Z życia awanturnika/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wydania 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Pan major Zaklika spieszył się bardzo do domu, wołał ciągle, że mu żyto spasą i pszenicę wytłuką. — Trzeciego dnia meble zostały sprzedane... zostawały książki. Ks. Strużka ich nie potrzebował, pojedynczo je licytować nie było czasu i major uważał, że się to nie opłaci. Kanonik dopiero zreflektował go, że możeby należało kazać ocenić i przekonać się, co są warte... Major się na to zgodził. — Poproszono profesora Kudełkę, który w tych rzeczach za wyrocznię uchodził. Staruszek się nie wymawiał nigdy od katalogowania i cenienia, dawało mu to zręczność dostania czasem czegoś braknącego w bibliotece, i obeznania się z nieznanemi książkami.
Przyszedł więc na kanonję. — Otworzono szafę, z któréj woń zbutwiałych, od dawna zamkniętych foliantów rozeszła się po izbie. Kudełka żarliwie wziął się do roboty... Zbiór nieboszczyka Jeremiego znać w różnych okolicznościach i przypadkowo prowadzony, nadzwyczaj był nierównéj wartości. Obok obrzydłych edycji na bibule z końca XVIII wieku znajdowały się szacowne inkunabuły. Przy dwudziestéj siódméj edycji Alwara i książkach szkólnych, nie mających żadnéj ceny trafiły się zóltarze i biblie polskie prześlicznie dochowane... Pięć czy sześć godzin jedna półka kosztowała, nim nabite księgi wydobyto i na dwie kupki rozdzielono.
Major, który stał pykając z fajeczki i strasznie się nudził, rad był to już jak najrychléj ukończyć.
— Panie profesorze dobrodzieju — odezwał się — zadajesz sobie pracę niezmierną... dalipan to tego nie warto. — Ot tak, powiedzże — hurtem ile za to żądać.
— Na żaden sposób nie podobna tak ocenić — odparł Kudełka — są rzeczy cale dobre, ale i śmiecia pełno...
— No — ale mniéj więcéj, nalegał major.
— Niepodobieństwo bez krzywdy waćpana ocenić.
— Ale bodaj z krzywdą — cóż te rupiecie warte... na żydy...
— Na prawdę, nieśmiałbym cenić...
— No — dziesięć czerwonych złotych? hę? spytał major.
Kudełka, któremu bibliomana serce bić zaczęło — odwrócił się i słabym głosem odezwał się. — A to już ja, choć nie mam pieniędzy, dam panu majorowi piętnaście...
— Dasz? dasz piętnaście? podchwycił major — człowiecze kochany? dasz mi piętnaście?
— A no — dam...
— To bierz bierz! pakuj, zabieraj, bo żydzi szafę kupili i trzeba ją téż oddać... słowo...
— Słowo! zawołał Kudełka drzącym od radości głosem.
— Nie masz już co registrować, patrzeć... nudzić siebie i mnie... chybił trafił... od żłobu do żłobu... komu tam pan Bóg da szczęście — rzekł major i począł Pawła wołać, obawiając się, aby mu kupiec się nie cofnął.
— Pawle — koszów i noszów — zanieść te książki do profesora — kołtun mi ostatni z głowy spadł, a jutro rano — do domu...
Uściskał potém Kudełkę. — Mój dobrodzieju, zrobiłeś mi łaskę wielką, niech ci Bóg za to zapłaci... Jutro rano drapię...
— O któréj? żebym pieniądze odniósł, bo ich przy sobie nie mam... rzekł profesor.
W istocie nie miał ich i w domu, ale tegoż dnia jeszcze chciał biedz pożyczać. —
— Nie wyjadę przed południem — odezwał się major...
— Zatem zgoda, o jedenastéj zapłacę...
Wniesiono kosze. Profesor sam chciał być przy pakowaniu, bo teraz gdy już cała szafa do niego należała, a i połowy jéj nie przejrzał, obawiał się, żeby mu co nie skradziono. Starannie więc liczył najlichsze nawet szpargały, które mogły téż mieć pewną wartość jako drukowane w tych miejscach, gdzie nie wiele co wyszło. —
Nazajutrz, gdy już książki zsypane leżały w pośrodku biblioteki — Kudełka pobiegł po pieniądze. Obawa stracenia nabytku zmusiła go pożyczyć je u doktorowéj. Dla tego gdy późniéj zażądała, aby na obiad przyszedł z Murmińskim, odmawiać jéj nie śmiał i nie mógł.
Z niezmierną chciwością rzucił się Kudełka do przeglądania tego stosu i oddzielania plewy — na nieszczęście, ciągle mu coś przerywało robotę, i gdy na ten obiad szli, jedna trzecia dopiéro część książek po prałacie była rozsegregowana. Jedna biblja Radziwiłłowska, która się na dobréj pułce znalazła, opłaciła we dwójnasób nabycie... Kudełka był szczęśliwy...
W takiém to usposobieniu błogiém znalazła go z rana doktorowa — lecz gdy po ucieczce z jéj domu Teodora, Kudełka za nim pogonił — obawa o uratowanego zatruła mu jego szczęście. Zapomniał już o wszystkich na świecie inkunabułach... prosto popędził do domu. W progu stała służąca. —
— Wrócił ten pan? spytał.
