Przed obliczem Buddy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przed obliczem Buddy
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PRZED OBLICZEM BUDDY.
Kamakura! — oznajmił konduktor, zaglądając do mego przedziału.

Wyszedłem. Ujrzałem mały, czyściutki dworzec, trochę publiczności, oczekującej pociągu do Tokio i dwuch „akaba-san“, tragarzy w czerwonych czapkach. Okrągły, mały placyk przed dworcem był otoczony lekkiemi kioskami, z werandami, przykrytemi płóciennemi dachami. Tu się sprzedawały pocztówki z widokami Kamakury, japońskie broszurki historyczne o niej, posążki Buddy i różne drobiazgi wyrobu miejscowych majstrów. Od placyku prowadziła szeroka aleja z wysokich kasztanów na zachód i wschód. Z obu stron alei, za wysokiemi ogrodzeniami z krzaków azalji, glicynji, bzu i mirtów, wyglądały dachy zeuropeizowanych will i biły w oczy duże szyldy z napisem „Kahin-Hotel“; tylko gdzieniegdzie wychylała się jednopiętrowa, do klatki podobna chałupka japońska, gdzie można studjować życie „heimina“[1] od wschodu słońca do północy.
Malutkie wozy tramwajowe, niby zabawki dla dzieci, ślizgały się wzdłuż alei, czasem przemykał się samochód, lub pochylony nad sterem bicyklista. Przechodniów prawie nie spotykałem.
Długo szedłem tą aleją, aż się skończyły wille. Na lewo ujrzałem ocean. Zdawało mi się, że widzę turkusową posadzkę olbrzymiej świątyni o ścianach, ukrytych za zwojami białych mgieł i promiennych zasłon, o kopule z przezroczystego szafirowego szkła. Ani dymu płynącego statku, ani żagla rybackiego nie widziałem na niebieskiej, spokojnej pustyni morza. Krzaki i drzewa zbiegały z wysokiego brzegu ku wodzie i przeglądały się w niej.
Minąłem ostatnie zabudowania; na prawo od drogi rozpoczął się las, bujny, gęsty, pełen ciepłych oparów, lgnących do konarów drzew i do gałęzi krzaków.
W miejscach, gdzie słońce przedzierało się przez rozłożyste korony grabów i dębów, strzelały do góry, jak wysokie lance jakieś krzaki, usiane drobnemi kwiatkami, płonącemi jak rozżarzone węgle. Długie, wiotkie pędy przerzucały się na stojące obok drzewa i pięły się, aż ku górze, płonąc na ciemnej korze szkarłatem swego kwiecia. Żółte, dzikie irysy kryły się w gęstej trawie, a na odkrytych polankach bielały, jak śnieg, narcyzy.
Szedłem wąską ścieżką, wijącą się śród krzaków i trawy, szedłem długo, podnosząc się na zbocza pagórków leśnych lub schodząc na dno wąwozów, z szemrzącemi w nich wartkiemi strumykami, śpieszącemi w objęcia oceanu.
Czasami spostrzegałem jakieś stare zwaliska, zazdrośnie ukryte w gąszczu krzaków i pnących się roślin, resztki mostów, zbudowanych niegdyś z olbrzymich ciosanych kamieni lub płyt. Na małej, zacienionej polance stała stara kaplica buddyjska, porzucona oddawna i, zdawało się, zapomniana. Jednak, gdy zajrzałem do wnętrza, ciemnego i wilgotnego, zobaczyłem podnóże posągu mądrego Sakkia-Muni, w kwiatku lotosu, a przy nim wiązankę żółtych irysów, zupełnie świeżych, ze skrzącemi się na nich kroplami rosy.
