Wielkie serce małej gejszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wielkie serce małej gejszy
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
WIELKIE SERCE MAŁEJ GEJSZY.
W Kioto, starej stolicy Mikadów, potomków boskiego Dżinmu-Tenna, panował niezwykły ruch. Kupcy, samuraje, prości żołnierze, bonzowie ze świątyń Szinto i kapłani buddyjscy, wieśniacy, kobiety i dzieci tłumnie zalegali wszystkie ulice. Tłumy w skupionem milczeniu przelewały się z jednej ulicy w drugą, z placów i parków zdążały w różne strony. Jeden potok ludzi płynął ku pałacowi władcy, drugi — ku pomnikowi „miljonów uszu i nosów“.

Samuraje nawet w tak poważnej chwili nie mogli pozostawać obojętnymi wobec piramidy złożonej z kamieni, a noszącej taką dziwną nazwę. Zatrzymywali się więc, oglądali ją ze wszystkich stron i krokami wymierzali obwód, zajęty przez nią. Jakiś sędziwy człowiek w ubraniu mnicha, spostrzegłszy kilku samurajów i zwykłych gapiów, stojących przed pomnikiem, zbliżył się i rozpoczął drżącym, starczym głosem opowiadać, sto razy słyszaną i sto razy nową historję.
— Siedm wieków już minęło, szlachetni samurajowie, gdy wasi odważni przodkowe z kasty „ronin“[1] uczynili śmiały najazd na Czosen-Czi[2]. Wyprawa były szczęśliwa! Odważni rycerze w pień wycięli kilka miast nadbrzeżnych, nagromadzili stosy drogocennej zdobyczy i postanowili ogniem i mieczem nawiedzić serce kraju biało ubranych, tchórzliwych ludzi Czosen-Czi. Przed tą niebezpieczną wyprawą posłali Szogunowi dar, aby ucieszyć jego mężne serce. Krwawy był to dar — skórzane wory, pełne nosów i uszu, obciętych zabitym wrogom! Nie powrócili z tej wyprawy „roninowie“, polegli w wąskich i głębokich jarach od strzał podstępnych Koreańczyków. Wtedy aby uczcić poległych, Szogun rozkazał wznieść pomnik na wieczne czasy. Wykopano dół, mający 120 stóp obwodu i na 30 stóp głęboki, napełniono go trofeami, przysłanemi przez walecznych, a nad dołem wzniesiono ten kopiec z ciosanych kamieni.
Długo jeszcze opowiadał starzec, wychwalając odwagę samurajów, a ci ręce kładli na głownie obudwóch szabel, zatkniętych za pas, a stanowiących szlachetny przywilej rycerstwa.
— Niech żyje Szogun! — zawołał starzec i wszyscy samuraje podchwycili ten okrzyk, aż zagrzmiało wśród drzew, otaczających obelisk.
— Niech żyje Szogun... — powtórzył młody, o chudej, ruchliwej twarzy, ciemno ubrany człowiek. — Na Kwan-Non! Ale cóż nic o mikadzie nie mówicie, samurajowie, a tyś, starcze, też o nim nie wspomniał w swej opowieści?
Zapanowało milczenie. Pierwszy odezwał się stary mnich.
— Mikado, bogom równy i od bogów ród swój wyprowadzający, powinien być wysławiany w modlitwach, nie zaś w przygodnych opowieściach, młodzieńcze!
— U nas inaczej o tem myślą! — podnosząc dumną głowę, rzekł młodzieniec i utkwił oczy w pomarszczonej twarzy mnicha.
— Skąd przybywasz, jeżeli tak mówisz? — pytano go ze wszystkich stron.
— Przybyłem dziś z wyspy Hokkaido — odparł śmiało, a zmienił się cały, stając się do drapieżnego ptaka podobnym.
— Co u was o... tem myślą? — padło z tłumu tchórzliwe pytanie.