— Jaki pan?
— Z trzeciego piętra...?
— Nie widziałam go.
— Dawno tu stoisz...
— Może godzinę, może więcéj...
Nie było więc w domu Murmińskiego...
Dla sprawdzenia téj wieści poszedł profesor na trzecie piętro i tam nie znalazł nikogo. Gonić za nim po mieście nie na wieleby się przydało. Kudełka osądził, że najlepiéj zrobi, oczekując na niego przed domem, zaczął się więc przechadzać niecierpliwie... Ale zmrok padł, a Murmińskiego nie było... Niepokoju profesora trudno odmalować. — Ścisnęło mu się serce przeczuciem jakiémś, co gorzéj miał sobie poniekąd do wyrzucenia, że mógł być nieszczęścia przyczyną, przez nierozważne dozwolenie na to, żeby go na obiad wyciągnięto...
Późno w noc profesor chodził jeszcze, choć ledwie się na ]drzących nogach mógł utrzymać. — Gdy drzwi kamienicy zamykać miano, wcisnął się do domu chory, zbiedzony, prawie w rozpaczy. Rzucił się tak na łóżko i usnąć nie mógł nasłuchując ciągle, czy kto nie zadzwoni. Lecz noc ta bezsenna, długa, spłynęła aż nadto spokojnie.
O białym dniu Kudełka mimo kropiącego deszczu wybrał się na daremne poszukiwania Teodora, którego śladu nigdzie wynaleść nie mógł. Około dziesiątéj z tym swoim żalem i trwogą poszedł do doktorowéj. Z twarzy jego poznała zaraz gospodyni, że jéj coś złego przynosił.
— Znikł! rzekł nie witając się nawet profesor — niema go — może sobie życie odebrał...
Załamała ręce kobiéta.
W jednéj chwili zarządzono jak najściślejsze w miasteczku i okolicy poszukiwania. — Kudełka poszedł do radzcy, któremu zwierzył się ze swego niepokoju, ruszono policję, ze swéj strony doktorowa najęła kilku żydków nawykłych do podobnego szpiegowania dłużników. — Wszystko to jednak żadnego nie przyniosło skutku. Murminski, wprost wyszedłszy od doktorowéj, nie zachodząc do domu, jak stał — wyruszył gdzieś w świat... lub...
Gubiono się w domysłach, stary Kudełka był tak wzruszony i dotknięty, że nawet owego stosu ksiąg leżącego na podłodze nie tknął...
Wiadomość o tym wypadku rozeszła się wkrótce po mieście i dostała się do uszów pana prezesa, który ją przyjął z pozornym chłodem, ale rzeczywistą radością. Nie powiedział ani słowa, gdy mu o tém doniesiono, wysłuchał, popatrzył, rozjaśniła mu się twarz — lecz zmilczał.
Od wielu tygodni po raz pierwszy widziano go tak swobodnym i wesołym. Tegoż dnia wyszedł po obiedzie na samotną przechadzkę, co mu się nader rzadko zdarzało... i — co mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło w życiu, obrócił drogę w stronę gdzie stał szpital Sióstr Miłosierdzia. Zdawało się, że tam go coś ciągnęło, zapewne troskliwość o stan tego zakładu dobroczynnego, który był pod jego zwierzchnią opieką.
Instynktowe to opiekowanie się instytucją, właśnie przypadło w porę, gdyż ze złego zapewne wyrozumienia instrukcji danéj przez prezesa ekonomowi zanosiło się tu na rzeczy wielkiéj wagi i znaczenia.
Mówiliśmy już że posłuszny natchnieniu z góry, zacny ekonom postarał się o przeniesienie numeru 136 do osobnego pokoju. Chory mało co doznał polepszenia, było ono wszakże widoczne, choć przychodziło powoli. Gorączka ustawała, kaszel się znacznie zmniejszył, sen miał daleko spokojniejszy i chwilami otwierał oczy, leżał, zdawał się odzyskiwać przytomność, chociaż siostrze Hilarji odwiedzającéj go, na pytania jéj nie odpowiadał.
Stan ten nie bardzo był na rękę gorliwemu ekonomowi, który wiedząc jak ważnego przestępcę miał w ręku, pragnął — dopóki choroba jego mogła to ułatwić — przyjść w posiadanie papierów, które chory na piersiach miał zawieszone. Parę razy wśród nocy próbował nawet czy mu się nie uda obciąć sznurka, na którym torebka była zawieszoną i wysunąć ją niepostrzeżenie. Zawsze jednak chorego znajdował przebudzonym i z rękami na piersiach skrzyżowanemi, jak gdyby skarbu swojego chciał bronić. — Rodziło to tém większe podejrzenie iż papiery wielkiéj wagi być musiały. Z każdym dniem jednak nabycie ich stawało się trudniejszém. Ekonom chcący pozyskać dobrą notę i wysłużyć się prezesowi, głowę łamał nad zdobyciem tego worka z papierami. — Poprzedzającego wieczora wpadł na pomysł bardzo trafny, który dowodził, że na więcéj coś niż ekonoma był stworzony. — Zważywszy iż chory spał coraz lżéj a sen miewał czujny i przerywany, postanowił w klejku który mu wieczorem noszono, dać zażyć małą dozę morfiny, mogącą przyjemny i spokojny sen sprowadzić. Ekonom, który dostarczał materjałów do apteki szpitalnéj a trochę się znał na rzeczy i zawsze sobie mały zapasik aptecznych ingredyencji zostawiał; — łatwo mógł to wykonać. Jakoż do gotowego klejku wsypał dobrą dozę nie czyniąc żadnéj zgryzoty sumienia — bo się ona tylko do złagodzenia cierpień nieszczęśliwego przyczynić mogła.
