Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rozdział VII.

Interesy nasze szły z dnia na dzień gorzej; długi rosły, czas biegł szybko. Byłem już pełnoletnim a wciąż jeszcze, jak przepowiedział Herbert, tajemnica mego losu nie odsłaniała się.
Herbert o ośm miesięcy wcześniej niż ja uzyskał pełnoletniość. Ponieważ to zdarzenie nie sprowadzało żadnej istotnej zmiany w jego położeniu, nie wywarło zatem żadnego wrażenia w hotelu Bernarda. Ale dnia mego urodzenia oczekiwaliśmy z mnóstwem nadziei i najniemożebniejszych przypuszczeń, bo obaj byliśmy przekonani, że mój opiekun musi z tego powodu oznajmić mi coś stanowczego.
Starałem się, o ile można, aby wszyscy moi blizcy wiedzieli, kiedy będzie rocznica mych urodzin. We wilię otrzymałem urzędowe oznajmienie od Uemnika, zawiadamiająca mnie, że pan Dżaggers chciałby mnie widzieć nazajutrz, około piątej po południu. To mnie ostatecznie przekonało, że musi się stać coś bardzo ważnego. Ze drżeniem i niezwykłem wzruszeniem udałem się następnego dnia o oznaczonej godzinie do opiekuna.
W pierwszym pokoju spotkałem i przywitałem się z Uemnikiem; rozmawiając ze mną, według zwyczaju potarł sobie nos kartką, której wygląd bardzo mi się podobał. Ale ani słowa nie powiedział o niej, tylko wskazał głową drzwi, prosząc abym wszedł do gabinetu opiekuna. Był to listopad i pan Dżaggers stał przy kominku, oparty plecami o gzyms, z rękami założonemi pod fałdy fraka.
— No, Pip, od dziś trzeba cię nazywać panem Pipem. Witam pana.
Uścisnęliśmy sobie ręce, podziękowałem mu.
— Proszę, niech pan siada.
Usiadłem; stał w dawnej pozycyi i tylko poruszając brwiami, uparcie patrzył na swe obuwie. Było mi nieprzyjemnie; opanowało mnie uczucie, jakiemu niegdyś dawno ulegałem, gdy więzień posadził mnie na płycie grobowca. Straszne odlewy na ścianach zdawały się czynić usilne starania, aby podsłuchać rozmowę.
— No, kochany — zaczął opiekun, zwracając się do mnie, jakbym był świadkiem i zasiadał na ławie sądowej — chciałbym powiedzieć panu parę słów.
— Słucham zatem.
— Jak pan przypuszcza, jak wielkie są pańskie wydatki?
— Jak wielkie moje wydatki?
— Jak wielkie pańskie wydatki — powtórzył, patrząc na sufit.
W ostatnich czasach tak często zajmowałem się sprawdzeniem rachunków, że zupełnie straciłem głowę i nie mogłem odpowiedzieć na to. Powtórzyłem to opiekunowi. Odpowiedź zdaje mi się, podobała mu się.
— Tak myślałem, — zauważył.
— No, mój drogi, ja zadałem jedno pytanie. Czy pan nie ma chęci zadać mi jakichś pytań?
— Naturalnie, radbym zadać nawet niejedno, ale pamiętam warunek.
— Zadaj jedno.
— Czy nie odkryje mi się dziś mój dobroczyńca?
— Nie. Zadaj drugie.
— Czy prędko wyjaśni się tajemnica?
— Zostaw to pytanie chwilę na boku i spytaj o co innego.
Pomyślałem. Pozostawała jeszcze tylko jedna wątpliwość.
— Czy otrzymam dziś cokolwiek?
Na to pytanie pan Dżaggers odpowiedział tryumfująco:
— Myślałem, że na tem się skończy!
Wezwał Uemnika i polecił mu podać sobie znany mi papier. Uemnik podał i zaraz odszedł.
— No, panie Pip, zechciej pan teraz posłuchać. Bez rachunku brałeś pan stąd pieniądze; nazwisko pańskie często widnieje w księdze wydatków, ale niewątpliwie narobiłeś pan poza tem długów?
— Niestety, muszę przyznać, że „tak“.
— Naturalnie musisz pan przyznać, że „tak“, bez wątpienia.
— Tak, panie.
— Nie pytam, wiele pan masz długów, bo pan sam tego nie wiesz, a jeślibyś pan nawet wiedział, z pewnością powiedziałbyś pan inną sumę. Tak, tak mój drogi — ciągnął, widząc, że zamierzam protestować i dając mi znak ręką, bym milczał. — Zdaje się panu, żebyś tego nie zrobił, ale napewnobyś pan to uczynił. Wybacz mi, znam się na tem lepiej. No, weź pan tę kartkę. Wziąłeś ją? Dobrze. Powiedz mi teraz, co to jest!