Młodzieniec grzmiącym głosem mówić zaczął:
— My — ludzie lasów i zimnego morza, myślimy uczciwie i prosto, jak prosta jest nasza ziemia! Myślimy, że skoro wielki bóg zesłał nam, jako władcę, potomka swego, powinniśmy stać przy nim wiernie, patrzeć w oblicze jego, jak spoglądają synowie na twarz ojca! Tego zabronili nam Szogunowie, ukryli dzieciom ich ojca i rządzą Daj-Nippon tak, jak gdyby na niem przebywali tylko dajmio-książęta i samuraje — ich rycerze! Zapomniano o mrowiu pracowitych wieśniaków, kupców, rzemieślników i o innych stanach, w poniewierce i ciemnocie trzymają naród i znęcają się nad nim! Potomek bogów nie uczyniłby tego! My tam na północy chcemy widzieć śród siebie Mikada, nie Szoguna. Niech żyje Mikado!...
Ledwie przebrzmiał ten okrzyk, gdy jakiś samuraj błysnął szablą i rzucił się na młodzieńca. Ten cofnął się o kilka kroków i drwiącym głosem zawołał:
— Odkąd to samuraj napada na bezbronnego? W naszym klanie uważamy to za shańbienie szabli rycerza!
— Nie wiem, kim jesteś, lecz wydajesz się być szlachetnego pochodzenia. Wzywam cię tedy do boju, natychmiast, tu!... — krzyczał zmieszany i zły samuraj.
— Dobrze! — uśmiechając się, rzekł młodzieniec. — Niech który z walecznych samurajów zechce pożyczyć mi szabli.
— Biedak! — szepnął ktoś z tłumu. — Nie wie, że będzie się bił z najlepszym szermierzem — Konosuke Abiko! Poleje się krew...
Młodzieniec tymczasem zrzucił ciemne kimono i pozostał w krótkim kaftanie, jaki noszą rybacy i marynarze. Wziął podaną mu szablę, spojrzał na nią pod światło i mruknął:
— Dobra!...
— Szabla dobra, nie wiem tylko, czy w dobre dostała się ręce! — szyderczym głosem powiedział właściciel szabli, już nie młody, poważny samuraj.
— Nie obawiaj się, waleczny Inne, nie uczynię ujmy tej szlachetnej stali! — odparł młodzieniec, stając w pozycji bojowej.
Jego przeciwnik zajrzał mu w groźne, pełne ognia oczy i nagle zmieszał się. Po chwili jednak podniósł szablę ostrzem do góry i rzekł:
— Przedstawiam ci się, szermierzu, jestem Konosuke Abiko! Wymień swoje imię, abym wiedział, kto padnie z mojej ręki.
— Znam ciebie, Abiko, i ciebie, Inne! Widziałem was przed rokiem w Kioto...
— Nie przypominamy sobie! — odezwali się samurajowie.
— Zbyt wielcy jesteście i znakomici, aby pamiętać moje nic nie znaczące oblicze, gdyż nie jestem Szogunem. Ale — pora zaczynać pojedynek! Imię moje Kasiwa-Tenna.
Rzekłszy to, przyciął. Samuraj odbił, lecz młodzieniec uczynił wężowy ruch swoją szablą i broń przeciwnika wyleciała w powietrze, głęboko zarywszy się ostrzem w piasek. Tenna przyłożył sztych do szyi samuraja i zawołał:
— Na Kwan-Non, na Dajbutca! Mam prawo zarżnąć cię jak wołu, lecz daruję ci życie, Konosuke Abiko, gdyż będę cię wkrótce potrzebował. Pamiętaj prawo samurajów! Człowiek, który oszczędza przeciwnika, ma w nim przyjaciela do grobu. Czyż nie tak mówią samurajowie?
— Znasz nasze prawo i obyczaje, — odezwali się samurajowie, potakująco kiwając głowami, a Abiko na znak przysięgi podniósł rękę do czoła, a później przycisnął ją do serca.
— Arigato! Dziękuję! — zawołał młodzieniec, z godnością skłaniając głowę przed sędziwym Inne i z uprzejmym uśmiechem wyciągając do niego szablę.