Na schyłkach pagórków, zbiegających ku szerokiej dolinie, gdzie zieleniały szmaragdowe kwadraty pól ryżowych, pozostały ruiny domów, murów obronnych i złożone z kamieni podstawy warownych wież, resztki, zwaliska całych miast lub zamków warownych. Skrzętny rolnik japoński krok po kroku wspinał się już na te pagórki i zakładał na nich pola ryżowe, przeciągał rowki i rury bambusowe z bieżącą wodą źródlaną, stawiał słupy i wieszał na nich kable elektryczne. W innej okolicy nie znalazłem wyraźnych śladów współczesnego człowieka, zato krzyczała namiętnie i głośno przeszłość. Zwalone oddawna pagody, po których pozostały tylko podwaliny z głazów, częściowo porozrzucanych, kawały gnijących belek hinokowych i szczątki drewnianych ścian, mówiły głosami bez dźwięku o czemś, co zmuszało stojące naokół drzewa w rozpaczy załamywać ręce-gałęzie i wyciągać je błagalnie ku niebu. Tym rozpaczliwym głosom i błaganiom wtórował smętny szmer twardej trawy, rosnącej pośród zwalisk niegdyś potężnego zamku „sziro“. Kojącą, pełną wdzięcznych wspomnień nutą odpowiadały dalekie westchnienia oceanu. Widział on wrące tu niegdyś życie, pamiętał wszystkich, którzy tu w dumnej nadziei zamierzali zostawić po sobie wieczne pomniki, a przekazali zwaliska, kamienie i gnijące belki, z każdym rokiem znikające coraz to bardziej w gęstych zaroślach. Więc wzdychał ocean i coś szemrał. Może opowiadał o sławnych Nabrunadze, Hidejoszi i Jesasie, o pierwszym mikado Dżinmu-Tennie, potomku boskiej pary Suzana i Amaterazy? Może przypomniał sobie wspaniałego „Szoguna“[2] Joritoma, co to złoty wiek ustalił w kraju Wschodzącego Słońca? Może ostrzegał przed kroczącą klęską i fale swoje ciskał na skały Jenoszimy, przegradzającej mu drogę do odwiecznego wroga — dumnej Fudżi-Jamy, panującej nad górami i dolinami cichej, smętnej, umierającej od starości Kamakury.
Cały dzień spędziłem śród mogił, gdzie leżały szczątki wielkich myśli i śmiałych czynów, a gdy słońce zapadać zaczęło za Fudżi-Jamę, z sercem, przepełnionem cichym smutkiem i zrozumieniem znaczenia twórczej siły śmierci, wyszedłem znowu na drogę. Jakiś stary żebrak, z wielkim czarnym hieroglifem na białej szacie, oznaką odbytej pielgrzymki na szczyt świętej góry, wyciągnął do mnie czarną, pomarszczoną dłoń, a otrzymawszy jałmużnę, kiwnął głową i zapytał:
— Może zechcesz, synu, spojrzeć w oblicze Dajbutcy?
Skinąłem twierdząco i długo szedłem za żebrakiem, widząc przed sobą jego zgarbione plecy i trzęsącą się głowę.
Nareszcie wskazał mi na gaj ciemnych drzew, szepnął: „Tu...“ i odszedł.
Przeszedłem po dużych płytach jasnego piaskowca do małej bramki, wrzuciłem do skarbony kilka senów, usłyszałem sakramentalne „arigato“[3] białego bonzy i wstąpiłem pod cień drzew, gdzie już zapadał zmrok. Za drzewami znalazłem niewielką polanę, a na niej Tego, do którego dążą myśli Buddystów całej Azji, a także Europejczyków, znużonych bezładnym i okrutnym pościgiem za zjawą szczęścia na ziemi.
Na wzniesieniu, otoczony kadzielnicami, wazami z kwiatami ofiarnemi, siedział w lotosie olbrzym z bronzu. To był On — Sakkia-Muni, mędrzec z Gangesu, boski Budda-Gotama. Misterne fałdy szat objęły zamarłe w odwiecznym spokoju ciało, obnażając szeroką, prawie niewieścią pierś. Na potężnej, kształtnej szyi wysoko na tle gasnącego nieba wznosiła się głowa Nauczyciela. Spokojna, słodka twarz z opuszczonemi powiekami i uśmiechniętemi łagodnie ustami, które przed stuleciami wypowiedziały najgłębsze słowa przebaczenia, żyła. Wierzchołek głowy okrywały misternie odlane w bronzie ślimaki, miłosierne ślimaki, które w skwarny dzień otoczyły swemi zimnemi ciałami czoło Mędrca, aby ochronić go od płomiennych promieni słońca. Te ślimaki, zdawało się, zamarły na zawsze na boskiem czole, i tem bardziej żywą wydawała się twarz posągu. Nie mogłem odpędzić wrażenia, czy przeczucia, że drgną te łagodne usta, podniosą się ciężkie powieki i błysną pogodne, jasne, wszystko rozumiejące oczy.
Usiadłem na kamiennej ławce i patrzyłem w oblicze Tego, który gdzieś w dzikich, tajemniczych dolinach Himalajów wyrył na skale wielkie, dumne, pocieszające słowa:
„Możesz, człowieku, wznieść się wyżej od boga nieba — Indry; możesz upaść niżej od robaka, czołgającego się po ziemi bagnistej!“
Gdym przypomniał sobie pełne otuchy słowa mędrca Gotamy z książęcego rodu Sakia, ujrzałem, że wyraźniejszym się stał łagodny uśmiech ust ze starego, jak Kamakura, bronzu.
