a rzeźwy i żywy profesor oprócz małéj pensyjki, którą pobierał, nie chcąc się uwolnić od obowiązków, boby mu niezajęte życie zaciężyło — nie miał wcale nic. Żył wszakże ubogo i skromnie, nałogów żadnych nie miał, dla siebie mało bardzo potrzebował — a mimo to na groszu mu zawsze zbywało. Przyczyną tego była i wielka jego dla ubogich uczynność i nieszczęśliwa namiętność jedna, niewinna ale zgubna. Jak wielu nieopatrznych ludzi, którzy sądzą, że nic złego nie czynią, kupując sobie kilka ładnych i miłych książek — profesor zaczął od niezbędnych swemu powołaniu klasycznych dzieł; przypadek nastręczył mu nabycie paru rzadkości bibliograficznych — potém uzbierana garstka domagała się jakiegoś systematycznego dopełnienia, potém książkę mu ktoś jednę darował, druga sama przyszła. Złożyła się z tego biblioteczka, a co gorzéj, urosła z niéj i przy niéj prawdziwa namiętność. Nauki przyrodzone przywiodły za sobą kosztowne monografie, dzieła z rycinami; zachciało się zbierać zielniki... ani się opatrzył profesor Kudełka, jak dwa pokoje zarosły mu książkami od góry do dołu. Potém książki zaczęły się cisnąć na krzesła, na kanapy, stanęły na kominie, wypędziły piec, wlazły pod stół, zasypały podłogę i — trzeba było jednego poranku przynająć pokój, bo już ani spać ani jeść nie było gdzie.
Namiętność też rosła.... Od pięknych wydań do osobliwości bibliograficznych i inkunabułów krok tylko... do zakochania się w szerokich marginesach, pargaminowych egzemplarzach, oryginalnych oprawach, unikatach, białych krukach i teratologii bibliograficznéj. — Profesor Kudełka dał się pochwycić w szpony nielitościwéj téj namiętności zbieracza; biblioteka zajęła mu dwa i trzy pokoje, naostatek cztery, nie dała tchnąć, uczyniła go niewolnikiem gospodarza domu, który mu co rok groził wypowiedzeniem mieszkania a podwyższał najem drugiego piąterka, które już teraz całe nieszczęśliwy zajmował.
Sam profesor wyniósł się ze swém małém łóżeczkiem na tył do biednéj, ciemnéj i wilgotnéj izdebki, w której książki żyćby nie mogły, boby je tam wilgoć zjadała. — W téj ciupce spał, jadł — chował swe rzeczy, reszta mieszkania od dołu do góry, nawet w pośrodku zajęta była szafami i foliantami.
Profesor był zarazem najszczęśliwszym i najnieszczęśliwszym z ludzi — cieszył się wprawdzie zdobytemi najdziwniéj egzemplarzami takich rzadkości, jakich niektóre królewskie nie posiadają biblioteki — lecz ileż strachu, trwóg i boleści... na wypadek pożaru — jaka obawa od złodziejów, jakie męczarnie z ludźmi, co pożyczają książkę, ażeby ją, nie czytając, rok trzymać rzuconą gdzieś w kącie!!...
Oprócz tego mała pensyjka profesora i oszczędności wszelkie szły całe na tę bibliotekę, któréj kompletowanie stało się jego życia celem. Nigdy mu nawet na myśl nie przyszło, że nie mając dzieci nie będzie miał tego skarbu komu zostawić i że to po jego zgonie, zregestrowane porządnie, pójdzie pod młotek rozpierzchnąć się po szerokim Bożym świecie.
Gdy nie miał lekcji, gdy nie pozwalała pora na wycieczki — profesor zamykał się ze swemi książkami i gospodarował. — Opatrzony szczotką, ściereczką i piórkiem, opylał, ocierał, ustawiał, wietrzył, przeglądał, uśmiechał się — czytał.
Na tém miłém zajęciu schodziły mu długie godziny. Naówczas zapominał o całym świecie, o życiu, o jego nędzach, o głodzie i chłodzie a ciemność dopiero lub dzwonek u drzwi przerywały to rozkoszne plondrowanie.
Znający już jego słabość antykwarjusze nadsyłali mu ze wszystkich świata krańców katalogi... następowało odczytywanie ich zajmujące jak najpiękniejszy romans sensacyjny, sprawdzanie ze spisami własnemi, potém walki z wielką pokusą a chudym woreczkiem, liczenie się z kasą a częstokroć posty o mleku, bułce i kawie dla kupienia jakiego Alda lub Elzevira.
To zajęcie na pozór tak suche nie wystudziło mu duszy — owszem zdawało się go odmładzać i ożywiać. Zapalał się do niewidzianych książek jak do wymarzonych kochanek. A jakże często nieuchronną rzeczy ludzkich koleją po nadziejach najświetniejszych smutne następowały rozczarowania. Egzemplarz ów, który w katalogu stał opisany jako wspaniały i cudownie zachowany a tylko odrobinkę w końcu plamisty, przychodził żółty, brudny i zatłuszczony nielitościwie. Inny, co miał mieć tylko maleńka skazę na czole, niezatarta nosił bliznę....
Uratowawszy wisielca, profesor zajął się mocno jego losem — lecz na nieszczęście świeżo był kupił najniepotrzebniejszą mu ale przepysznie zachowaną kronikę świata frankfurtską z rysunkami Wolgemutha... poszły na nią ostatnie talary.
Potrzeba było odziać nieszczęśliwego... to się jeszcze dało na kredyt zrobić; potém należało go gdzieś umieścić. — W bibliotece ani miejsca ani możności nie było, w owéj ciemnéj izdebce miejsce na dwóch nie starczyło.... Puścić go samego w świat wydawało się niebezpieczném.... Profesor był w nie małym kłopocie, lecz nawykł tak wierzyć w Opatrzność, która go nie raz w cudowny sposób wyrwała z najcięższych zawikłań, że mając kilkanaście godzin do wieczora nie wątpił, iż one starczą na wydźwignięcie go z téj biedy. Z wielką ostrożnością, aby tego przybysza w domu nie wyszpiegowano, wprowadził go profesor na górę.... Tu heroicznie zainstalował go w owéj ciemnéj ciupce.
— Mój panie — rzekł wprowadzając go — to moje całe mieszkanie. — Nie osobliwsze — nie... to prawda... ale — cóż robić — mam tam kilka pokoików, zajętych książkami a tam nie ma miejsca i dla myszy nie tylko dla człowieka. Tymczasem sobie zajmijcie moje łóżko i ten kątek a ja do wieczora coś obmyślę.
Murmiński obejrzał się, nie mówiąc słowa.
— To całe wasze mieszkanie, panie profesorze? zapytał.
— Ale, gdzież zaś — ofuknął Kudełka — mam kilka pokojów, ale tam przecież książki trzeba było pomieścić, bo one więcéj słońca i powietrza i lokalu dobrego potrzebują niż człowiek. Połóż się sobie, kiedy chcesz na łóżku, mogę ci nawet dać jaką piękną książkę, ażeby ci się nie nudziło. Odpoczywaj, a ja pobiegnę szukać... mieszkania, no i na zwiady, coby ci znaleźć, żeby cię z życiem pogodzić.
Murmiński odmówił pięknéj książki, przyrzekł odpoczywać posłuszny a profesor poszedł na zwiady. — Szczęściem w korytarzu zaraz spotkał służącą i od niéj się dowiedział, że na trzeciém piętrze była pusta izdebka do najęcia. Natychmiast się na wschody wdrapał, opatrzył, kazał nająć łóżko i trochę sprzętu; postarał się, by to mieszkanko wyporządzono i, oznajmiwszy gospodarzowi, że bierze pokój dla krewnego, który do niego przybył na czas jakiś — wydobył Murmińskiego z ciemności, zainstalował na trzeciém piętrze, wziął słowo, że się na siebie nie targnie, i poszedł do miasta.
Miał teraz mnóstwo potrzeb i interesów niespodzianych — nie mógł się obejść bez pożyczenia pieniędzy, chciał się czegoś o swoim protegowanym i jego losach dowiedzieć, musiał mu naostatek zajęcie jakieś wyszukać, bo go całkiem na swe barki wziąć nie miał siły.... W kilka tygodni byliby musieli żyć bułkami i mlekiem.
Od Murmińskiego w pierwszych chwilach, badając go najpilniéj, nie wiele mógł wydobyć — nie chętnie mówił o przeszłości, nie wypadało téż go zatruwać ciągłemi jéj przypomnieniami.
Profesora Kudełkę lubili wszyscy — rozmawiano z nim chętnie, lecz los mu nastręczał jak na złość takich ludzi, od których nic się dowiedzieć nie było podobna. Idąc po różnych wskazówkach, udał się na ów wieczór smutny do prezesa, gdzie tyle wycierpiał z przyczyny nieposłusznego ubrania i owych butów au naturel.
Zaproszenie nazajutrz na obiad do doktorowéj-hrabinéj wielce mu było na rękę.