Poczciwy ów ekonom był jednym z najpobożniejszych członków kilku bractw i budował swą religijną gorliwością nawet zacne siostry miłosierdzia. Surowy był nad miarę dla drugich i strzegł, ażeby do szpitala nigdy nikt oprócz katolika przyjętym nie był.— Gdy się modlił w kaplicy na książce, wzdychał i bił się w piersi tak, iż wszystkich oczy zwracał na siebie, — lecz musiał téż dbać o to (mając tak liczną familję), aby z władzami i potęgami ziemskiemi być w dobrych stosunkach. Dawszy klejek ten — (extra) — choremu co niezmiernie zbudowało siostrę Hilarję, ekonom oczekiwał tylko rychło morfina skutek zrobi. W szpitalu już było cicho i nocne tylko światła błyszczały na korytarzach i w celach... gdy ekonom we dnie wprzódy olejem napuściwszy zamek izdebki, aby skrzypienie drzwi choremu nie było przykrém — otworzył je i wsunął się do izdebki. Stary spał — snem głębokim i ciężkim — ręce trzymał jak zwykle na piersiach skrzyżowane. Ekonom zbliżył się po cichu... Przy słabém światełku z korytarza przez szklaną szybę we drzwiach wpadającém, dostrzegł łatwo położenia głowy, rąk i szyi. Rąbek koszuli osłaniał właśnie to miejsce gdzie sznurek od torebki spoczywać musiał. Ręką delikatną, zręcznie odchylił go poczciwy dozorca i dojrzał w istocie gruby, mocny sznur. — Nożyczki maleńkie, podłożone pod spód, z niemałą trudnością wprawdzie rozcięły sznur na dwoje.
Szło tylko o to, aby za koniec ująwszy ową torebkę wysunąć tak, aby chorego nie obudzić. Manipulacja ta, dokonywana ze zręcznością chirurga lub kieszonkowego sztukmistrza, w części się powiodła... Ręce spoczywały na miejscu, a worek płaski podchodził do góry...
Widząc się już tak blizkim osiągnięcia pragnień swych celu, ekonom szarpnął trochę za żywo, dobywając całkiem na wierzch torebki, i chory w téjże chwili przelękniony się obudził... Ekonom ledwie miał czas schować zdobycz do kieszeni, gdy stary, bezsilny ów człek pochwycił się za piersi, a wnet i jego za rękę porwał. Mimo osłabienia palce te jak w żelazne kleszcze ujęły przelękłego nadzorcę... Potrzebował nadzwyczajnego wyprężenia, by się z tego uścisku wychwycić i co najprędzéj uszedł cichuteńko do swego mieszkania, gdzie się po ciemku w łóżko położył.
W téjże chwili ruch jakiś dał się słyszeć w szpitalu, ruch niezwyczajny — chodzenie, szeptanie i stłumiony krzyk jakiś. Ekonom zostawiwszy torebkę pod poduszką sam wybiegł się dowiedzieć co się stało.
Około izby nieznajomego kręciła się siostra Hilarja, stróż i doktór... Zdawało się że chory dostał jakiegoś paroksyzmu we śnie, bo wył, krzyczał, rzucał się i bełkotał niewyraźnie... Niczém go uspokoić nie było podobna. — Chwytał się za piersi, darł na sobie koszulę, szukał jakby czegoś zgubionego do koła siebie. — Siostra Hilarja poiła go czemś ochładzającém, ale napój odpychał — doktór przyczyny odgadnąć nie mógł tego nagłego paroksyzmu. — We Śnie znać coś mu się zamarzyć musiało, bo z trwogą powtarzał głosem przerażenia — złodzieje — zbójcy... oddajcie.
Nikt nawet przypuścić nie mógł, ażeby się rzeczywiście ktoś do chorego zakradł, nie miało by to powodu — a przy nadzorze szpitalnym było niepodobieństwem.
Doktor więc szukał przyczyny paroksyzmu w chorobie saméj, a że ten objaw z całym jéj przebiegiem się nie zgadzał — zachodził w głowę...
W kilka godzin potém nastąpiły konwulsje gwałtowne... a nad rankiem... stary — umarł. — Siostra Hilarja i doktor nieodstępowali ani na krok od łóżka, robiono co tylko uczynić się dało; wszelki ratunek okazał się nadaremnym!...