Gdy Tenna wymówił pożegnalne „Sajonara“, Abiko zbliżył się do niego i zapytał:
— Jesteś, jednak, szlachcicem, przyjacielu?
Młodzieniec rozpiął kaftan i, obnażając pierś, pokazał na niej jakiś znak.
— To herb dajmio? — szepnął samuraj.
— Nie, ale prawie tak samo dobry! — odparł z uśmiechem Tenna i zamieszał się w tłumie.

II.

Działo się to w r. 1868, w pamiętnym dla Japonji roku. Mikado Mutsu-Hito, więziony przez podstępnego Szoguna i przebywający stale w swoim pałacu, podobnym do świątyni, nie opuszczał Kioto. Tu spędzał dnie otoczony kapłanami i strażą, padającą przed nim na twarz, jak przed bóstwem, lecz jednocześnie strzegącą go, jako więźnia. Mutsu-Hito postanowił zerwać z Szogunem, obalić go i stanąć u steru swego kraju. Mądry był, chociaż niewiele jeszcze wiosen liczył sobie, Mikado. Od swojej żony, pochodzącej ze zwykłej „kuge“[3] — z rodu Johiszo-Tadaka, Mikado dowiedział się, że dajmio — książę Owasi został skrzywdzony przez Szoguna i pała przeciw niemu zemstą, więc zaczął działać. Cesarzowa Haruka przez swego ojca urządziła spotkanie księcia Owasi z małżonkiem-cesarzem i wtedy zrodził się spisek przeciwko Szogunowi. Owasi porozumiał się z innymi obrażonymi przez Szoguna lub skrzywdzonymi dajmio: Hizena, Satsumo i Nagato i spisek szerzyć się zaczął. Dajmio już zebrali sporo wojska i czekali tylko na rozkaz Mikada, aby rozpocząć wojnę z armją Szoguna.
Szpiedzy, otaczający osobę Mikada, dowiedzieli się o zamiarach Mutsu-Hito i donieśli Szogunowi. Rodzinę cesarzowej schwytano i odwieziono do Kamakury, do więzienia. Wzmocniono straż w pałacu i wystawiono posterunki na wypadek zbliżenia się oddziałów wiernych cesarzowi książąt. Mutsu-Hito zrozumiał, że dostał się do niewoli i że Szogun może go pozbawić życia. Postanowił ratować się ucieczką. Najpierw znikła w przebraniu służącej Haruka, a później sam Mikado, który przyłączył się w przebraniu do sług, prowadzących konie pałacowe na wodopój.
Chodziło teraz oto, ażeby Owasi i inni dajmio rozpoczęli wojnę.
Szogun tymczasem daremnie poszukiwał dzielnego cesarza. Mikado skrył się, jak kret pod ziemią, jak ryba w głębi morza, jak obłok w śnieżnych szczelinach Fudżi-Jamy.
Trzy dni ukrywał się Mikado, na czwarty dzień wyszedł, aby wynaleźć kogoś, kto mógłby zanieść jego rozkaz wiernym dajmio, niecierpliwie wyglądającym sygnału z Kioto... Tego właśnie dnia potomek bogów po raz pierwszy spotkał się z ludem swoim i pod przybranem imieniem Kasiwa Tenna miał zajście z samurajem Abiko.
Mutsu-Hito znał rycerza, gdyż widywał go w orszaku Szoguna, dwa razy do roku przybywającego do pałacu w odwiedziny władcy; wiedział też, że samuraj mieszkał w rycerskiej dzielnicy Kiota. Znaleźć tam Konosuke Abiko mogło z łatwością nawet dziecko, gdyż był to ulubieniec Szoguna i dowódca jego straży przybocznej.
Na schyłku tegoż dnia Mikado kroczył spokojnie ulicami dzielnicy samurajskiej, i tu mu wskazano bardzo malowniczy ogród, ze stojącym w głębi dużym i wspaniałym domem Abiko.