Murmiński spędził noc bardzo dobrze — spał jak kamień. Nazajutrz spożył śniadanie zamówione a na usilne naleganie profesora, ażeby się czémś zajął dla odpędzenia złych myśli — poprosił o Shakespeara.
W bibliotece profesora było ich kilku... co najdziwniejsza, w jednéj z podróży swych pieszych, w Holandji u niepozornego bukinisty w małém miasteczku Kudełka nabył za bezcen owe wydanie in folio, pierwsze i najdroższe, które w Anglji płaci się na wagę złota. Chciał się niém pochwalić a obawiał je powierzyć w ręce człowieka, który życia nie szanując, pewnieby i téj dramatycznéj relikwji nie umiał cenić. Inni Shakespearowie pomniejsi równie dobrze usłużyć mogli.... Poszli razem do biblioteki. Zdziwił się niezmiernie Kudełka, w tym człowieku tak płochym znajdując uczonego, który, choć był trochę zapleśniał, lecz wewnątrz nie zbutwiał. Znał Murmiński wiele ksiąg profesorowi nie znanych i prawił mu o cenach, jakie za nie płacono.
— A to ty byś mi wyśmienicie, póki do roboty nic nie ma, mógł katalogować, zawołał Kudełka... tylko... tylko... palisz do licha ten tytoń, a tu ognia wprowadzać nie można... Drzę na myśl samą. No — i nudził byś się zbytecznie — i mógłbyś mi jaki nowy system chcieć zaprowadzać... Nie — ale, kiedy tak — dostaniesz Shakespeara, jakich na stałym lądzie nie wielu...
Murmiński się uśmiechnął.
— Nie chcę go, rzekł — jestem roztargniony... dajcie mi najtańszego i najlichszego — wszystko mi jedno... byle nieśmiertelny William... Jest to genjusz co najlepiéj człowieka i życie zrozumiał... Ludzie mogą jeszcze tysiąc lat smarować po papierze... nic nie dodadzą, nic nie zmyślą, czego w skarbnicy u starego Willa nie było...
Wzięli zatém Shakespeara dni powszednich i wyszli. Po drodze Murmiński popisał się jeszcze z różnemi wiadomościami, które sobie lekceważył jak wszystko czego dotykał... i rozstali się...
Profesor wczorajszy frak wdziać musiał, bo innego nie miał i ten mu się wydawał najwspanialszym, lecz rebellizujące spodnie skazał na szufladę, a wziął czarne, mniéj pokaźne a daleko posłuszniejsze... Obwinąwszy szyję chustką białą, która czasy dyrektoriatu przypominała, opatrzywszy się w drugą do kieszeni... ruszył do pani doktorowéj.
Doktorowa z domu hrabina... była téż osobą excentryczną, jakich mało.
Panną, piękną, starannie wychowaną bardzo majętną będąc i ze znakomitego domu, wyszła za młodego człowieka ubogiego, którego ojciec żył jeszcze i służył za ekonoma... Straszliwe burze musiała przetrwać rodzina, którą to do rozpaczy przyprowadziło nim — zgodziła się na to okrucieństwo. — Postawiwszy na swojém, była kilka lat szczęśliwą, mąż usprawiedliwił jéj wybór, lecz oddany swemu powołaniu wprędce padł jego ofiarą. Tyfoidalna gorączką zabrała go. Dwa lata potém biedna wdowa przesiedziała zamknięta...
Wyszła na świat złamana, zestarzała, zobojętniona na wszystko, i choć wielu doktorów i doktorantów zgłaszało się do jéj ręki i do jéj dwu folwarków, powiedziała, że za mąż nie pójdzie i nie poszła. Majątki puściła w dzierżawę, na lato w jednym z nich wymówiwszy sobie dwór z ogrodem — najęła w mieście lokal wygodny i prowadziła życie swobodne — spokojne... nie wiele widując ludzi — a od napaści świata, języków i głupich konkurentów broniąc się tak dzielnie, iż w końcu nikt jéj zaczepić nie śmiał. Była to — hic mulier....
Nie wahała się prawdy powiedzieć, ani obyczajowi złemu sprzeciwić, ani postąpić po swéj myśli choćby inni szli drogą przeciwną.
Nie lubiła świata, ale nie stroniła od niego. — Czytała wiele, a że książki i zajęcie rozmaitemi dobroczynnemi stowarzyszeniami nie starczyło dla zapełnienia czasu, niekiedy u siebie przyjmowała ludzi poważnych. Tylko gdy który zachęcony a uwiedziony jéj poufałością, zaczynał marzyć o konkurencji, wdowa mu dawała surową, i stanowczą odprawę, by czasu nadaremnie nie tracił.
Śmiano się z niéj, że niekiedy obdarte dzieci uliczne bułkami i ciastem zwabiała do siebie i sadzała gwałtem do elementarza, że miała protegowanych ubogich, którzy jéj dobroci nadużywali, a których ona starała się powoli wdrażać do pracy... Miała i inne tego rodzaju fantazje... a w dodatku lubiła bardzo kwiaty...
W domu pani doktorowéj zamożnie było, dostatnio ale nie pysznie... Zielono po pokojach od wazonów, książek dosyć. Salon z fortepianem, elegancji żadnéj... Ci co tam na obiadach bywali skarżyli się, że stół był po prostéj kucharce, zdrowy może ale bardzo nie wykwintny.
Profesor Kudełka tak rzadko tu bywał jak gdzie indziéj. — Dla niego samo imię salonu miało w sobie coś przerażającego... Salon wymagał fraka, a profesor nienawidził tego ubrania i wszystkiego co idzie z niem, a co swobodę człowieka krępuje.
Wszedł więc w to państwo Flory dosyć zakłopotany, choć ubiór go już nie trwożył. W progu drugiego pokoju spotkała go doktorowa podając mu rękę, którą stary wedle dawnego obyczaju, ucałował...
— Kochany mój profesorze, rzekła śmiejąc się — będziesz ze mną obiad jadł mój domowy, powszedni, en tête a tête, do którego fraka brać nie potrzeba. Szkoda żem ci tego wczoraj nie powiedziała...
— A! szkoda! odparł naiwnie stary — bo prawdę rzekłszy, frak mi humor psuje... jestem w nim jak okradziony...
Śmiała się pani doktorowa. — No — stało się, rzekła — zapomnij o nim... Nie prosiłam nikogo, bo — bo chciałam cię objaśnić o tym Tadziu Murmińskim, o którym nie potrzeba było mówić prezesowi. A to jest rzecz — dodała, o której się tylko poufałym powiada we cztery oczy...
Ale naprzód, profesorze, zkąd ci przyszło o nim myśleć i mówić — to — nie bez powodu.
Stary zmięszał się...
— Znasz mnie, dodała, że plotkarką nie jestem... jeśli pytam to dla tego by ci być użyteczną... Juściż byś ty, stary, nie lubiący salonu i fraka... nie bywajacy na wieczorach, tak dla prostéj ciekawości do prezesa nie szedł...
Kudełka począł trzeć łysinę, ale milczał.
— Cóż? tajemnica jaka?
— Coś, nakształt... szepnął nieśmiało...
— I nie powiesz mi?
— Powiem — rzekł po namyśle stary. — Acani dobrodziejka możesz mi dać dobrą radę, a zaszkodzić biednemu człowiekowi nie zechcesz...
— Czekaj że — przerwała gospodyni — do stołu dają... ludzie chodzą, po obiedzie się rozmówiemy...
Obiad był gospodarski, dla Kudełki nawykłego często z suchą bułką obcować i z mlekiem, w którém było więcéj wody niż pożywnych części, rosół, sztuka mięsa i pieczyste wydały się uczta Lukullusową. Jéjmość nalała mu własnoręcznie parę starego wina kieliszków, — staruszek odżył i rozgadał się.
Zaraz po wetach wyszli do gabinetu.
— Mówże mi asindziéj naprzód, co wiesz o Murmińskim....
Professor bardzo naiwnie, a nie bez humoru mu właściwego opowiedział historję swéj porannéj wycieczki i jak od stryczka wybawił nieszczęśliwego włóczęgę....
Doktorowa słuchała z wielkiém zajęciem, bez wykrzykników niewieścich, lecz mocno wzruszona. Przeszła się potém parę razy po pokoju, jakby ochoty nie miała mówić, — Profesor czekał.
— Cóż z nim począć myślisz? — zapytała.
— Szukam dla niego zajęcia.
— Poznaj go wprzódy lepiéj — odezwała się — człowiek, który doszedł do tego, że z rozpaczy w młodym wieku na życie się targnął swoje — jest trudnym do ujęcia i pokierowania. — Musisz z nim być ostrożnym....
Ja tylko cię o przeszłości jego objaśnić mogę — dodała gospodyni. — Znałeś pewno nieboszczkę prezesową, była to osoba dobra, szanowna, ale wielce nieszczęśliwa. Ojciec teraźniejszego prezesa, człek zacny i uczciwy, był zarazem najnieznośniejszą pod słońcem istotą.