Doktór z pokorą przyznawał się, że całéj téj słabości nie mógł zdeterminować i nazwać jéj nie umiał — Gdy ciało już ostygało, siostra przypomniała sobie torebkę na szyi i chciała zdjąć dla zachowania, gdyby się krewni i rodzina starego znalazła, — zdziwioną była niezmiernie — widząc, że już na piersiach jéj nie miał. Szukano potém w pościeli, w odzieży, a nareście poprzestano... aby smutnego faktu kradzieży w szpitalu nie rozgłaszać. Siostra tylko szepnęła ekonomowi o tém, wyrażając swe podejrzenie na jednego ze stróżów poszlakowanego już o kilka drobnych takich przywłaszczeń, a ekonom przyrzekł, że go natychmiast oddali. — Jakoż tego dnia domniemany winowajca dostał ze szpitala odprawę.
Ekonom który był woreczek pod poduszką zostawił, biegnąc dla dozoru szpitala gdy się zrobiła wrzawa... sypiał w izbie, w któréj żona jego i dzieci téż dwoje nocowało... Ta żona była to najnieznośniéjsza w świecie istota, i wiele godzin spokojnych zatruwała panu ekonomowi swojemi dziwactwami. Kobieta była nerwowa, grymaśna i gderliwa... Najmniéjsza rzecz, na przykład bułki które ekonom przynosił gdy pozostawały od chorych, gniewały ją jako cudza własność. — Mówiła mu że wolałaby z głodu mrzéć niż karmić się chlebem z ust chorych i głodnych wydartym.
Tak samo postępowała z lada butelczyną wina i innemi spiżarnemi zapasami, gdy posądzała że były zaczerpnięte z tego, co do szpitala przeznaczano...
Nie miał od niéj nieborak spokoju, bo go z każdego grosza egzaminowała zgryźliwie, ciągle mu w uszy klekcząc, że Pan Bóg im błogosławić nie będzie, bo to są łzy sieroce. Gdyby jéj był słuchał ekonom, troskliwy o przyszłość swych dziatek, nigdyby pewnie do tego pięknego kapitaliku nie przyszedł, jaki sobie z okruchów zbywających uciułał...
Szpiegowała go ta kobieta, wiecznie we łzach, zawsze w wyrzutach — tak że spokoju od niéj nie miał. Znać i tego wieczora o coś go podejrzywać musiała gdyż udawała wyraźnie śpiącą w chwili cichego wyjścia pana ekonoma, usiadła potém na łóżku i płakała... Po powrocie jego przyłożyła głowę do poduszki, dostrzegła że coś pod materac schował, a gdy powtórnie wyszedł zerwała się z łóżka... Co to może kobieca nieszczęsna ciekawość! Pochwyciła torebkę... szybko wyjęła z niéj papiery jakie się tam znajdowały i próżną wsunęła nazad — a zdobycz swą zawinąwszy w chustkę, położyła się modląc i szlochając...
Nazajutrz skoro świt ekonom wstał i dobywszy torebkę poszedł ją z całą swobodą rozpatrzeć do osobnéj izby. Zdziwił się niezmiernie najprzód, bo mu się zdawało, że była daleko pełniejszą, i wydęte boki skórzanego worka nosiły ślady długo noszonéj paczki papierów — tymczasem wewnątrz oprócz niezmiernie zatłuszczonego kawałka gazety: Giornale di Roma i adresu jakiegoś hotelu w Genui, nie było — nic.... Dało to wiele do myślenia ekonomowi nad przewrotną chytrością ludzi, którzy śmią nosić na piersiach takie torebki — próżne, aby uczciwych zwodzili niemi i nadaremnie na decepcję narażali — schował jednak ów corpus delicti....
Jeszcze myślał o tym wypadku, gdy ciało wynoszono do trupiarni, ale wreszcie się uspokoił, że to być musiał warjat — a obłąkanym i poetom wszystko wolno.... Po obiedzie uspokoił się już zupełnie i dla użycia świeżego powietrza stanął sobie z cygarkiem w progu szpitala — w którym był ważnym i znaczącym urzędnikiem, gdy zwracając głowę przypadkiem postrzegł — nadchodzącego zwolna prezesa. Schował naturalnie zaraz cygaro — przybrał postawę skromną i zdala już podniósł kapelusz, pozdrawiając z pokorą potentata....
Prezes się wstrzymał w pochodzie — i uśmiechnąć raczył oddając ukłon.
— JW. prezes, odezwał się zstępując z dwóch wschodków ku niemu ekonom, gdyż czuł, że mu nie przystało, mówiąc do dostojnéj osoby stać na podwyższeniu. — JW. prezes może zechce raczyć się dowiedzieć o tym... chorym....
— A cóż? a co?
— Chwała Bogu — umarł téj nocy — leży już w trupiarni.
Prezes zimno to przyjął — a ktoby go nie znał, mógłby był posądzić nawet, że mu się twarz wypogodziła....
— A! rzekł — umarł — proszę!
Ekonom zbliżył się do ucha pańskiego....
— Ja kazałem obszukać koło niego, szepnął, czy nie miał czego przy sobie.... Otóż, nie omyliłem się...