— Bankowy bilet na pięćset funtów.
— Bankowy bilet na pięćset funtów. To niezła sumka — jak pan myśli?
— Czyż mogę myśleć co innego?
— Nie, nie, niech pan wprost odpowie.
— Czyż można o tem wątpić?
— A więc uważa pan tę sumę niewątpliwie za znaczną. Należy ona do pana. To prezent dla pana w dniu dzisiejszym w dowód spełniania się pańskich nadziei. Takim będzie pański dochód roczny aż do chwili, w której dobroczyńca pański zdecyduje się odkryć. Sam pan weźmie obecnie w swe ręce interesy, tylko co kwartał będzie pan odbierał od Uemnika sto dwadzieścia pięć funtów; wszystko to do chwili, w której będziesz pan miał do czynienia z samym sprawcą swego stanu a nie z jego pełnomocnikiem. Mówiłem już panu, że jestem tylko jego pełnomocnikiem. Postępuję według danych mi poleceń i odbieram za to płacę. Uważam to postępowanie za nadzwyczaj niemądre, ale mnie nie za to płacą, abym sądził, czy zlecenia są mądre, czy niemądre.
Zacząłem coś prawić o swej wdzięczności dla dobroczyńcy za jego szczodrość, ale Dżaggers zatrzymał mnie, mówiąc zimno:
— Nie płacą mi za to, abym im oznajmiał pańskie słowa.
Poprawił fałdy fraka i znów nasępiwszy brwi zaczął obserwować trzewiki.
Po chwili rzekłem:
— Zadałem panu jedno pytanie a pan polecił mi poczekać. Sądzę, że nie zrobię nic niedorzecznego, jeśli je powtórzę.
— Cóż to było?
— Nie wie pan, czy mój dobroczyńca prędko... — tu zaciąłem się.
— Cóż prędko? To jeszcze nie pytanie.
— Czy prędko przyjedzie do Londynu? Lub wezwie mnie do siebie?
— No, widzi pan, teraz muszę przypomnieć panu ów wieczór, gdyśmy po raz pierwszy się spotkali. Co panu wówczas powiedziałem?
— Powiedział pan, że może mój dobroczyńca wyjawi się za parę lat.
— Właśnie, oto moja odpowiedź.
Popatrzyliśmy sobie w oczy. Czułem, że oddech mój stawał się szybszym w miarę pragnienia dowiedzenia się czegoś od niego. Ale widziałem zarazem, że zauważył me drżenie i znikła nadzieja rozjaśnienia tajemnicy.
— Czy pan sądzi, że i teraz trzeba będzie na to czekać lat parę?
Pan Dżaggers pokręcił głową, ale odrzucał tem nie samo pytanie, tylko wogóle możliwość doczekania się od niego odpowiedzi.
— Poczekaj! Powiem ci wprost, mój przyjacielu, że nie wolno ci nawet o to mnie pytać. Zrozumiesz to jeszcze lepiej, jeśli ci oznajmię, że to pytanie może wprawić mnie w kłopot. Poczekaj! Pójdę dalej i powiem ci coś jeszcze.
Oglądając buty tak nizko się pochylił, że mógł potrzeć swe łydki.
— Kiedy wyjawi się panu pański dobroczyńca — rzekł, prostując się — wtedy już będziesz pan załatwiał z nim swe sprawy. Kiedy się wyjawi, moje obowiązki się skończą. Kiedy się wyjawi, nie będę miał nic z panem do roboty. To wszystko, co miałem panu powiedzieć.
Spojrzeliśmy na siebie i opuściłem oczy.
Z ostatnich jego słów wywnioskowałem, że pani Chewiszem z jakiegoś powodu, a może i bez powodu, nie wtajemniczyła Dżaggersa, że przeznacza dla mnie Estellę; był więc z tego niezadowolony, zazdrościł mi, czy może otwarcie sprzeciwiał się tym planom i nie chciał mieć z nimi do czynienia. Podniósłszy oczy, spostrzegłem, że przez cały ten czas nie spuszczał ze mnie swego przenikliwego wzroku.
— Jeśli to wszystko, co mi miał pan powiedzieć, to nie mam nic więcej do dodania.
Kiwnął głową na znak zgody i wyjąwszy zegarek — grozę wszystkich złodziei — zapytał, gdzie mam zamiar jeść obiad? Odrzekłem, że „w domu z Herbertem“. Z grzeczności prosiłem go, aby zaszczycił nas swą obecnością, a on natychmiast się zgodził. Ale nalegał, abym szedł z nim, bojąc się, bym nie zechciał z jego powodu przysparzać sobie zbytecznych wydatków. Miał jeszcze napisać dwa, czy trzy listy i oczywiście umyć sobie ręce. Obiecałem poczekać chwilę z Uemnikiem.
