Jutro (Ossendowski, 1928)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Jutro (Ossendowski, 1928)
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
JUTRO...
„Dlaczego zawsze kryjesz oblicze swoje, tajemnicze jutro? Czyż nigdy go nie odsłonisz, aby ujrzały je zawczasu oczy śmiertelników?

Dlaczego nie wiemy, czy słońce, wschodzące po długiej, pełnej nadziei nocy, oświeci twe piękne, łagodne oblicze, czy też wyłoni z mroku straszliwą, potworną twarz, wykrzywioną zgrozą? Dlaczego?
O, gdybyśmy wiedzieli to jutro, ileż chwil bezpowrotnych przeżylibyśmy promiennie i rozkosznie! A może...
A może to miłosierna Kwan-Non narzuciła na twoje oblicze, nieznane jutro, czarną płachtę tajemnicy, aby śmiertelni płonęli w radosnym ogniu nadziei, potęgowali rozkosz pożądania?
Może...
W każdym razie bądź błogosławione, jutro, bo niesiesz ze sobą albo szczęście, albo ulgę w nieszczęściu, już dziś przeżytem i znanem, albo śmierć — zapomnienie!“
Tak myślała młodziutka musme, Tinino Gosari, zbliżając się do „Złotej Świątyni“.
Weszła na najwyższe piętro i usiadła przy balustradzie, zwisającej nad dużym, głębokim stawem. Spojrzawszy przed siebie, poprzez wierzchołki drzew ujrzała całą Jokohamę: morze domków bambusowych, masywy murowanych gmachów europejskich, wieże kościołów chrześcijańskich i fantastyczne dachy świątyń szinto, [1] trochę na lewo, jak olbrzymia niebieska kropla, leżało, przepojone promieniami słońca, morze. Cichy, a groźny i potężny szmer dolatywał od morza, bo to był nigdy, ani w dzień, ani w nocy nie milknący głos oceanu. Nie ruszały się liście na drzewach, nie latały ptaki, nie szumiał najlżejszy powiew wiatru, żaden odgłos życia nie dochodził do krużganków Złotej Świątyni, porzuconej przez niewidzialnych bogów i przez bogów z bronzu, kości słoniowej lub tajemniczego, trwałego jak nefryt hinoku.[2] Coś się zaczaiło w powietrzu, pod białemi obłokami i w parnym cieniu drzew. Cisza przerażała i budziła złe wróżby, przeczucia i niewysłowioną, ledwie odczuwaną tęsknotę.
Żeby zrzucić z siebie ciężar przeczucia zbliżającego się nieszczęścia, musme zaczęła przyglądać się wodzie. Jakąś żywiołową miłością kochała ten staw. Tyle wspomnień łączyło ją z nim. Tu, na brzegach zarośniętych irysami i szmaragdowo-zielonemi bananami bawiła się, gdy była małem dzieckiem, później z książką przechadzała się ścieżkami, otoczonemi malowniczemi zwałami skał, pokrytych dziwacznemi kaktusami i karłowatemi cedrami; gdy była podlotkiem, tu, przy tym stawie, spotkała po raz pierwszy pięknego, porywającego Genzo Adaszi, słuchała jego barwnych opowieści o dalekich krajach Europy i Ameryki; tu poznała miłość, ten piękny, gorący kwiat serca...
Przed paru miesiącami tu żegnała Genzo Adaszi, który odpłynął na swoim statku gdzieś naokoło Afryki do Europy. Dziś otrzymała od niego depeszę:
„Jutro czekaj na mnie w Złotej Świątyni!“...
Cały dzień i całą noc czekała tego jutra! Godziny ciągnęły się niby stulecia, sen odbiegał od powiek, myśl była pochłonięta tylko „jutrem“.
Widziała ogorzałą na ciemny bronz suchą twarz marynarza, jego bystre, nawykłe do patrzenia w dal oczy i białe, połyskujące w zawsze wesołym uśmiechu zęby. Słyszała muzykę jego głosu, głębokiego, pełnego rzewności i zdrowej, figlarnej zaczepności. Czuła mocny uścisk jego silnej, drobnej dłoni... a jutro wciąż nie przychodziło! Nareszcie przyszło i oto siedzi musme na terasie, na „ich“ miejscu, gdzie spędzili tyle miłych, szczęśliwych, niezapomnianych chwil upojenia i promiennej wiary w piękną przyszłość.