Miał napady gniewu, które mu odbierały przytomność, unosił się bez przyczyny. Siły nad sobą nie miał najmniejszéj — pożycie z nim było nieustanną męczarnia. Gdy umarł, opłakiwała go wielce żona, lecz nawet wdowieństwo musiało jéj być milszém od téj walki codziennéj, w któréj męża uśmierzać, bronić, osłaniać trzeba było co chwila.
Znękana, z synkiem jednym zostawszy, prezesowa zajęła się pilno jego wychowaniem. Nastręczono jéj za guwernera do dziecka niejakiego Murmińskiego, — nie wiem prawdziwie, co się z nim stało. Znałam go, był to człowiek miły, utalentowany, łagodnego charakteru, a że już naówczas od lat dziesięciu wychowaniem się zajmował — doskonale rozumiał jak chłopca poprowadzić.
Nie umiem ci powiedzieć, o ile jest w tém prawdy — poczęła ciszéj doktorowa, lecz ludzie zaczęli przebąkiwać, że się prezesowa w nim kocha, on w niéj i t. p. Familja zaczynała być niespokojna.... Drugiego roku pomimo różnych perswazji, rad i napomnień — prezesowa z synem i guwernerem wyjechała do Włoch na kilkanaście miesięcy.... Uważano, że gdy powrócili, Murmiński na poufalszéj stopie w domu był i prawie wszystkiém rządził.... Wielki tedy przestrach, przerażenie i knowanie całego rodu, dalszych i bliższych, tak że prezesowéj życie zatruto.... Trzymała się sama jedna przeciwko wszystkim.... Kochała go, to nie ma wątpliwości. Zmęczyli ją wreszcie tak, że pod pozorem zdrowia chłopca wyprawiła Murmańskiego z synem za granicę.... Zszedł im z oczów... ale ona ciągle jeździła do syna i do niego.... W tych czasach, bardzo jakoś prędko zjawiła się sierotka, niby kuzynek, synowczyk... czy tam jakiś dalszy krewny guwernera.... Tadzio Murmiński, którego prezesowa wzięła na wychowanie, a zajęła się nim tak troskliwie i okazywała mu tyle miłości, jakby był jej własném dziecięciem.
Tu doktorowa zniżyła głos jeszcze....
— Czy pan nie uważałeś tego, o czém mi mówiono, że Tadzio ów ma być kropla w kroplę do prezesa podobny?
Profesor się zamyślił.
— Rzeczywiście, rzekł, są to dwie różne twarze, ale typ jeden. Ludzie do siebie niepodobni na pierwszy rzut oka, a pojedyńczo każdy z nich drugiego przypomina....
— Wieści chodziły rozmaite, że prezesowa potajemnie za mąż za niego wyszła i przyrzekła tylko natarczywéj rodzinie, iż zachowa to w tajemnicy.... Murmiński wychował prezesa... który go cierpieć nie mógł — potém pokazywał się tu niekiedy, mieszkał — dokuczano mu niezmiernie.... Zaczął bywać coraz rzadziéj, prezesowa odprawiała podróże za granicę — i — i co się z nim stało — nikt nie wie. Nie słychać było, żeby umarł.
Tymczasem Tadzio, którego familja równie gorliwie pozbyć chciała, wychowywał się jak paniczyk staraniem prezesowéj. Pieściła go, zapomniała się i kompromitowała tém dzieckiem, które powszechnie za jéj własne miano. Dzisiejszy pan prezes, o kilka lat starszy, prawdziwą pałał nienawiścią dla tego rywala, który mu macierzyńskie odbierał serce. Lecz ani usiłowania rodziny, ani wybuchy syna nie potrafiły prezesowéj zmusić do wyrzeczenia się wychowańca. Dopiero gdy dorósł i opieki jéj nie potrzebował, wysłała go, opłakawszy rozstanie, za granicę. Co się potém z nim działo, już nie wiem.
Prezes doszedł do pełnoletności.
Był on zawsze z uszanowaniem dla matki, lecz miłość, co winna była łączyć z nią syna, wyrwana z serca została z powodu wychowańca. Z powodu tego tajemniczego ślubu i mezaliansu, który był powszechną plotką, prezes wymagał od matki, aby się otwarcie raz oświadczyła, że to wszystko było fałszem. Zdaje się, że odmówiła synowi, co więcéj, w rozmowach bywała tak nieostrożną, iż często na wpół się przyznawała do drugiego męża i syna. Familja zaczęła z tego powodu, przerażona kompromitacją, rozpuszczać wieści, iż prezesowa od newralgji dostała lekkiego obłakania i że prawiła — od rzeczy.
Bóg jeden wié, co ta kobieta przecierpiała, smutna była, nieszczęśliwa i rzadko ją kto inaczéj widział jak z zapłakanemi oczyma. Majątek własny obciążyła znacznemi długami i domyślano się, że je zaciągnęła, ażeby drugiego syna wyposażyć. Póki tylko zdrowie dozwalało, wymykała się, mimo próśb syna, za granicę. — Zaczęto rozpuszczać wieści, że ów wychowanek bardzo się źle prowadził. Biedne kobiecisko tonęło we łzach.... Cierpienia jéj i losy okrywa tajemnica. — Wiemy tylko, że czując się blizką zgonu, powołała staruszka kanonika czy prałata Jeremiego, który podobno dotąd żyje. — Prezesa nie było w domu, gdy przybył, opowiadano, że długą odbyła spowiedź, słudzy pletli, że mu oddała jakieś papiery — pieniądze.
Na tém kończy się historja moja — dokończyła doktorowa. — Widzisz więc, profesorze, iż miałam powód prosić cię, ażebyś prezesowi o Tadziu nie wspominał.
— A ja, mościa dobrodziejko — przerwał profesor — byłem taki uparty... żem go zagadnął i pogniewał.
— Domyśliłam się tego, ze smutnym uśmiechem dorzuciła gospodyni. — Jest jeszcze jeden powód, dla którego ci — bracia czy nie bracia — znienawidzieć się musieli.
— Jeszcze jeden? zapytał profesor.
Doktorowa uśmiechnęła się.
— Powód dla nas starych już nie bardzo zrozumiały, lecz najstraszliwiéj waśniący ludzi. — Miłość.
Kudełka przestraszony rękami strzepnął.
— Kochałeś się téż kiedy, panie profesorze? żartobliwie poczęła doktorowa.
Biblioman dziwnie wykrzywił twarz usłyszawszy pytanie sięgające do głębin jego przedwiecznych wspomnień.
— A! moja mościa dobrodziejko — odparł składając ręce jak do modlitwy — może być bardzo, żem między 18 a 26 rokiem doświadczył téj choroby, której ogólnie ulegają wszyscy — ale dziś — popioły zasypały te pamiątki aberracji młodzieńczych. Od 30 roku zaś, mogę zaręczyć, że oprócz książek i nauki w sercu nic nie zostało, coby jego błogi sposób zakłócić mogło.
Gospodyni uderzyła go po ramieniu.
— Ale nie wszyscy są tak rozumni — odezwała się — lub tak szczęśliwi, by miłość jednéj istoty, jak wy, na miłość ogólną ludzi przerobić w sobie mogli. — Gdy oba ci panowie, nasz szanowny prezes i młodziuchny Tadzio razem jeszcze tu byli, prezes dziś tak surowy i na pozór chłodny maż ślicznéj Żulietty, śmiertelnie był zakochany w bogatéj i pięknéj bardzo Toli Z.... Panna Tola, któréj rodzice wcześnie poumierali, wychowała się u ciotki.... Ciotka hrabina Pompadour (tak ją tu powszechnie nazywano) żyła na wielkiéj stopie.
Sama była jeszcze piękna i hołdów chciwa. Dom zawsze pełen, wesoły, otwarty, zwabił całą młodzież z sąsiedztwa.... Dziedziczka mnogich włości, na wydaniu, możesz sobie wyobrazić, ilu motylów ściągała około swéj aureoli. A była — i jest, nietylko piękna i bogata, ale rozumna, dowcipna i śmiała.
Powiadano, że dosyć miłém okiem spoglądała na prezesa, gdy zjawił się ubogi wychowańczyk prezesowéj ów Tadzio Murmiński — i — prezesa, a z nim cała czeredę innych pretendentów odsądził. Panna się nim tak skandalicznie zajęła, że ciocia musiała mu dom wypowiedzieć. W półtora tygodnia po tém musiało coś zajść bardzo ważnego między ciocią a siostrzenicą, bo hrabina Pompadour pojechała do prezesowéj i zastawszy tam Tadzia... z rumieńcem na twarzy, zaprosiła go, żeby bywał znowu....
Ciocia Pompadour potrzebowała zawsze pieniędzy, siostrzenica bogata dostarczała ich, domyślano się, że zagroziła wyniesieniem się z jéj domu i odmową dalszych subsydjów.... Ciocia więc przystać musiała na warunki, lecz umiała sobie dać radę.... Nasadziła na siostrzenicę cały rój opiekunów i powag rodziny.... Nie dawano jéj pokoju. Stryj panny zaklął się, że nigdy w świecie na małżeństwo nie pozwoli.... Chciano ją wydać za prezesa. Panna z wielkim charakterem nawzajem zapowiedziała, że nie wyjdzie nigdy za niego. Istne z tego wyrosło piekło.... Tadzio po kilku bytnościach u cioci, musiał się wyrzec dalszych konkurów.... Co między nim a panną nastąpiło, nie wiem.... Wyjechał wkrótce za granicę i zniknął — prezes ochłonąwszy nieco, na złość ożenił się z tą cudną naszą Żuliettą....