Prezes zaczynał słuchać z zajęciem nadzwyczajném....
— Miał bestia na piersiach taki woreczek skórzany, w którym papiery trzymał.
Prezes chwycił za rękę ekonoma — i rzekł szybko.... Na miłość Boga idzie o to, aby nie kompromitować instytucji, gdzie są te papiery?
— Że były papiery, proszę JW. pana, to nie ulega wątpliwości — odezwał się ekonom, ale... licho go wie, co on w chorobie z niemi zrobił.... Dosyć, że woreczek od papierów jest... a ich nie ma....
Skrzywił się mocno prezes.... Ale należało szukać... może się gdzie zatrząsły, wypadły... może je kto pochwycił.
— A! uchowaj Boże! już za to ja ręczyć mogę — przeszukałem łóżka, pościel, izbę, wszystkie kąty... nie było nic....
— A worek? nie możesz mi go pokazać....
— Gdyby się JW. prezes pofatygować raczył....
Po chwili namysłu wszedł dostojny pan w korytarz. Niedaleko od wnijścia był skład rzeczy, do których i torebka została dołożona.... Tu więc mógł ją pan prezes obejrzeć i przekonał się, iż w istocie niedawno jeszcze musiała być napchana, bo się dotąd oddymała... ale prócz Giornale di Roma, który rozpatrzył protektor... nie było nic.... Surową stała się twarz jego i wejrzenie, jakie rzucił na ekonoma, dziwnie się stało groźném.... Zimno i sucho odezwał się, oddając mu torebkę.
— Osobliwsza rzecz, żeby to mogło tu, pod oczyma waszemi... zginąć... bo że zginęło... to pewna....
Ekonom uczuł, że został posądzonym... jął więc zaklinać się, protestować, wzywać na świadectwo swój nieskazitelny charakter, a pomimo to prezes wyszedł jakoś milczący i widocznie mniéj uprzejmy, niż wchodził....
— Taki to los nasz, kiedy im służymy — westchnął w duchu — taka zapłata — jeszcze potém za gorliwość przypłacić trzeba reputacją!!
Ręką machnął i drzwiami okrutnie zatrzasnął, aż się po pustych korytarzach szeroko rozległo.
W tych dniach jakoś przypadło, że dla JM księdza prałata Salvianiego dawano obiad składkowy, chcąc uczcić powrót do kraju, po długich latach pobytu jego we Włoszech, a szczególniéj w Rzymie. — Ks. Salviani z nazwiska tylko cudzoziemiec, syn słynnego swoich czasów cukiernika, który się tu był osiedlił jeszcze za Poniatowskiego, posłuszny powołaniu, które uczuł za młodu, wstąpił w kraju do seminarjum. — Studja swe całe odbył w tém mieście, część znaczną życia tu spędził, miał licznych przyjaciół i znajomych. Później już, mając krewnych we Włoszech, udał się do Romanii i tam, jakoś w ojczyźnie ojców swych upodobawszy sobie kilkadziesiąt lat strawił.
Śmierć kupca Salvianiego, bezdzietnego, po którym nań spadał dosyć znaczny majątek, sprowadziła go do kraju. — Można sobie wyobrazić, z jaką czułością witano go tutaj i jak jemu miło było znaleść się znowu w tych miejscach, gdzie spokojną i szczęśliwą młodość spędził.
Staruszek był miły, łagodny, serdeczny — którego nie kochać nikt nie mógł, kto się doń tylko zbliżył. — Wielkiéj prostoty mimo nauki wielkiéj, ks. Salviani dożył tego świętego spokoju dusz czystych — który jest jedyném szczęściem na ziemi i z sobą dla drugich szczęście przynosi.
Na pół po włosku, pół po polsku zrazu mówiąc, w kilkanaście dni tak sobie przypomniał mowę lat młodych, iż mu ona doskonale wystarczała...
Domy pobożne i nawet takie, co nie słynęły z nadzwyczajnéj gorliwości, wyrywały sobie ks, Salvianiego, który opowiadaniem o Włoszech wesołém, wspomnieniami dawnych czasów, serdeczną swą prostotą dziecięcą, każde towarzystwo ożywiał.
Gdzie się kolwiek biała jego piękna głowa pokazała, kupiono się gromadą, by słodki głos jego posłyszeć. W końcu, ponieważ prałat chciał wracać do Rzymu, gdzie dosyć wysokie przy dworze Ojca św. zajmował stanowisko — wszyscy dobrzy przyjaciele i znajomi, w chęci zatrzymania go trochę dłużéj i uczczenia zacnego starca, postanowili dać dla niego obiad składkowy.
Prezes był jakoś tak zajęty temi czasy, mając mnóstwo instytucji dobroczynnych i innych niebacznie przez zbytnią gorliwość przyjętych obowiązków — iż ks. Salvianiego prawie nie widział i nie był nawet prezentowanym, ale do obiadu wezwano go z konieczności, bo był jednym z tych, co uczty zdobią i bez których obecności ona się odbyć nie może. Zrazu się wymawiał pan prezes, — trudno, było zrozumieć dla czego, lecz gdy zaczęto nalegać przystał i obiecał na obiedzie się znajdować.