Opuściła oczy na powierzchnię stawu. Zdawało się, że nic się tu nie zmieniło. Tak samo pływały, niby z zielonej, polerowanej laki wycięte liście nenufarów i bielały ich zimne, woskowe kwiaty o złotych sercach; wysoko podnosiły się na długich mocnych łodygach święte, ukochane przez Buddę-Gotamę lotosy, uwieńczone białemi, żółtemi i różowemi kwiatami; kobierce malachitowej rzęsy wodnej lśniły się na słońcu. Wszystko było po staremu, a jednak...
Musme drgnęła, gdyż zimne, trwożne przeczucie ścisnęło jej serce.
Zdziwiło ją, że nie widziała dotąd żadnej złotej rybki... Zwykle pływały tu całemi stadami, uwijając się wszędzie, goniąc się wzajemnie, lub zbierając pożywienie z liści nenufarów i z pędów lotosów. Teraz pochowały się wszystkie i piękny staw wydał się jej martwym, osieroconym...
Tinino położyła główkę na dłonie wypieszczonych rąk i zamyśliła się głęboko.
Obudził ją głuchy huk, który wstrząsnął świątynią i zmusił drzewa kołysać się i zginać pod uderzeniami niewidzialnego wichru. Zaszumiały trwożnie liście, z przeraźliwem krakaniem przeleciało kilka czarnych kruków, drobne fale biec zaczęły i marszczyć powierzchnię stawu.
Huk jeszcze silniejszy wstrząsnął powietrzem. Wszystko dokoła zadygotało i zakołysało się. Z pluskiem stoczył się do stawu duży głaz, leżący na pagórku z małą kapliczką. Brzękły i prysnęły barwne szkiełka w oknach świątyni. Przerażone głosy przechodniów, zmieszany, ciągle rwący się na strzępy ryk tłumu dolatywać zaczęły z miasta.
Tymczasem głuche, a coraz potężniejsze uderzenia częściej i silniej wstrząsać zaczęły ziemią. Obsunęła się i runęła mała kapliczka na pagórku i zawalił się stary portyk-tori, stojący na brzegu; z hukiem gruchnęła murowana brama parku, a słup kurzawy podniósł się wyżej drzew...
Drżała i miotała się ziemia, jak gdyby legjony złych a silnych szatanów rozsadzało jej czarną pierś, walcząc o swoją wolność. Nagle cały staw z wodą, rybami, nenufarami i lotosami wciągnęła w otwierającą się otchłań ziemia, połknęła bez śladu, a po chwili wypluła z powrotem, zmięszawszy muł, wodę i kamienie z trupami ryb i szczątkami zmiażdżonych roślin.
Nie mając sił podnieść się, przerażona, odrętwiała patrzyła musme szeroko otwartemi oczami przed siebie. Półprzytomna dojrzała jeszcze walące się drzewa i majaczące w oddali wysokie budynki, miotające się nad miastem potworne języki płomieni, słupy czarnych dymów, ocean, pokryty ciemnemi bałwanami o białych, rozwianych w szalonym pędzie grzywach. Trzask walących się gmachów, syczenie ognia, huk podziemnych uderzeń, ryk morza, krzyki, wycie, płacz, tupot nóg setek tysięcy uciekających naoślep ludzi ogłuszyły musme i pozbawiły resztek przytomności i siły.
Nie ruszyła się z miejsca i patrzyła nieprzytomnie na powolnie zsuwający się wprost na terasę okap ciężkiego dachu i, z pewnością, długo jeszcze leżała ze zdziwionemi i przerażonemi oczami na dnie stawu pod gruzami Złotej Świątyni, aż znikać zaczęła, jako ciało, posiadające kształty ludzkie, jako istota, która niegdyś marzyła, wierzyła, płonęła w promieniach nadziei i kochała, nieopatrznie czekając na zdradliwe tajemnicze „jutro“.
Ale to „jutro“ zgubiło olbrzymią Jokohamę, rozmiotło ją w gruzy, ogniem zatarło ślady miasta, a później rzuciło rozszalałe, rozhukane bałwany morskie, aby zmyły jego zbrodnię.
Znikły w czeluściach ziemi, w łonie oceanu, w wichurze płomieni świątynie, pałace, potężny port, dobytek setek pokoleń, skarby całego narodu i jedną malutką, niedostrzegalną kroplą w tym kielichu męki, łez i bólu było życie młodej musme, zdmuchnięte, jak słaby płomyk wonnej, różowej świeczki ofiarnej...


Przypisy

  1. Szinto — kult przodków.
  2. Hinoku — święte drzewo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.