— A panna Tola? zapytał cicho profesor — panna Tola?
— Panna Tola mieszka ze starą guwernantką u siebie na wsi.... Zdziczała i zdziwaczała. Co roku daje nielitościwie grochowych wieńców kilka lub kilkanaście cisnącym się wielbicielom... robi sobie niebieskie pończochy, wyemancypowała się trochę i nudzi okrutnie... Czasem wyjeżdża za granicę, niekiedy mieszka w Dreźnie lub Berlinie — podróżuje, bawi się muzyką, zaczytuje w książkach... i zapowiada głośno, że postanowiła zostać starą panną....
— Czy się z moim jegomością poróżnili? zapytał zamyślony profesor.
— A któż to wiedzieć może! rozśmiała się doktorowa... ani jak się z sobą rozstali... ani co w ich sercach żyje a co umarło... nikt nie dojdzie. Tola jest jeszcze bardzo ładną choć dojrzałą, a raczéj chce starą udawać....
Czcigodny Kudełka mocno się zadumał. — Chciał się wieszać, snać znikąd żadnéj nie ma nadziei....
— Tyle lat, mój profesorze — westchnęła doktorowa — mieli czas oboje wystygnąć.... Prezes ma śliczną żonę i kocha ją, o ile taki stateczny człowiek kochać może... a mimo to ludzie powiadają, że gdy się w towarzystwie przypadkiem spotka z tą pierwszą miłością swoją, mieni mu się twarz... oczy w nią wlepia... słupieje i żona się na niego gniewa....
Skończywszy doktorowa zadzwoniła o kawę.
— Nakładłam ci w uszy, mój poczciwy Kudełko, rzekła — więcéj niż było potrzeba. Są to stare dzieje.... Lepiéj by się pono naradzić co z nim robić?
— Tém bardziéj dodał profesor, że ja — że mnie — to jest nie powiadam, ażeby mi miał być ciężarem, ale jestem częstokroć w takiém położeniu....
Wygadał się zafrasowany i sam téj szczerości przestraszywszy, zamilkł....
— Rozumiem, że ci nieprzygotowanemu trudno być może taki ciężar dźwigać.... Lecz, czy był Tadzio synem, czy wychowańcem prezesowéj, być nie może, iżby ona kochając go tak, zapomnieć o nim mogła.... Wedle wszelkiego podobieństwa ks. Jeremi musi coś wiedzieć o tém... czy nie należałoby go zapytać!
— A tak jest! tak! podchwycił uszczęśliwiony Kudełka. O! stokroć pani dobrodziejce za tę myśl szczęśliwą wdzięczén jestem.... Jutro pójdę do niego... zdaleka... zagadnę... ostrożnie....
— Tymczasem zaś, gdybyś był w jakim kłopocie — przerwała doktorowa — nie bądźże dzieckiem, masz pożyczać u żydów, weź u mnie....
Osiemdziesiątletni starzec pokraśniał na te słowa jak piwonia... przestraszył się — nigdy w życiu u nikogo prócz żydów i lichwiarzy nie pożyczał jeszcze....
— Pani dobrodziejko — nie potrzebuję! nie potrzebuję — źle się tylko musiałem wyrazić... w istocie wcale nie potrzebuję i po stokroć pani składam dzięki....
Rozśmiała się gospodyni. —
— Nie dziwacz, stary, rzekła — gdybyś potrzebował, mnie kilkunastu talarami, a nawet i stu nie zrobisz różnicy... a ciebie lichwiarze zjedzą...
Zarumieniony starzec, z przestrachu pochwycił za kapelusz — i począł się żegnać zapomniawszy nawet, że kawy nie dopił.
Zwróciła go doktorowa do tego obowiązku uwagą, że chyba by kawa nie dobrą była... Kawa była doskonałą...
Śmiejąc się nieco, choć profesor smutny był w duszy — dopili ją, i Kudełka nareszcie czuł się w prawie pożegnania gospodyni... Już pierwszy ukłon i ucałowanie ręki rozpoczęte było, gdy służący wbiegł oznajmując odwiedziny — panny Toli. —
— Zatrzymajże się, to ją zobaczysz! szepnęła doktorowa żywo... Nie podobna żebyś ciekawym nie był. Nie wiedziałam, że jest w mieście. To pora w któréj ona zwykle za granicę się wybiera, musi być w podróży.
Profesor zamówiwszy sobie, że się będzie mógł potém wysunąć po cichu — z kapeluszem w ręku stanął na boku.
W téjże chwili żywy szelest sukni i szybki a śmiały chód dał się słyszeć i ukazała się na progu, jak Kudełka późniéj mówił — Juno...
Była to wspaniała bardzo, w kwiecie młodości, ale poważnie ubrana piękność, którą tylko do pani Żuljety porównać było można. Słusznego wzrostu, budowy posągowéj, z głową podniesioną rozkazująco i nieco dumnie, z wzrokiem śmiałym i przenikającym wchodziła, uśmiechem łagodnym witając gospodynię, ku której obie wyciągnęła dłonie.
Strój nie był zaniedbany, ale w stylu surowym i starszym niż wiek wymagał. Miała na sobie, mimo ciepłego dnia suknię z ciężkiéj materji czarnéj, nieco powłóczystą, bez żadnych pstrocizn i dodatków, oprocz kilku wstęg fioletowych. Żadna błyskotka nie świeciła na piersiach, ani na pięknéj białéj szyi jak z marmuru wykutéj. — Pomimo tego ubioru matrony jaśniała młodością świeżą i bujną. — Twarz nieco smutnego wyrazu królewskiego, a jak profesor mówił, junońskiego miała w sobie. Na widok jéj i na myśl że ten obszarpaniec, którego on ocalił — mógł się kochać w takiéj bogini — Kudełka osłupiał i osłupiałego przedstawiła go doktorowa przybyłéj...
Za Tolą szła jéj nieodstępna towarzyszka, niejaka baronowa Teresa von Zeys, z domu Polka, osoba cicha, łagodna, spokojna, nie zawadzająca — z którą się Tola doskonale godziła i kochała ją jak siostrę... Ta nie pierwszéj już młodości pani, któréj mąż cały majątek w karty przegrał — żyła na łasce swéj uczennicy, ale była dla niéj najczulszą towarzyszką i najukochańszą powiernicą...
Wśród pierwszych słów rozmowy, profesor, który już był Junonie dosyć się przypatrzył, uznał właściwém wymknąć się niepostrzeżony, tém bardziéj iż niespokojnym był o gościa i Shakespeara. —
— Zastał ich obu w najprzyjaźniejszych stosunkach... Murmiński czytał leżąc Romea i Julię poraz w życiu pięćdziesiąty i tak był przejęty dramatem, że nie prędko Kudełkę zobaczył i usłyszał....
Profesor nie chciał się mu spowiadać ani gdzie był, ani kogo widział. — Opatrzywszy czego mu na dziś było potrzeba, pożegnał uściskiem ręki...
Murmiński wrócił do dramatu...
— Mój dobry profesorze — zawołał — ty nie wiesz coś mi za szczęście dał w tym Shakespearze... Wcielając się w cudze bóle, człowiek trochę o swoich zapomina. — Ale na miłość Boga! roboty, jakiéj chcesz roboty... bo mnie ta myśl zadusi, że żyję twoją jałmużną.
— Znajdziemy, znajdziemy! rzekł odchodząc profesor, — trochę tylko cierpliwości.
Nazajutrz rano, pamiętając dobrze iż powinien widzieć ks. Jeremiego, profesor prosto z lekcji poszedł do wskazanej kamienicy. — Miał właśnie na ustach zapytanie gdzie mieszka ks. prałat, gdy go biegnący sługa potrącił...
Kupka ciekawych stała pod galerją w dziedzińcu, którędy był wchód na górę...
— Stary był... gdzież! miał z dziewięćdziesiąt lat — co za dziw... mówił jeden.
— Ale wczoraj zdrowiusienki — gadał — jadł, Paweł powiada, że go dawno takim nie widział. Jeszcze kieliszek wina wypił przy obiedzie. Ks. Strużka do niego chodził... a... dziś rano... caput!.
— Słyszę tak jakby spał starowina...
— Któż to taki zmarł? bardzo grzecznie spytał profesor podnosząc kapelusz.
— Ks. prałat Zaklika... ks. Jeremi... rzekł jeden z przytomnych...
Kudełka oczy w ziemię spuścił — nie było już po co iść. — Spóźnił się o dwadzieścia cztery godziny... — Taki to los bywa tych, których ściga nieszczęście jakieś i fatalizm, rzekł w duchu smutnie stary. — Z ks. Jeremim zgasła ostatnia dla biedaka nadzieja...