— Proszę powiedzieć szlachetnemu samurajowi, że jego „koinaku“[4] czeka na niego na granicy jego posiadłości. Nazywam się Kasiwa-Tenna — oznajmił Mikado odźwiernemu i zaczął przechadzać się przed bramą.
Po chwili sługa powrócił i z niskiemi pokłonami wprowadził go do domu.
Wkrótce wyszedł samuraj i serdecznie powitał Tennę. Mikado, wchodząc, spostrzegł, że na stalugach dla broni wisiała szabla, w znak żałoby przewiązana białą wstęgą. Widział tę szablę dziś przed sobą i uśmiechnął się nieznacznie.
Gdy ceremonja powitalna była zakończona, Tenna zapytał:
— Nie zapomniałeś, synu, swojej przysięgi przyjaźni i wierności.
— Nie! — odpowiedział samuraj. — Ale dlaczego nazywasz mnie synem, przecież jestem starszy od ciebie.
— Jesteś moim synem, — ciągnął dalej Tenna — cały lud mój — to dzieci moje.
— Tak mówić może tylko boski Mikado, ojciec nasz! — zawołał Abiko.
Tenna obnażył lewe ramię i na niem szkarłatem płonąć zaczął wytatuowany i zalany drogą purpurową farbą kwiatek chryzantemy, godło boskiego rodu Dżinmu-Tenna.
— Mikado! — jęknął samuraj, padając na twarz.
— Wstań! — rozkazał władca. — Jesteś moim przyjacielem, gdyż stal nas połączyła. Nikt, jak ziemia stoi, nie miał w obecności Mikada broni przy sobie. Tobie nadaję to prawo, Konosuke, z samurajskiego rodu Abiko!
Wylękniony samuraj nie śmiał się podnieść i spojrzeć w oblicze bóstwa.
Z trudem zmusił go do tego Mikado, a później długo rozmawiali ze sobą, jedli ryż, pili herbatę i modły przed ołtarzem przodków zanosili, stojąc ramię przy ramieniu, rycerz-samuraj i bóg-Mikado. Późno w nocy władca opuścił dom Abiko, a w godzinę po nim porzucił go także samuraj, mknąc, co koń wyskoczy, w stronę Hiogo, gdzie stały zbrojne oddziały Owasi i potężnego dajmio Satsumy.
Mikado nie chciał nocą powracać do swego schroniska, gdyż słudzy Szoguna czaili się wszędzie i chwytali każdego przechodnia, wzbudzającego w nich podejrzenie. Ujrzawszy niewysoki płot, przeskoczył go i znalazł się w niewielkim ogrodzie, terasami zbiegającym do wartkiego strumyka. Nikt nie spostrzegł jego wejścia, więc zaczaił się w krzakach, rosnących na brzegu strumyka, i czekał tu na wschód słońca — ojca ojców Mikada Mutsu-Hito.
Zaledwie pierwsze blaski słońca pozłociły wierzchołki magnolij i cyprysów i zaczęły szybko wdzierać się do gąszczu liści, rozpędzając nocny mrok i budząc ptaki, owady i ludzi, z małego domku wyszła dziewczyna. Była zupełnie naga i tylko runo kruczych włosów, niby płaszcz wspaniały, spadało jej na piersi i ramiona. Szła jak widmo, utkane ze srebrzystych piór obłoków, które nocują na promiennej Fudżi, lub zrodzone z piany, gdy igra falami Oceanu potężna bogini Amaterazu. Słońce złotem płynnem, różem kwitnącej wiśni, mieniącemi się kaskadami połysków muszli perłowej, ozdobiło białe, młode ciało wiotkiej, pięknej dziewczyny.
Mutsu-Hito oczu nie mógł oderwać od cudownego zjawiska. Zdawało mu się, że ze świeżości świtu, z barw kwiatów, z woni kwitnących drzew wiśniowych, z radosnej melancholji fioletowo-perłowych glicynij, dobra bogini Kwan-Non, opiekunka potężnych i nędznych, utkała tę postać dziewiczą, jako symbol nowej, młodej i pięknej krainy Daj-Nippon, włości jego — Mutsu-Hito, spuścizny po przodkach-bogach.