Musimy to sobie przyznać, iż między innymi narody odznaczamy się znakomitym darem urządzania takich biesiad uroczystych. Znamy miedzy sobą takie rodzime talenta — młodzież, co mało co za dom wyjrzała, a potrafi ucztę Lukullową na sto osób zadysponować i urządzić, że by się jéj Chevet nie powstydził. Powierzono téż starania o obiad człowiekowi znanemu z tego, że wina złego nie dał nigdy i barbaryzmu w rozkładaniu półmisków się nie dopuścił.
Najpiękniejsza sala w hotelu pod... wybrana była dla przyjęcia miłego gościa, przystrojona ad hoc, wykadzona... i stół zastawiony na osób pięćdziesiąt kilka tak, że oczy bawił swym przepychem i elegancyą. Najlepsza w mieście muzyka na chórze umieszczona została, i gdy wszyscy już byli przytomni, a ks. Salviani w progu się ukazał — urżnęła takiego poloneza, że każdy go poczuł w sobie, jakby kieliszek wódki wypił. — Na osobnym stoliku przygotowano przekąski... Prałat jadał mało — pożal się Boże, było dla niego tak występować, ale szlachta polska zawstydzić się nie da w takich rzeczach. Musi być parada...
Zaczęto siadać do stołu... Prezes ze zwykłą sobie skromnością, miejsce chciał zająć z daleka, lecz na to gospodarze na żaden sposób dozwolić nie mogli, posadzono go na pół gwałtem, zarumienionego tą oznaką poszanowania, przy samym ks. prałacie. Daléj zasiedli na przemiany honoratiores, duchowieństwo i świeccy, kanonicy w dystruktoriach i uroczystych ubiorach z ametystowemi pierścieniami na palcach — świeccy w czarnych frakach i orderach.
Towarzystwo całe było nadzwyczaj wesołe i ożywione. Solenizant w najlepszym humorze. Po drugiej jego stronie posadzony radzca tajny, którego także zaproszono... rozpoczął z nim rozmowę. Znać ks. Salviani tyle ciągle nowe widując twarze, zapomniał raz czy dwa tylko spotkanego prezesa, gdyż spytał na ucho radzcę o jego nazwisko... a ten mu je dobitnie parę razy powtórzył.
Nie uszło to baczności tego, kogo się tyczyło, chociaż w téj chwili nadzwyczaj żywą rozprawą z sąsiadem swym był zajęty... Ks. Salviani popatrzał długo na prezesa i zdawał się namyślać.
W przestankach gdy muzyka nie grała, ponieważ wszyscy radzi byli słyszeć miłego staruszka, który niewinnemi żartami zabawiać umiał towarzystwo, — uciszali się goście i w sali niezwyczajne w podobnych razach panowało milczenie.
Tém dobitniéj więc nie tylko bliżsi ale i dalsi biesiadnicy usłyszeli następującą rozmowę.
— Pan prezes dozwoli mi się spytać, czy téż matka jego nie podróżowała po Włoszech?
Prezes mocno poczerwieniał i potakująco skinąwszy głową, rzekł.
— Tak jest...
— A! to miałem przecie przyjemność nie tylko ją znać... gdy jeszcze była wdową, ale...
Tu prezes okropnie się zakaszlał...
Prałat zatrzymał się i czekał...
Znałem ją też późniéj po jéj ślubie i widywałem synka jéj, a przyrodniego brata pana prezesa... śliczne dziecko...
Wszystkich oczy skierowały się na dostojnego pana, który pobladł, oczy mu błysnęły złowrogo; zdawało się, że się porwie od stołu — ale po chwili mitygując się, gdy ujrzał łagodnie w siebie wlepione wejrzenie prałata — odparł stłumionym głosem z ironicznym śmiechem.
— Mogę czcigodnemu prałatowi zaręczyć, że ś. p. matka moja wcale drugi raz za mąż nie wychodziła, ale swojemu miłosiernemu sercu winną była, że ją o to posądzano... i dziecię guwernera brano za jéj własne... Ale to, albo niegodna potwarz — lub bolesna była omyłka...
Chociaż prezes starał się to wymówić i jak najchłodniéj, głos mu drzał, widać na nim było pomięszanie i oburzenie... Prałat zarumienił się, zakłopotał, nie wiedział już, jak swą omyłkę naprawić i rozmowę zwrócił natychmiast...
Prezes jednak pozostał chmurny, roztargniony z brwiami namarszczonemi, mało co jadł, nie mówił nic, a jak tylko wstawać zaczęto od stołu... zawinął się, chwycił za kapelusz i zniknął z sali. Uważali to wszyscy. Szczególniéj bolesném było dla prałata, iż sobie tak niezręcznie postąpił dotykając struny drażliwéj... Popsuło to nawet niemal cały obiad, bo z końca w koniec stołu, powtarzano sobie komentując słowa ks. Salvianiego i daną na nie odpowiedź. Prałat był upokorzony i zmięszany, napróżno starano się go zabawić i rozerwać. Nawet po małym kieliszeczku wina węgierskiego — pozostał smutny i wzdychał.