Westchnął. — Po cóż mu już i mówić o tém... albo o owéj pannie... z którą on dziś nieboraczysko nie do pary...
Aleć przecie jest opatrzność — damy mu jakąkolwiek radę...
Doktorowa, któréj Pan Bóg dzieci nie dał, z dobrego serca i z nudów dosyć lubiła zajmować się sprawami bliźnich, lecz w taki sposób, że im chętnie była pomocna, a nigdy, przynajmniéj z dobréj woli, szkodliwa. Nie było to dla niej czczą zabawką ale dopełnieniem obowiązku. Udawało się często zapobiedz złemu, przyspieszyć lub zachęcić do zrobienia dobrego. I tym razem zobaczywszy wchodzącą właśnie na tę rozmowę Tolę, pomyślała sobie, że należałoby zapukać do jéj serca i spróbować, co się tam też w niém dzieje.
Siadły na kanapie — towarzyszka Toli rzadko mięszająca się do rozmowy, gdy wzywaną nie była, odsunęła się opatrując kwieciarnię bogatą gospodyni.
Doktorowa długo patrzyła na piękną pannę, z którą była w dawnych i przyjacielskich stosunkach.
— Moja Tolo — rzekła nie spuszczając z niéj oczów — jakaś ty mi zawsze śliczna... jaka świeża i młoda i jak dziwnie na tobie znać, żeś — szczęśliwa.
Tola zwróciła ku niéj twarz poważną i łagodnie uśmiechniętą.
— Wiesz — odpowiedziała — nie dziwiłabym się żadnemu odkryciu na mojéj biednéj twarzy... ale żeś ty na niéj potrafiła wyczytać wyraz szczęścia....
— Miałażbym się omylić? przerwała gospodyni.
Zamilkła Tola spuszczając oczy.
— My panny — odezwała się po chwili — nie możemy być szczęśliwe, to nam zabroniono, — nasz stan jest ciągłém oczekiwaniem... a gdybyśmy już miały szczęście, musiałybyśmy skazać się na pozostanie z wiekuistém panieństwem. Co do mnie może o tyle odgadłaś szczęście, że w istocie nie myślę iść za mąż i dla tego jestem spokojną... jestem zadowoloną, nie żądam więcéj ani inaczéj.
— Więc miałam słuszność.
— Tak — westchnęła Tola — umiałam się wyrzec marzeń; żyję rzeczywistością i — jest mi znośnie.
— Ale żebyś ty nie poszła za mąż? zapytała doktorowa.
— Przynajmniéj bronić się będę od tego — rozśmiała się Tola.
— Dajesz mi do myślenia — odparła na to jéjmość — masz więc jakieś drogie wspomnienie, które ci świat zasłania.
— Pierwszy raz słyszę cię tak usiłująca wyspowiadać mnie — odezwała się piękna panna... czyby miała i ty dla mnie konkurenta?
Doktorowa zaczęła się śmiać. A! a! to przeciwko moim zasadom — zawołała — nikogo nie żenię i nie rozwodzę nikogo.

— Oddycham — rzekła Tola — bo przyznam ci się, że to wiekuiste swatanie mnie świat mi  obrzydziło. Dla tego wyjeżdżam tak często za granicę, bo mnie w domu spokoju nie dają. Czasem radabym, żeby się wieść rozeszła, iż straciłam majątek; w ten czas, ręczę ci, daliby mi pokój i niktby się już nie zgłosił.

— Jesteś niesprawiedliwą — dodała gospodyni — z tych co się o ciebie starali... wiem przynajmniéj jednego, który nie myślał o majątku.
— Jednego? kogo? marszcząc brwi spytała Juno.
— Nie chcę przypominać go, bo to był człowiek biedny.
— Podniosła głowę doktorowa i jakby wcale z innego tematu i z innego tonu poczęła.
— Nie à propos, nie wiesz téż, moja śliczna, co się stało z Tadziem Murmińskim?
To mówiąc wlepiła w nią oczy, śledząc wrażenie, jakie uczyni wspomnienie tego imienia. Tola pozostała zupełnie spokojną — chociaż znać było, że wielkiéj sile i panowaniu nad sobą winna to była. Zwolna podniosła oczy łzawe jakieś na doktorową i ruszając ramionami rzekła.
— Nic o tym panu nie wiem. Domyślam się, że w nim zapewne chcesz widzieć tego, co nie myślał o majątku, ale też on i o mnie nie myślał. Wierz mi. Trzpiot... głowa zapalona, serce płoche... nie warto mówić o nim.
Znać było, gdy to kończyła drżenie w głosie.
— Nie mogę o nim sądzić, bom go prawie nie znała, jednak są ludzie, co lepiéj o nim trzymają — mówiła spokojnie doktorowa — a wszyscy są tego zdania, że się szalenie w tobie kochał i że rozpacz go w świat popchnęła.
— Rozpacz! poczęła się śmiać Tola... ah! cóż za tragiczne pojęcie lekkomyślnego charakteru.
— Nie znam nieszczęśliwszéj doli nad tą, co go spotkała — odezwała się doktorowa — być w takim domu, u takiego serca, jak prezesowéj prawie synem, dziecięciem, pieszczochem, wychować się w dostatkach i zostać wypchniętym, zapartym, pogardzonym... sierotą i włóczęgą.
— To prawda — odezwała się Tola — położenie jego było przykre, ale nie przechodziło sił, któremi mężczyzna, godzien tego imienia, do życia uzbroić się powinien. Nie miał siły i odwagi walczyć i wywalczyć sobie to, czego mu odmawiano lub pozbawiono go — uciekł jak tchórz i dziwak. Nie mam szacunku dla człowieka, co nie miał męztwa.
— Ale Tolu droga — przerwała doktorowa — jesteś niesprawiedliwa. Onby był walczył, gdyby miał choć tyle gruntu pod stopami, żeby się na nim mógł oprzeć. Prezesowa zmusiła go oddalić się — dla syna, który tego po niéj wymagał. Matce przybranéj odmówić tego nie mógł.
— Ale czyż tak było? i dla czegóż pani kochana tak gorąco bierzesz jego obronę?
Doktorowa zamilkła na chwilę.
— Że tak było, tegom pewna, a biorę go w obronę, bo mnie najmocniéj boli, gdy człowieka potępiają niesłusznie.
Tola popatrzyła na nią długo i chcąc znać przerwać rozmowę wstała oglądać kwiatki, ale przechodząc około doktorowéj, nie wiedzieć zkąd i dla czego chwyciła jéj rękę i milcząc uścisnęła ją gorąco.
Mówiono o rzeczach obojętnych.
— Zabawisz tu długo? zapytała gospodyni.
— Parę tygodni, odparła Tola....
— Parę tygodni! I jakże uniknąć potrafisz spotkania z prezesem, dla którego jeszcze jesteś niebezpieczną i prezesową, która się rumieni cała, gdy nazwisko twe posłyszy?
— Nie myślę ich unikać wcale — obojętnie rzekła Tola — prezesa nie widzę nawet, gdy go spotykam... a prezesowa zbyt jest dobrze wychowaną osoba, ażeby mi swe nieukontentowanie okazać mogła.... To prawda, że oboje, szczególniéj on — przykre na mnie czyni wrażenie... przepraszam — wszak krewni?
— Żulietta... ale nie biorę tak do serca jéj rumieńców....
Znowu oglądały kwiatki i wróciły na kanapę.... Tola była widocznie zasmuconą.... Po różnych kombinacjach dosyć czczéj rozmowy zbliżyła się do ucha prezesowéj.
— Czyś pani co nie słyszała o tym nieszczęśliwym? spytała....
Zadane pytanie dało do myślenia doktorowéj, zaczęła się bawić chustką nie pewna co odpowie. Wszystkiego zwierzyć jéj nie mogła... skłamać zupełnie nie chciała....
— Słyszałam coś — ale się dobrze z tego wytłumaczyć nie umiém.... Mówiono mi, że był nieszczęśliwy, że się błąkał... że go familia prezesowéj odepchnęła zupełnie.... Ale to są pogłoski....
— Tułał się za granicą? podchwyciła Tola.
— Tak mówią....
— Obejścia się tego z wychowańcem matki — nigdy temu surowéj cnoty prezesowi przebaczyć nie potrafię — dodała Tola.... Wszak to był taki prawie jak brat jego, towarzysz... wychowaniec domu....
Są cnoty, które samą cnotę w obrzydliwość podają....
To mówiąc zerwała się żywo z siedzenia Tola i zaczęła żegnać — nie czekając na odpowiedź gospodyni. Skinęła na towarzyszkę, wyszły....
Dla doktorowéj jawném było, że jakieś uczucie, choćby tylko litości dla nieszczęśliwego pozostało w sercu Toli....
Nazajutrz powróciła z miasta — gdy posłyszała chód za sobą i profesor Kudełka blady jak ściana, poruszony, co mu się bardzo rzadko trafiało — przybiegł do niéj, witając jakoś dziwnie, bo nieprzytomnie.