— Niech dobra bogini błogosławi dnie twoje, miła, wdzięczna „musme“! — szepnął Mikado.
Dziewczyna tymczasem stanęła nad wartką wstęgą potoku i schylając się, małemi rączkami wodę czerpać zaczęła i oblewać wiotkie ciało srebrzącemi się i skrzącemi, jak sznury pereł, strugami wody źródlanej. Jeszcze piękniejszą, jeszcze bardziej cudowną, nieziemską wydała się ta dziewczyna-trzcina, dziewczyna-rusałka, dziewczyna-radość i słodka obietnica.
Lecz w tej chwili jak zgrzyt, wrywający się do kaskady słodkich dźwięków semisenu, rozległ się krzyk. Dwóch otyłych bonzów wypadło z krzaków i porwało musme. Mikado widział, jak ich brudne dłonie gniotły i szarpały jej srebrzyste ciało, słyszał, jak wargi wyrzucały ohydne, lubieżne słowa. Dziewczyna broniła się zawzięcie, lecz oni wlekli ją dalej i głębiej w krzaki. W kilku susach Mikado był przy nich, po chwili bonzowie, jęcząc i złorzecząc, z trudem podnosili się z ziemi, z obawą patrząc na groźną twarz młodzieńca. On nie widział ich jednak. Oczy swoje napawał cudnem zjawiskiem, najpiękniejszem dziełem twórczej siły ziemi i słońca.
— Ktoś ty i dlaczego porwali cię tamci? — spytał szeptem, patrząc w szeroko otwarte ciemne oczy musme.
— Jestem gejsza-śpiewaczka! — odparła. — Szogun pozbawił nas prawa do szacunku ludzkiego, zrównawszy ze sprzedajnemi „joro“.
Zapłakała, kryjąc piękną alabastrową twarzyczkę w zaróżowionych od zimnej wody dłoniach.
— Teraz każdy może znieważać i krzywdzić gejszę! — zawołała, zanosząc się od płaczu. — Ludzie zapomnieli, że my — gejsze, umierałyśmy na wojnie, że dodawałyśmy odwagi wojownikom i święcie przechowywałyśmy sztukę i stare obyczaje Daj-Nippon! Za co, za co spotkała nas taka kara?!
Płakała gorzkiemi, beznadziejnemi łzami. Po chwili podniosła oczy na twarz stojącego przed nią młodzieńca i szepnęła:
— Przysięgam na imię Mikada, że uczciwie noszę dwie fałdy na ramionach kimona! Jestem musme, musme! Nie znałam objęć kochanka! Nie odczuwałam jeszcze żaru myśli namiętnych! Przysięgam...
Mutsu-Hito dotknął dłonią jej główki i szepnął:
— Idź, włóż szaty, geta i obi i przybywaj tu. Będę czekał na ciebie.
Rozkaz i wola były w głosie młodzieńca. Gejsza skłoniła się w milczeniu i znikła, jak sarna z Nikko.
Mikado usiadł na kamieniu i czekał.
Długo nie wracała, a gdy wreszcie nadeszła, miała misternie ułożoną fryzurę, ozdobioną wielkiemi złotemi szpilkami; żółte kimono, z wyhaftowanemi fioletowemi i białemi irysami i duży wachlarz w formie liścia lotosu.
Opuściła się na kolana przed młodzieńcem i pokłon mu do ziemi złożyła.
— Nie znam imienia twego, sanwo[5], — szepnęła dziewczyna. — Czekałeś na mnie, szlachetny panie, gdyż szlachetność widzę w twoich oczach, twarzy, czynach i słowach. Pozwól więc, że wymienię imię swoje. Nazywają mię Haru[6]-San...
— Dobrze się nazywasz — uśmiechnął się Mikado — bo jesteś, jak wiosna!
— Arigato! dziękuję! — rumieniąc się, zawołała dziewczyna. — Czekałeś na mnie, szlachetny sanwo, więc masz mi coś do powiedzenia? Rozkazuj, spełnię wszystko!
