Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Prawda, nie można się go nachwalić. Nieraz będziemy jeszcze wracali do tego przedmiotu dlatego, że odtąd będę często przyjeżdżał i nie zostawię biednego Józefa w osamotnieniu.
Nic nie odpowiedziała.
— Biddi, czyż mnie nie słyszysz?
— Słyszę, panie Pip.
— Nie mówiąc już o tym „panu“, którym mnie zupełnie niewłaściwie tytułujesz. Cóż przez to chcesz powiedzieć?
— Co chcę przez to powiedzieć?
— Biddi, proszę cię, wytłómacz mi, co to wszystko znaczy?
— To wszystko?
— No, nie powtarzaj mych słów. Nie miałaś poprzednio tego nawyknienia.
— Jakże nie miałam! I to jeszcze jak!
Już myślałem, czyby i tej rozmowy nie przerwać. Obszedłszy w milczeniu cały sad, wróciłem do poprzedniej rozmowy.
— Biddi. Powiedziałem, że będę często odwiedzał Józefa, a tyś pominęła te słowa umyślnem milczeniem. Objaśnij mię, proszę, dlaczego?
— Czy pan wierzy w to, że rzeczywiście będzie pan często go odwiedzał? — rzekła, zatrzymując się na skrzyżowaniu ścieżek i patrząc na mnie swemi jasnemi, dobremi oczami.
— Biddi! — To już zła strona ludzkiej na-