— Pani dobrodziejka słyszy dzwony? zapytał zdyszany cały....
— Tak — musiał ktoś umrzeć....
— Ks. prałat Jeremi! tak! proszę pani, dziś, dziś w nocy!
Profesor załamał ręce....
— Przychodzę do kanonji — pytać gdzie mieszka, znajduje kupę ludzi na dole... słyszę, że mówią o umarłym.... Kto taki? A to ten nieszczęsny prałat.... Żeby dwadzieścia cztéry godziny....
Mimowolny smutny uśmiech poruszył twarz doktorowéj — skinęła ręka....
— Nie mówmy o tém... rzekła — są fatalizmy w życiu człowieka....
Professor westchnął, pokłonił się i poszedł do domu....
W téjże chwili prawie do prezesa, który pracował przy swém biórku nad korespondencją, zapukawszy weszła żona w prawidłowym, pięknym stroju rannym... świeża, piękna i różowa jak lalka...
Pardon — odezwała się — nie przeszkodziłabym ci, ale mi się zdaje, że ta wiadomość obchodzić cię może — ks. prałat Zaklika....
Prezes się zerwał od biórka.
— Ks. prałat umarł dziś w nocy....
Rzucił rozpoczęty list prezes i ścisnął chłodno rękę żony... twarz mu pobladła....
— W istocie — odezwał się — to wiadomość smutna dla nas, był przyjacielem naszéj matki.... Zdaje mi się nawet, że potrzebaby tam pójść — dowiedzieć się, bo nikogo tu z krewnych nie ma, a nie wiém, czy jest się zająć komu....
Bardzo ci dziękuję.
Żulietta uśmiechnęła się chłodno, skłoniła główkę i wyszła....
Zamknąwszy bióro prezes, mimo że godzina była, w któréj zwykle siedział w domu, wziął kapelusz i pośpieszył na kanonję. Miał on chód urzędnika i człowieka dbającego, aby go w ulicy za lada kogo nie wzięto, chodził zawsze powoli, z pewną uroczystością, jakby za procesją, ale teraz niepokój poznać było łatwo po chodzie przyspieszonym, nierównym, zapomnianym.... Prawie zmęczony wpadł prezes na kanonję.
Na dole stała jeszcze taż sama kupka ciekawych próżniaków, nowemi żywiołami pomnożona, którą tu zastał profesor. Wszyscy znając prezesa z pokłonem ustąpili. Nie wdając się w rozmowę z gawiedzią, posunął się na górę. W progu mieszkania ks. Zakliki stał ks. Strużka blady i pomięszany i Paweł, który chustką zatabaczoną łzy ocierał. Pokoje właśnie urzędnicy opieczętowywali.
Prezes, który ten obrząd chciał podobno uprzedzić, zmięszany pozostał przy pierwszym progu... ks. Strużka przywitał go zimno.
— To wielka strata, a dla mnie prawie nieszczęście — odezwał się prezes — i któżby się mógł tego spodziewać. Wczoraj go odwiedzałem... mówił wiele, był ożywiony zdawał mi się zdrowszym niż kiedy....
— I ja byłem u niego wczoraj — mruknął ks. Strużka — dał mi nawet zlecenie do dopełnienia na dziś — a dziś....
— Proszę państwa... ja przy nim jestem od czterdziestu lat — płacząc począł Paweł — znałem go już jak nie można lepiéj. Był zdrowiuteńki, jadł, napił się kieliszek wina, wieczorny brewiarz caluteńki odmówił, to widać po zakładkach, bo ja już po nich poznawałem kiedy nie zdrów był — bywało tylko krótkie pacierze zmówiwszy szedł do łóżka, a oto... oto...
I Paweł płakać zaczął rzewliwie.
— Ale któż się tu wszystkiém zajmie — nieśmiało wtrącił prezes.
— Ja — rzekł ks. Strużka.
— A z familji, bo przecież z familji kogoś mieć musiał?
— Tylko jednego brata — przerwał Paweł — majora Zaklikę — z pod Krakowa, temu zaraz trzeba dać znać, nie ma co....
Prezes radby się był Pawła więcéj rozpytał, zawadzał mu ks. Strużka.... Po chwili jednak ten odszedł dla zajęcia się pogrzebem, a prezes został sam na sam ze sługą. Paweł miał wielką do gawędy ochotę — ból swój chciał wylać w słowach, tylko nie przed panem prezesem, do którego czuł wstręt nieprzezwyciężony dla tego, że stary jego pan go nie lubił. — W takiéj jednak chwili — mieć przed kim choćby niemiłym zapłakać, ulgę czyni. Paweł czuł to i dozwolił za sobą do izdebki wejść prezesowi, który niósł twarz smutną i wielkie współczucie.
Paweł z razu wylał cały swój żal i strapienie... na co słuchacz powolny się zgodził i nie przerywał mu skargi.... Nastąpiły potém pytania....
— Powiem ci panie Pawle poufnie, odezwał się w końcu prezes, u tego zacnego prałata nieraześmy nasze papiery składali... i nawet teraz ja tam mam coś u niego... czy to téż bezpieczne?
Paweł się popatrzał niedowierzająco.
— A toż zaraz przyszli ze sądu opieczętować i biurko i pokoje... to tam i najmniejszy świstek nie zginie....
— A gdzież prałat papiery chował?
— A no — pewnie w biórku — odezwał się Paweł, choć doprawdy nie wiém, coby on do chowania miał. Pieniędzy niczyich ani swoich wiele nie było... a papiery to tam nie wiém....
— I po śmierci nikt tam nie chodził! dodał prezes...
— Żywéj duszy oprócz mnie nie było, dopóki sądowi nie przyszli.... Jeśli tam co było to się pewnie znajdzie....
— Z krewnych wiec tylko jeden brat? powiadacie! badał prezes ciekawie.
— Jeden pan major Zaklika, godny człek, choć domator i wygląda na prostego bardzo inwalidę... ale rozumny i uczciwy....
Obdarzywszy Pawła, aby miał czem łzy otrzeć, prezes niespokojny zszedł jeszcze do ks. Strużki, którego zastał nieprzytomnie błąkającego się po pokoju. Biedny kanonik bolał nad powierzoną sobie tajemnica, którą przez obawę wczoraj nie chciał wziąść na swe sumienie, a dziś ona już zeszła do grobu z prałatem. Gryzło go to niewypowiedzianie, wzdychał i jęczał... na pół nieprzytomny. Prezes wszedłszy znalazł go tak milczącym z razu, iż słowa z niego dobyć nie było podobna....
Znać było po nim wahanie się wielkie, nim rozpoczął rozmowę, lecz niepokój wreszcie przemógł.
— Ja to do ks. kanonika, rzekł — przychodzę po radę i o pomoc....
— Czémże mu służyć mogę?
— Mam, mam słuszne powody do tego, iż chciałbym i potrzebował widziéć papiery pozostałe po ks. prałacie... Mieliśmy z sobą stósunki poufne za życia méj matki... wiele rzeczy pisało się — tyczących spraw familijnych, których kopie — ba nawet i oryginały pono matka nieboszczka zostawiła w ręku ks. prałata... Idzie mi o to, aby tam obce oczy i źli ludzie niepotrzebnie się nie wścibiali...
— Ale papiery są opieczętowane! zawołał kanonik — w téj chwili zapóźno...
— Czy nie wiecie co o testamencie! zapytał prezes...
— Nikt o nim nic nie wie — rzekł ks. Strużka, teraz musimy oczekiwać aż brat zjedzie jako jedyny spadkobierca... przy nim zdjęte będą pieczęcie...
Kanonik westchnął boleśnie wspomniawszy wczorajszą rozmowę. Prezes niespokojnie też po pokoju się przechadzać zaczął...
— Wszystko to, zawołał, bardzo smutne — bardzo dla mnie przykre — któż tam wie, jakim się brat ks. Zakliki okaże... Możemy mieć wiele nieprzyjemności...
Kanonik zmilczał.
Widząc że i tu nic się uczynić nie da, ani nawet dowiedzieć o niczém nie podobna — prezes w milczeniu opuścił mieszkanie ks. Strużki i powolnym krokiem powrócił do domu.
Niepokój jaki okazywał był zupełnie usprawiedliwionym. — Wiedział on na pewno prawie, iż przed śmiercią papiery jakieś a prawdopodobnie i pieniądze powierzyła jego matka staremu przyjacielowi, domyślał się, iż te tyczyły się wychowańca znienawidzonego i mogły nieboszczkę kompromitować... Szło tedy prezesowi wielce o to, ażeby papiery wydobyć a teraz już innego na to środka nie było, tylko pilnować przybycia brata ks. Zakliki, zyskać jego względy i z jego pomocą dojść do upragnionych papierów... P. Majora nie znał tu nikt, prezes go w życiu nie widział... zadanie więc ze wszech względów przedstawiało się jako bardzo trudne...
Profesor Kudełka chociaż przed nikim się nie skarżył, od owego poranku bardzo był zmieniony i frasobliwy.