Mikado zamyślił się głęboko. Zmarszczkami pokryło się wysokie, śmiałe czoło, a oczy mgłą się powlekły.
— Słuchaj, Haru-San — rzekł wreszcie, spojrzawszy na zapatrzoną w niego musme. — Słuchaj! Mam żonę... Jest piękna jak kwiat lotosu, kochana jak niebo pogodne... Haruka ma na imię.
— Haruka?... — powtórzyła gejsza. — Haruka — to imię boskiej cesarzowej, małżonki trzykroć błogosławionego Mikada?...
— To żona moja, to kwiat mojego serca! — szepnął Mikado. — Jestem Mutsu-Hito, 124-ty władca z rodu Dżinmu-Tenna, zrodzonego przez bogów.
Musme upadła twarzą na ziemię i szeptać zaczęła modlitwę, wysławiającą przodków Mikada.
— Wstań, Haru-San, i słuchaj uważnie, co powie ci władca Daj-Nippon! — rozkazał Mikado, i dziewczyna, drżąca i radosna zarazem, natychmiast powstała.
— Słuchaj! — mówił Mutsu-Hito. — Piękna, mądra Haruka jest samotna i czas jej płynie w trwodze o mnie.
— Władco, boski Mikado! — wyrwały się z głębi serca dziewczyny słowa. — Rozkaż, a pobiegnę i przyniosę jej wieść o tobie, aby serca małżonki twojej nie ściskał nieznośny ból!
Nagle smutnie opuściła główkę i szepnęła:
— Zapomniałam, że śmiertelnych nie wpuszczają do pałacu-świątyni, a tem bardziej ja — gejsza, którą Szogun zniżył do pogardzonych „joro“, czyż dotrę przed oblicze Haruki?! Próżne, niemądre słowa spadły z niegodnych ust moich...
Westchnęła głęboko i ręce w rozpaczy załamała.
— Dotrzesz, mała, miła Haru-San, jeżeli będziesz mądra i przebiegła! — rzekł Mikado.
— Naucz, a pocieszę małżonkę twoją, chociażbym miała za to życie swoje oddać! — zawołała gejsza i, pochyliwszy się, czołem dotknęła kolan władcy.
— Dobrze! — szepnął Mikado. — Czy znasz złotą świątynię nad stawem z lotosami w zachodniej części ogrodu pałacowego?
— Znam! — zawołała. — Byłam tam po raz pierwszy podczas wiosennych popisów gejsz. Dobry Mikado... ty, Władco, kazałeś otworzyć swój ogród dla mieszkańców miasta. Później bywałam tam nieraz...
— Na terasie pierwszego piętra spotkasz młodego samuraja. Zawołasz do niego: „Nogi, od Kasiwy przychodzę!“ On cię zaprowadzi do Haruki, dzieweczko wiośniana. Zrozumiałaś?
Mówiąc to, Mikado zdjął z palca wąski żelazny pierścień i podał go musme.
— Pokażesz to Haruce i pozdrowisz ją ode mnie słowami: „Nigdy nie zajdzie za góry i za morza słońce Tennów“.
— Wszystko zrozumiałam, władco, i uczynię tak, jak kazałeś, i powtórzę to, coś rzekł. Czy mogę odejść już?
— Idź! Będę myślał o tobie, Haru-San, i teraz i potem, gdy słońce moje znowu zabłyśnie w zenicie... Idź!
Skłoniwszy się raz jeszcze do ziemi, odchodziła gejsza, lecz zatrzymała się na chwilę, uklękła i, dotykając dłonią swego czoła i piersi, rzekła:
— Oby dusza twoja, władco, nie była nieufną do gejszy-miako. Umrę, a nikt, oprócz wielkiej Haruki, nie dowie się, ktoś ty i gdzie ty... Bądź pewny!
Wybiegła i zniknęła za ścianą z glicynij i niskich mirtów.

III.