Chodziło o to, że gdym poczuł w kieszeni pięćset funtów, błysnęła mi myśl, która już nieraz przychodziła mi i zdawaio mi się, że Uemnik właśnie jest człowiekiem, którego możnaby się było w tym względzie poradzić.
Już zamierzał odejść, zamknął kasę, opuścił biurko, postawił obie świece ze szczypcami na półeczce koło drzwi, aby je razem zgasić, zagarnął węgle na kominku, przygotował kapelusz i palto i stał, uderzając się kluczem w piersi, czyniąc coś w rodzaju ćwiczenia gimnastycznego po tylu godzinach pracy nad stołem.
— Panie Uemnik, chciałbym się pana poradzić; chciałbym pomódz przyjacielowi.
Uemnik zacisnął wargi i milcząc pokręcił głową, jakby dawał do zrozumienia, że nawet nie wypowie swego zdania o tak zgubnej słabości.
— Ten przyjaciel stara się uzyskać majątek na rynku handlowym i bardzo mu trudno rozpoczynać bez kapitału. No i dlatego chciałbym mu pomódz.
— Pieniędzmi? — sucho spytał Uemnik.
— Po części pieniędzmi — odpowiedziałem i przyszła mi na myśl wielka paczka rachunków, leżąca u mnie w domu. — Po części pieniędzmi, po części swemi nadziejami.
— Panie Pip, radbym przeliczyć z panem na palcach wszystkie mosty na Tamizie. Londyński — raz; Santworski — dwa; Blakfajerski — trzy; Waterlooski — cztery; Westminsterski — pięć; Woksolski — sześć — odliczał te mosty, uderzając kluczem po dłoni. — Jak pan widzi, jest akurat sześć, niech pan wybierze najdogodniejszy dla siebie.
— Nie rozumiem pana.
— Niech pan sobie wybierze, który z tych mostów i pójdzie przespacerować się po nim, zatrzyma się przy poręczy i rzuci pieniądze do Tamizy, ot i koniec. Jeśli pan da pieniądze przyjacielowi, także pan z niemi skończy! A nawet będzie przytem mniej korzyści i zadowolenia.
Mówiąc to, szeroko otworzył usta.
— Jednakże to nie pocieszające.
— Dlatego też powiedziałem.
— A więc pańskiem zdaniem człowiek nigdy nie powinien...
— Dawać drugiemu ruchomego majątku? Naturalnie, że nie, chyba że chce się od niego uwolnić i to jeszcze pytanie, wiele może poświęcić.
— I to pańskie przekonanie, panie Uemnik?
— Takie jest moje przekonanie tu w kancelaryi.
— Aha! Ale czy będzie takiem w Uolworcie?
— Panie Pip, Uolwort swoją drogą, kancelarya swoją drogą. Zupełnie jak mój ojciec jedno, Dżaggers drugie. Nie można ich mieszać. Moje uolworckie przekonanie można poznać tylko w Uolworcie, a tu poznaje pan tyiko moje urzędowe przekonanie.
— Dobrze, dobrze — rzekłem, czując, że ciężar zwalił mi się z piec. — W takim razie napewno odwiedzę pana w Uolworcie, może pan być pewny.
— Serdecznie proszę.
Przez cały czas rozmawialiśmy półgłosem, wiedząc, jak czułym jest słuch pana Dżaggersa. Obecnie pokazał się we drzwiach z ręcznikiem w rękach, a Uemnik natychmiast włożył palto i zgasił świece. Wyszliśmy we trójkę, ale na rogu rozdzieliliśmy się; Uemnik poszedł w swoją stronę, ja z Dżaggersem w swoją.
Nieraz tego wieczoru żałowałem, że pan Dżaggers nie ma w Gerard-strit ani ojca, ani armaty, słowem nikogo i niczego, coby mogło rozchmurzyć jego zasępione brwi. Niezbyt przyjemną była dla mnie świadomość, że moja obecność nie rozjaśniła tej mrocznej atmosfery wiecznego śledzenia i podejrzeń, jaką otoczył mnie pan Dżaggers. Był tysiąc razy mędrszy i lepiej wychowany niż Uemnik, ale mimo to tysiąc razy wolałbym mieć Uemnika na obiedzie. I nie na mnie samego wywarł on takie przygnębiające wrażenie, bo gdy wyszedł, Herbert patrząc w ogień, rzekł mi, że czuje, jak gdyby kiedyś, bardzo dawno, spełnił przestępstwo i zupełnie o niem zapomniał, a teraz dopiero zaczynają go dręczyć wyrzuty sumienia.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.