Postrzegł nieco późno, iż los mu narzucił ciężar nad siły, któremu z trudnością mógł podołać. On sam żył z dnia na dzień bardzo małym kosztem, często bułką i mlekiem, w lepsze czasy rosołem i kawałkiem mięsa z sąsiedniéj garkuchni Kukiewicza, który mu chętnie kredytował. — Z przybyszem było daleko trudniéj i kosztowniéj.
Naprzód trzeba mu było kazać nosić jedzenie, bo profesor nie chciał, żeby się bardzo w mieście pokazywał, nie wiedząc czy mu jako wywołańcowi, jakie niebezpieczeństwo nie grozi — a od niego o tém wcale dowiedzieć się nie było podobna.
Następnie nieszczęsny ów Tadzio nie miał nawet koszuli, wiec zacząwszy od niéj sprawić mu było trzeba wszystko. W ostatku znaleźć zajęcie dla niego trudno było także, ażeby w domu mógł pracować, a wychodzić nie było bezpiecznie, dopóki profesor nie przekonał się, iż mu nic nie groziło.
Sama nieprzyjaźń prezesa już była dlań straszna, przy swych stosunkach dostojny urzędnik mógł jedném wtrącić słowem zrozpaczonego już człowieka w nową przepaść lub pobudzić do jakiego niebacznego kroku.
Tymczasem w domu grosza zabrakło i profesor cichaczem zegarek złoty musiał zastawić. Mógłże nieszczęśliwego opuścić? Wstyd dla niego było żebrać.
Pierwszego dnia leżał uratowany rozczytując się w Shakepearze, palił cygara i cygarety, spał i świstał. Profesor zastawał go potém nad różnemi zatrudnieniami. — Godzinami całemi przypatrywał się wróblom odprawujacym sejmiki na przeciwległym dachu. Potém chodził tłukąc się o ściany po pokoju — to znowu siedział na krześle zgarbiony z rękami i głową zwieszoną... książki długo nie mógł czytać — rozmowy porządnéj prowadzić nie umiał. Śmiał się z rzeczy najsmutniejszych, a smucił z najweselszych... chwilami zakrawało to na obłąkanie.
Dawszy mu się tak dobrze wysapać i sądząć, że na ostatku rozmówić się z nim poważniéj będzie można... trzeciego dnia nad wieczorem z mocném postanowieniem dowiedzenia się czegoś stanowczego, profesor Kudełka wszedł do izdebki na trzeciém piętrze... Było w niéj właśnie tyle krzeseł ile ich konferencja wymagała. Wprawdzie na jedném z nich stała miska z wodą, ale tę poczciwy Kudełka uprzątnął i zasiadł przy stoliku naprzeciw swego pacjenta...
— Kochany panie Murmiński — odezwał się, musimy z sobą szczerze od serca do serca pomówić — daj mi dłoń z takiém uczuciem, z jakiém ja ci ja podaję i nie taj nic przedemną...
Murmiński ruszył ramionami.
— Nie mam sekretów, rzekł, a gdybym je miał, nie wahałbym się je profesorowi powierzyć... o cóż idzie?
— Jakie jest twoje położenie tutaj? spytał Kudełka.
— Moje położenie, to —? powtórzył Teodor — moje położenie było takie, że miało się odmienić na powieszenie — to dosyć powiedzieć.
— Ale... to ogólnik... zaczął Kudełka — idźmy do szczegółów. — Czy odzywałeś się pan do prezesa?
— Ja? do tego człowieka? ja — do mego wroga? krzyknął porywając się Murmiński — ja — do niego!
— Ale — powoli — powoli — nie zapalaj się.
Czy przybywszy tu teraz — mówił stary, miałeś z nim jakie stosunki? widziałeś się z nim? wiedział on o tobie...
— Nie — rzekł chmurno Teodor — nie — słuchaj pan... Wypędzono mnie ztąd... wygnano... Najlepsza i najświętsza z kobiet była zmuszoną przez nich wysłać mnie ztąd... Włóczyłem się jak opętany po świecie... Szalejąc, bo mnie dręczyła tęsknota za nią... za krajem, za wszystkiém co tu zostawiłem...
Na odgłos wojny — poleciałem się bić — zyskałem rany i wywołanie... Musiałem się kryć i uciekać znowu...
W chwili gdy ona umierała... jam nic nie wiedział, przybyłem za późno, wiem, że o mnie zapomnieć nie mogła... a jednak musiała... Zastałem grób a u grobu tego, co się nazywał niegdyś bratem, a był nieprzyjacielem. Zastałem pustki — twarze obce, ludzi co się mnie bali albo o mnie zapomnieli... nędza złamała... kryć się musiałem... żal serce cisnął, cisnął i w chwili rozpaczy... chciałem życia dokonać... Popełniliście kochany profesorze może występek, sądząc, że dopełniacie obowiązku...
— Przecież ojciec wasz... gdzie on jest? przerwał Kudełka.
— Ojciec mój żył we Włoszech z małéj pensyjki, którą mu posyłano... szukałem go tam — on mógł mnie przy życiu utrzymać, bom mu był potrzebny... Poszedłem pieszo szukać go — nie znalazłem.
Z tego kącika, który przez tyle lat zajmował w Rzymie na małéj uliczce delle Vioteghe oscure, wyjechał jednego dnia zabrawszy swe książki i tłómoczki nie wiedzieć dokąd... Umarł gdzieś może w drodze, albo się dostał do szpitala...
Kudełka ręce załamał i zacisnął starając się ukryć zwątpienie jakie go opanowało.
— Przypuśćmy, rzekł, żebyś się tu waćpan pokazał i był poznanym..? Jeśli przecie urodzony w tym kraju... niktby ci żyć nie wzbronił...
Murmiński ruszył ramionami.
— Ale ja nie wiem nawet czy prawnie jestem tutejszy czy obcy — zawołał śmiejąc się — ja żadnych papierów nie mam, bo resztę ich spaliłem pod dębem — jestem włóczęga... zrobi ze mną kto co zechce... prezes pierwszy, który będzie nielitościwym... i okryje to płaszczem poszanowania dla imienia swéj matki...
— Miałci pan tu przecie dawnych towarzyszów i przyjaciół? rzekł Kudełka.
— Towarzyszów bardzo wielu — o przyjaciołach tak dalece mówić nie mogę... odezwał się Murmiński. — Mój drogi profesorze — to najgorsza rzecz, że upadłeś ze mną w biedę... a ja dalipan już nie wiem, czy drugi raz zbiorę się na powieszenie...
Kudełka wstał jakby natchniony.
— E! cóż bo znowu pleciesz, panie Teodorze — zawołał — co z ciebie za mężczyzna! Ani woli użyć, ani rozumu, który ci pan Bóg dał na swoje dobro obrócić nie umiesz... unosisz się nad poezją Shakespeara... a rady sobie w najprostszym przypadku dać nie potrafisz... Umrzeć, struć się, powiesić — najgłupsza rzecz — nie więcéj to pono odwagi kosztuje, jak w zimną skoczyć wodę... ale człowiek stworzony do życia nie do wyprawiania sztuk ze sznurkiem i pistoletami...
Murmiński popatrzał nań.
— Masz profesorze słuszność — tylko popełniłeś anachronizm — mówisz to do człowieka, który woli jak sprężyny nadużył i — pękła...
— To każ sobie ustawić nową do licha — odezwał się Kudełka. — Radźmy i róbmy — gawędy do niczego nie prowadzą. Człowiek nie żyje westchnieniami. —
— Ale umrzeć może...
— Nie pora! co u kata! rzekł rozgrzany Kudełka. Stworzony jesteś na to, abyś cierpiał i pracował... a nie, toś tchórz i próżniak.
Murmiński stanął milczący. —
— Mam ja tu moich znajomych i przyjaciół — coś mogę... wyrobiemy waćpanu metrykę i świadectwo urodzenia, za tém, prawo pobytu, daléj śmiało z głową do góry trzeba się wziąść do pracy... przyjdzie prześladowanie — a! no, będziemy się bronili — należy rozpocząć życie nowe...
Murmiński ciągle patrzał na profesora... łza mu z oczów pociekła, wyciągnął rękę.
— Ty jesteś heroiczny, mój profesorze, ale ja — ja jestem słaby...
— Masz młodość, masz wszystko — nie słucham... Słowo jeszcze raz, że się już na życie nie targniesz...
— Jużbym może i na to siły nie miał — odezwał się rękę podając Murmiński...
Profesor wstał i przeszedł się po pokoju.
— Jutro biorę się na prawdę do roboty — odezwał się — gdzie wasza metryka?
— Rodziłem się za granicą... jeśli się nie mylę we Florencji. —
Kudełka za głowę się pochwycił.
— Siedźże tu — napiszemy do Florencji. —
W istocie trudności się mnożyły, ale stary, mimo swojego wieku, miał żelazną wolę. Nie mówiąc nic, postanowił nazajutrz pójść za swym protegowanym do najwyższych władz krajowych. Na czele ich stał wówczas niemłody człek, który w chwilach wolnych bibliomanją się bawił. — Zawiązało to pewne stósunki między nim a Kudełką. — Radzca tajny poważał wielce profesora, w którego biblioteczce nieraz zagościł i podziwiał stare niemieckie druki.