Mikado Mutsu-Hito i wierni mu dajmio po krwawych bitwach obalili władzę Szoguna. Ten, który się targnął na osobę władcy, ukrył się na północy i przywiódł ze sobą wojska dalekich klanów. Znowu zaczęły się bitwy i ciężkie pochody. Na czele wojsk Mikada stał sam Mutsu-Hito, płomienny i śmiały, walczył, jak zwykły samuraj i namiot z płótna lub ze zwykłych „totami“[7] nieraz chronił potomka bogów od wiatru i deszczu.
Przyszedł czas ostatniej, stanowczej bitwy. Zawrzała w okolicy Fuszimy, niedaleko od stolicy, a trwała trzy dni i trzy noce. Padli w bitwie dajmio Satsuma, Owasi i Nagato — obrońcy Mikada, ale stokroć więcej zginęło dajmio i samurajów w wojsku Szoguna, aż się poddał, na klęczkach błagając władcę o życie i miłosierdzie.
Gdy Mikado po zwycięstwie dziękował walczącym dajmio, surowym samurajom i wiernym heiminom-wieśniakom, którzy kosami i sierpami walczyli za dynastję i swoje prawo, do Mutsu-Hito podszedł stary samuraj Rikitaro Okuma i rzekł:
— Nie tylko nam — mężom o dwóch mieczach i wiernym wieśniakom należy się wdzięczność twoja, Panie nasz, lecz także nieznanej nam musme! Przyszła z dźwięcznym semisenem i pieśnią swoją, jak dawne gejsze-pieśniarki bojowe, zachęcała wojsko twoje do walki, w bitwach dodawała odwagi, przypominała sławne, stare czyny walecznych przodków i wysławiała imię twoje, Władco!
— Niech przyjdzie tu! — rozkazał Mikado.
Stary bohater Rikitaro Okume odpowiedział:
— Nie przyjdzie już, Władco! W boju musme padła, jak ścięty cyprys.
— Chcę wiedzieć jej imię, aby potomni o nim pamięć zachowali! — zawołał Mikado.
— Gdy umierała — rzekł Okuma — prosiła walczącego obok niej samuraja, aby powiedział ci, wielki Mikado, że nazywała się Haru-San, że była gejsza-miako, o dwóch fałdach na rękawach kimona, i że w sercu i duszy gejszy niema nikczemności „joro“, lecz odwaga i wierność bojowych gejsz, miłujących ojczyznę i jej władców, potomków bogów na ziemi...
— Miała na imię Haru? — zapytał Mikado. — Musme-wiosna, mała, wiotka, bezbronna, skrzywdzona gejsza, pełna ofiarności, odwagi i wierności!... Znam ją... Chcę uczynić tak, aby pamiętały o niej pokolenia.
Zamyślił się Mikado, lecz po chwili podniósł głowę i rzekł:
— Rozkazuję, aby od dnia dzisiejszego nikt się nie ważył poniżać i pogardzać gejszą, mającą dwie fałdy na szatach, a najlepsza, najpiękniejsza i najcnotliwsza z gejsz, wybrana przez sędziów podczas wiosennych popisów, z rąk Mikada ma otrzymać w nagrodę szlachetne i zaszczytne imię gejszy-Haru. Tak będzie!...
Znowu się zamyślił Mutsu-Hito, a przed jego oczami, jak zjawa nieuchwytna, przesunęła się zrodzona z woni kwiatów, z piany morza, z białopiórych obłoków, utkana z promieni wschodzącego słońca, ze zmiennych błysków pereł, wiotka, piękna i niewinna jak rusałka potoków, mknących z Fudżi-Jamy, postać musme...
Szepnął Mikado:
— Haru-San... Gejsza-wiosna... Stara baśń, odrodzona w srebrzystem ciele musme!...


Przypisy

  1. Kasta samurajów, rycerzy.
  2. Korea.
  3. Kuge — rodzina szlachecka.
  4. Przyjaciel.
  5. Sanwo — panie.
  6. Haru — wiosna.
  7. Maty, plecione ze słomy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.