Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tury! Bądź łaskawa już więcej o tem nie mówić. Nie mogę znieść tego.
Przy kolacyi siedziałem z daleka od Biddi a idąc spać, pożegnałem ją tak zimno i poważnie, jak tylko mogłem, mając wciąż na myśli, cmentarz i wszystkie przejścia dnia. Za każdym razem, gdym się budził w nocy — a budziłem się co kwadrans, — rozmyślałem, jak złośliwie i niesprawiedliwie Biddi mnie obraziła.
Miałem jechać nazajutrz rano. Wstałem wcześnie, niezauważony wyszedłem z domu i zajrzałem przez jedną z drewnianych okiennic do kuźni. Kilka chwil patrzyłem na Józefa; był już przy pracy, z twarzy jego widniały siła i zdrowie.
— Żegnaj, drogi Józefie! Nie, nie, nie obcieraj ręki, podaj mi zasmoloną rękę. Wkrótce znowu przyjadę i często już będę przyjeżdżał.
— Nigdy niedość prędko — nigdy nie za często.
Biddi oczekiwała mnie w drzwiach kuchni z kubkiem mleka i kawałkiem chleba.
— Biddi, — rzekłem, podając jej rękę na pożegnanie — nie gniewam się i nie jestem rozgoryczony.
— Niech się pan nie rozgorycza — prosiła z uczuciem — niech już pan mnie zostawi całą gorycz, jeślim była niesprawiedliwa.