Profesor Kudełka, który był jednym z najstarszych przyjaciół prałata, a z tego tytułu miejsce téż u stołu nie daleko otrzymał — słyszał wszystko i czekał znać tylko, aby się mógł swobodniéj po obiedzie do solenizanta przybliżyć.
Uśmiechnął się i siadł przy nim...
— Słyszałeś, doctissime, rzekł do Kudełki, jakiego ja tu bąka palnąłem...
— A słyszałem... i czy to był — bąk?
— Nie — to była szczera prawda — westchnął Salviani, tylko nie w porę puszczona. Znać dostojna rodzina wstydzi się tych powtórnych ślubów ś. p. prezesowéj. Ale cóż się z jéj drugim synem stało?
— Czyż to był syn? zapytał Kudełka.
— Było to tak nieochybnie małżeństwo, i był to tak pewnie jéj syn, że i czas i miejsce ślubu i księdza co go dawał mógłbym oznaczyć.
Kudełka za rękę go chwycił.
— A! zmiłuj się prałacie — zawołał, dotknąłeś istotnie daleko żywszéj sprawy, niż ci się zdawało. — Może téż cię tu sprowadziła opatrzność. — Nie winię ja pana prezesa, lecz — może nie wiedział, może nie wierzył — a bądź co bądź, brata pokrzywdził i ten człowiek raz sobie o mało życia nie odebrał — teraz... znowu kędyś znikł!
— Jest w tém jakaś tajemnica, którą rozjaśnić koniecznie potrzeba — obowiązek święty... Tu nikt o tém małżeństwie nie wie... syn był w największéj nędzy.
Salviani ręce załamał.
Tutto e vero — verissimo — zawołał, — ja o tém wiem najlepiéj, charakter mój kapłański świadczy za mnie...
Zdala zdawał się nie słuchając niby przysłuchiwać rozmowie radzca tajny i zwróciwszy się do prałata, szepnął mu cicho, iż z obowiązku nieubłaganego urzędu swego, będzie go musiał prosić o pewne objaśnienia w tym przedmiocie.
— Nader mi przykro — rzekł ks. Salviani — że muszę tak poważnemu i — jak tu powszechnie słyszę — czcigodnemu człowiekowi przykrość może uczynić — lecz... sumienie... sumienie...
Zaczęto szeptać po cichu, towarzystwo powoli się wysuwało, radzca chciał zaraz do siebie prosić prałata, ten się wymówił znużeniem i odjechał do klasztoru, w którym stał...
Uważał wchodząc, iż braciszek w furcie jakby nań czekał, pobiegł przodem dać znać o jego przybyciu. Zaledwie miał czas zrzucić z siebie fijolety, gdy na progu ukazał się ks. przeor, a za nim — tylko co u obiadu widziany prezes.
Ks. przeor przypominał czasy monachomachji Krasickiego otyłością i rumieńcem... Prezes przy nim wydawał się jak marmur blady i jak pargamin suchy...
Excellentissime! odezwał się przeor ręką wskazując prezesa — mam honor przedstawić w osobie czcigodnego... największego dobroczyńcę naszego konwentu, któremu w wielu złych okurencjach winniśmy prawie utrzymanie przy bycie i życiu, chwale Wszechmocnego poświęconemu. — Niechże pan prezes siada...
Prezes milczał dziwnie usta zagryzłszy.
Prałat podszedł skłopotany ku niemu i wskazał mu miejsce po prawicy swéj na kanapie. — Ks. przeor skłonił się i wyszedł. Jakiś czas panowało milczenie.
Prezes zdawał się oczekiwać i namyślać od czego zacznie.
Ścisnął najprzód czule rękę prałata.
— Nie umiem tego wyrazić, rzekł cicho — jakie to dla nas szczęście widzieć tak dostojnego duchownego między nami. Prawdziwy wzór chrześciańskiéj dobroci i rozumu... Mnie tylko nieszczęśliwego z tych ust, któreby z Chryzostomowemi porównać można, spotkało słówko bolesne...
— A! mój mości dobrodzieju! odezwał się prałat — cóż takiego?
Ks. Salviani z sumieniem nie zwykł był w żadne wchodzić kompromisy.
— Przy stole — księże prałacie — to wspomnienie o méj matce... szepnął wzdychając boleśnie prezes.
Prałat zwolna ujął jego rękę i z łagodną obracając się doń twarzą — odezwał.
— Mój mości dobrodzieju — nieskończenie boleję, bo w istocie ani czas był, ani miejsce potemu, aby się w tak delikatnéj sprawie odezwać. — Jednakże com rzekł, powiedziałem z zastanowieniem i — to jest prawdą!
— Darujesz mi ks. prałacie — gorąco odparł prezes — dałeś się uwieść potwarzy.
