Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeszcze raz przede mną podniosła się mgła. Mogę stwierdzić, iż się nie mylili, dając mi poznać, że jestem tu po raz ostatni i że Biddi miała słuszność.






Rozdział VII.

Interesy nasze szły z dnia na dzień gorzej; długi rosły, czas biegł szybko. Byłem już pełnoletnim a wciąż jeszcze, jak przepowiedział Herbert, tajemnica mego losu nie odsłaniała się.
Herbert o ośm miesięcy wcześniej niż ja uzyskał pełnoletniość. Ponieważ to zdarzenie nie sprowadzało żadnej istotnej zmiany w jego położeniu, nie wywarło zatem żadnego wrażenia w hotelu Bernarda. Ale dnia mego urodzenia oczekiwaliśmy z mnóstwem nadziei i najniemożebniejszych przypuszczeń, bo obaj byliśmy przekonani, że mój opiekun musi z tego powodu oznajmić mi coś stanowczego.
Starałem się, o ile można, aby wszyscy moi blizcy wiedzieli, kiedy będzie rocznica mych urodzin. We wilię otrzymałem urzędowe oznajmienie od Uemnika, zawiadamiająca mnie, że pan Dżaggers chciałby mnie widzieć nazajutrz, około piątej po południu. To mnie ostatecznie przekonało, że musi się stać coś bardzo ważnego. Ze drżeniem i niezwykłem wzruszeniem udałem się następnego dnia o oznaczonej godzinie do opiekuna.