Tymczasem niewidzialne fale mroku, jak fale przypływu morskiego, bez szmeru nadbiegały zewsząd, otoczyły mnie, w czarną gazę owinęły rozłożyste magnolje i skryły na chwilę potężną postać Buddy-Dajbutcy. Lecz on zwalczył ciemność i wynurzył się z niej czarny, jeszcze większy, jeszcze potężniejszy...
Biały bonza zajrzał do mnie, zaniepokojony, że nie powracam. Brzęknęły dwie monety w dłoni sługi Buddy, skłonił się uprzejmie i rzekł:
— Tu się nigdy brama nie zamyka... nigdy...
— Jarosi! Dobrze! — powiedziałem.
Jeszcze raz skłonił się i odszedł.
Przez kilka minut na polance pozostawali niewzruszony niczem Budda, czarne, senne magnolje i Polak o miotającej się duszy. Lecz przyszedł ktoś jeszcze. Był to księżyc. Rzucił garść bladych, niebieskawych promieni, zajrzał i popłynął, porwany prądem wiecznego przeznaczenia i ładu.
Rozjaśniła się polanka, pociągnął powiew ciepłej bryzy i ocknęły się znużone, uśpione magnolje, a wtedy dziać się zaczęły dziwne rzeczy.
Cienie ruchome, chybkie i długie, błyski nieuchwytne, łudzące, na okamgnienie wżerające się w bronz posągu, przebiły się przez liście drzew, broniących Buddę od promieni nocnego żeglarza-księżyca, i ożywiły oblicze Mędrca.
Oblicze to zmieniało swój wyraz, jak gdyby wszystkie wrażenia i uczucia ziemi rzeźbiły je. Znikły łagodność i pogoda, przebaczenie i miłosierdzie; gniew i oburzenie, zgroza i surowość piętnowały oblicze boga. Podniosły się powieki ciężkie i błysnęły ogniem wielkiego wzruszenia piękne, głębokie, jak otchłań źrenice; umarł i roztopił się w metalu szczęśliwy uśmiech, usta wykrzywił gniew niepohamowany...
Siedziałem skulony, przejęty tą grą cieniów i błysków na twarzy posągu Dajbutcy, aż wstałem, a oczy od księżyca dłonią przysłoniłem i wpatrywać się jąłem w oblicze Nauczyciela z Gangesu.
Usta Buddy drgnęły i poruszyły się...
Nie wiem, czy to wiatr w tej chwili zaszeleścił liśćmi magnolji, czy z ust Dajbutcy padły słowa, jak szmer nieuchwytny:
— Biada, biada wam, krety ziemne, gady czołgające się! Oczy swe w ziemię utkwiliście, nie odważacie się podnieść ku niebu!...
Umilkł na chwilę, lecz znowu spochmurniał i szeptać zaczął:
— Zaiste powiadam, jeżeli duchem nie będziecie dążyć do potęgi Indry, siłą rąk i pomysłem mózgu niczego nie dokonacie. Powiew wiatru, bałwan morski, struga ognistej lawy, wstrząsający ziemią szatan, wielki a potężny zbrodniarz, wyroków Karmy bezwiednie dokonywujący, zburzy pychę waszą, dobytek rąk i mózgu waszego i życie wasze zdmuchnie, jak gasi płomień świeczki ofiarnej dech tajfunu... Biada wam...
— Co czynić, Nauczycielu ludów? — rzuciłem mimowoli ciche pytanie i czekałem na odpowiedź z namiętną nadzieją.
— Ofiarność i czystość... czystość ducha i ciała... — popłynął z falującym od światła księżycowego powiewem i umarł w cieniu czarnych magnolij gorący, pełen rozkazu i siły szept...
Księżyc stanął w zenicie. Wszystko dokoła zbielało i srebrem połyskiwać zaczęło. Przede mną wznosił się srebrny, potężny Budda-Dajbutca. Ciężko opadły mu powieki na niewidzialne oczy; uśmiech, umierający przez wieki, rozchylił piękne niewieście wargi bóstwa; nieruchomo, w niezamąconym spokoju leżały ręce i chłodziły mądre czoło miłosierne ślimaki z bronzu.
Budda-Dajbutca spoczywał, wielki, niewzruszony...
Przestały śpiewać cykady. Wszystkie szmery ucichły.
Gdzieś zegar wybił północ...
Długo patrzyłem w oblicze Buddy, żegnając go, być może, na zawsze...


Przypisy

  1. Wieśniak.
  2. Szogun — namiestnik cesarza.
  3. Arigato — dziękuję.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.