— Mój dobry panie, przerwał wolno i spokojnie prałat — mylicie się, wierzcie mi, możecie o tém nie wiedzieć, bo nie przypuszczam, żebyście wiedzieć nie chcieli. Czcigodna ś. p. matka wasza, wyszła w czasie bytności swéj we Włoszech za pana Murmińskiego, znam księdza, który ślub dawał, wiem gdzie i kiedy syn był chrzczony... Rzecz najmniejszéj nie ulega wątpliwości, bom o niéj z własnych ust nieboszczki słyszał i to — kapłańską potwierdzić mogę przysięgą.
Słów tych zaledwie dosłuchawszy prezes się zerwał z kanapy, zburzony i prawie nieprzytomny od gniewu... trząsł się cały.
— Gdyby nawet tak było — zawołał, gdyby tak było, cóż masz waćpan dobrodziéj za obowiązek to głosić? Znakomite familie jak nasza, gdy je spotka podobne nieszczęście starają się je utaić, bodajby największemi okupić miały ofiarami. A wieszże ks. prałat, jakich niecnych środków użyto, aby kobietę zbyt dobrą i słabą, zniewolić do tego ohydnego związku... przez chciwość, przez rachubę... dla pieniędzy...
Prałat wysłuchał cierpliwie.
— Mój drogi panie, ani chciwością, ani rachubą nie mogło to być, boć starego Murmińskiego nim z Rzymu wyjechał dobrze znałem — z głodu prawie nieboraczysko umierał, a do was się nie odezwał.
Prezes to czerwieniał, to bledniał, ręką tarł po czole... jąkał się i przemówić nie mógł.
— Ks. prałacie do jego serca się odzywam — do uczuć szlachetnych.... raczcie o tém zamilczeć, chciejcie podać w wątpliwość; rzucacie na mnie cień — plamę...
Ks. Salwiani spuścił głowę.
— Jakże ja mogę zmilczeć, gdy mnie spytają — odrzekł — a tożby było serce i szlachetność, bym kłamał?
Prezes zerwał się z miejsca i począł chodzić żywo po pokoju, nie mówiąc słowa...
— Przecież zmilczeć nie będzie grzechem! — zawołał.
— Byłoby grzechem — odparł ks. prałat spokojnie. — Dowiedziałem się tu dopiéro, że to dziecię jest w nędzy!
Dostojny pan ramionami ruszył.
— To dziecię, to ostatni był łajdak i wisus, godzień swojego tatka... a prawdopodobnie już go na swiecie niema.
— Ale pamięć jego!
— Ks. prałacie, przerwał gość — to chyba jakaś ku rodzinie naszéj zawziętość, ja tego nie rozumiem... Mamy zasługi w kraju i dla kościoła położone, godzi się nas oszczędzać. Mogę zaręczyć, że takie wystąpienie bardzo źle widzianém będzie.
Prałat słysząc tę groźbę, rozśmiał się równie łagodnie i spokojnie, jak mówił od początku.
— Ale ja, niepytany nie występuję — rzekł — a ilekroć wezwany będę, abym dał świadectwo prawdzie — nie oglądam się, czy to źle widzianém będzie przez ludzi, byle Bóg widział to dobrém.
Jeszcze chwilę zatrzymał się prezes, którego twarz zmieniona świadczyła o okropnéj walce, jaką w sobie toczył — potarł czoło silnie, rozśmiał się sucho i szydersko, ukłonił i zawrócił ku drzwiom.
Ks. Salwiani wstał go odprowadzić, w progu zmierzyli się oczyma, ale prałat się nie zmięszał i na kanapę powrócił. Był to dzień fatalny dla prezesa, pojechał bowiem do — kilku najwyżéj położonych osób, na których wpływ w téj sprawie rachował, jednych nie zastał, drudzy grzecznie się jakoś wymówili, nie chcąc się mięszać do niczego.
Po mieście rozeszły się wieści i plotki szerzone tém żywiéj, iż każdy ma nieprzyjaciół, a nic ludzie chciwiéj nie chwytają nad dowody upadku bliźnich... jakby to ich ułomności usprawiedliwić mogło.
Razem z owemi słowami prałata, puszczono z drugiéj strony nader zręczną ploteczkę o nagłym i bolesnym dla wszystkich umysłowym upadku ks. Salwianiego, który już kilka niedorzeczności powiedzieć miał i widocznie bywał chwilami nieprzytomny.
Z nadzwyczajną ciekawością zaczęli wszyscy śledzić dalszego tego drobnego na pozór wypadku następstwa; przypatrywano się nazajutrz postawie, minie, wyrazowi twarzy prezesa, który zdawał się zupełnie obojętnym.
Z drugiéj strony zagadywano ks. Salwianiego usiłując się dobadać mniemanego upadku na umyśle, lecz prałat pamięć miał bezprzykładną, a żywość, któréjby mu młodsi mogli zazdrościć. — Gdy ktoś Kudełce doniósł, że po mieście się z tém noszą, jakoby stary księżyna zapomniał się i bredził, uniósł się profesor takim gniewem, że się aż z niego naśmiano...
Tymczasem nazajutrz wezwany został prałat do najwyższéj swéj władzy — i uważano, że z pałacu wyjechał zarumieniony i — jak nigdy — poruszony...
Po trzech czy czterech dniach wieść zaczęła się zapominać i na pozór pozostała bez skutków...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.