Całą nadzieję oparł na nim Kudełka. — Trzeba się było wyspowiadać po trosze... lecz wierząc w uczciwość wrodzoną wszystkim co książki kochają (tak utrzymywał profesor), był pewien, że go radzca tajny nie zdradzi.
Znowu tedy nazajutrz trzeba było przywdziać ów frak granatowy. — Dla pozyskania łaski wysokiego urzędnika niósł profesor pod pachą, bardzo piękny egzemplarz Navis stultorum Brandta, z owemi ciekawemi drzeworytami, które tyle téj satyrze dodają ceny....
Wiedział on, że biblioman nie miał tego wydania, że go pożądał, a właśnie Kudełce się udało dostać drugi egzemplarz, który niósł w ofierze. Nie bardzo to było zgrabném wieść tak na pokuszenie radzcę tajnego i chcieć go przekupić tą osobliwostką — ale — Kudełka w prostocie ducha... jakoś się sam przed sobą uniewinniał.
Godzina była wybrana przedobiednia gdy p. radzca tajny odbywszy swe urzędowe zajęcia do domu powracał i na łonie rodziny zapominał często brudnych robót, w które, jussu superiori, ręce maczać musiał. Człek był zastarzały na służbie i biórokrata od stóp do głów, grzeczny, uprzejmy, uśmiechnięty, chłodny i formalista. Blada twarz wygolona, pargaminem pociągnięta, zmęczona już dosyć życiem... miała wyraz ten co nie mówi — uśmiech co się nie śmieje — błysk oczu co widzą tylko to, co widzieć im wolno. — Siedmią pieczęciami był obsigilowany radzca tajny... W towarzystwie najmilszy w świecie człowiek, dosyć uczony, dowcipny, ożywiony — w biórze sfinx czy machina — ale znakomicie wykonywająca to, na co ją nakręcono.
Gdy profesor z Brandtem pod pachą w pargamin oprawnym wszedł do salonu, zastał tajnego radzcę trzymającego na kolanach najmłodszą córeczkę i przypatrującego się jéj z czułością starego ojca dla najmilszego dziecięcia.
Zobaczywszy Kudełkę radzca ucałował i puścił dziewczynkę a sam, nie witając się prawie, wychwycił mu z pod pachy książkę. Pobiegł z nią do okna wpatrując się przez szkiełko.
— To nie twój egzemplarz — zawołał — pamiętam, na waszym jest pieczęć klasztoru w Hildesheim — więc do sprzedania?
— Nie, panie radzco, pozwolisz abym ci go złożył w ofierze....
— A! nie! nie! to być nie może....
— Być musi — odparł Kudełka — a nie, to go spalę.
Poczęli się tedy targować.
— Ale niech pan nie myśli — dodał profesor — ażebym ja dawał mu go darmo — żądam nawzajem przysługi.
— Odemnie!
— Tak jest... musimy o tém pomówić sam na sam... pół godziny czasu.
Radzca spojrzał na zegarek. — Daję ci trzy kwadranse — chodź do mojego gabinetu.
Niosąc z sobą książkę radzca wszedł do sąsiedniego pokoju, w którego ślicznych szafach palisandrowych miał doborową biblioteczkę białych kruków. — Posadził profesora na fotelu.
— Naprzód pozwól panie radzco, rzekł Kudełka ażebym sobie zastrzegł, iż mam do czynienia z prywatną osobą... nie z urzędnikiem.... Jeśli pan jako osoba prywatna uznasz, że sprawa moja może być powierzoną pewnemu tajnemu radzcy, to mu ją powierzymy — jeśli nie — dochowasz mi pan tajemnicy....
Na te słowa, z ukosa spojrzawszy na ów egzemplarz Brandta, który jeszcze na biórku leżał, radzca nabrał na twarzy wyrazu poważnego i zamyślonego....
Ważył, czy mu jego niestarty charakter urzędnika dozwala w taki wchodzić kompromis.
— Nic w tém nie ma politycznego? zapytał....
— Jeśli zaczepimy o... to, co zowiécie polityczném, to chyba z daleka i z ukosa....
— Mów, odezwał się radzca.
Profesor rozpoczął ab ovo historję Todzia Murmińskiego, który go obchodził jako jego uczeń, chciał opowiedzieć o jego wychowaniu w domu prezesowéj — gdy radzca z zimną krwią wziął go za rękę....
— Czekaj, rzekł — ja to wszystko wiém... tego mi mówić nie potrzebujesz.... Dodam tylko o czém może pan nie jesteś uwiadomiony, że prezesowa wyszła za mąż za dawnego guwernera swojego Murmińskiego, i że ów Teodor — wielkie nic potém — był jéj synem....
— Tegom się domyślał — przerwał profesor, ale dowody?
— Dowody na to gdzieś się znajdować muszą — dodał radzca, jeżeli ich familia nie zniszczyła. Dumna rodzina nie chciała ani słyszeć o tém zamążpójściu. Grożono jéj kuratelą, modlono, proszono... musiała ukrywać małżeństwo....
— I zdaje się, że tak dotrwawszy do ostatniéj choroby — mówił profesor — gdy jéj sumienie nie dozwalało rzucić własnego dziecka bez imienia i opieki, wezwała ks. Zaklikę, aby mu powierzyć swój testament.... Ks. Zaklika nie umiał wyszukać Murmińskiego... a oto i on umarł a z papierami mu powierzonymi nie wiedzieć co się stanie....
— Leżą na nich sądowe pieczęcie — rzekł spokojnie radzca — jeśli są, to się znajdą....
Tu dopiero rozogniwszy sprawę poczciwy Kudełka przyszedł do najdrażliwszéj strony swych zwierzeń... do osoby Todzia. Nie wyznał, że go trzymał u siebie na trzeciém piętrze, dał tylko do zrozumienia, że o nim wiedział i chciał go sprowadzić....
— Pan mi powiesz, czy mu tu grozi jakie niebezpieczeństwo?
Radzca się zamyślił, lecz znać pamięć swą uznał za niedostateczną, — dobył klucza, który nosił przy zegarku, otworzył bióro, znalazł książkę, na któréj grzbiecie złota litera M. jaśniała i zatopił się w poszukiwaniu wymienionego nazwiska.
Profesor patrząc nań radby był coś wyczytać naprzód z twarzy, lecz pargamin jéj blady i pomarszczony nie zdradził tajemnicy. Radzca zamknąwszy książkę zwrócił się ku oczekującemu Kudełce — z twarzą nieco posępną....
— Właściwie — rzekł powoli — nie mamy dowodów prawnych, żeby ten chłopiec do czego należał, coby go podejrzanym czyniło — lecz mamy przekonanie moralne... że nie jest zupełnie czystym.... Tolerować go możemy... dopóty, dopóki coś nie zajdzie....
Lecz — dodał ciszéj — poufnie panu powiedzieć muszę, ma on tu nieprzyjaciela w człowieku znaczącym, posiadającym wpływ i przewagę... jeśli ten mu szkodzić zechce....
— Nie potrafimyż się oprzeć?...
Radzca podniósł brwi, zaczął palcami bębnić po biurku i — nic nie odpowiedział....
— Jak pan sądzi? przynaglił Kudełka....
— Sądzę, że to będzie — trudno — trudno....
— Lecz nie — niepodobna....
Radzca poprawił włosy i spojrzał na zegarek.
Ruch ten przestraszył profesora.
— Jeszcze dziesięć minut, zawołał chwytając za ręce radzcę. — Widziałem, jakeś się pan pieścił z dziecięciem, jesteś ojcem... masz serce.
— Jestem urzędnikiem — i mam obowiązki — odparł zimno dosyć radzca... biorąc Brandta i oddając go Kudełce, który go żywym ruchem na biurko odrzucił.
— Odzywam się do człowieka, który ma serce — posłuchaj pan mojego opowiadania....
Nie zważając na nic, z gorącém uczuciem profesor opisał swoją botaniczną wycieczkę, swe spotkanie, ocalenie od stryczka nieszczęśliwego... i wyciągnął do radzcy obie ręce błagająco.
Ten siedział zastygły....
Dosyć długi przeciąg czasu nie dał żadnéj odpowiedzi.... Jeszcze raz poszedł do biurka i do litery M, zaczytał się w niéj długo. Złożył foliant, zamknął i rzekł podając rękę profesorowi.
— Sprobujemy... ale mi pan za niego odpowiadasz, iż jakiéj burdy nie popełni. — Człowiek, co się targnął na siebie, może łatwo, nic nie mając do stracenia, porwać się na cudze życie.
— A! nie! nie! — zawołał żywo profesor — zaręczam.
— Zamkniemy oczy i uszy — ale z daleka patrzeć i przysłuchiwać się będziemy.
W téj chwili najmłodsza córeczka pana radzcy weszła oznajmujac, że dano do stołu; urzędnik wstał, zapraszając uprzejmie staruszka — ale ten wymówiwszy się, co najprędzej wymknął do domu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.