Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Biedaczka nawet nie podniosła głowy. Po godzinie złożyliśmy ją na poduszki, już nie żyła.
Biddi zapłakała; sad, drożyna i gwiazdy, błyskające na niebie zakręciły mi się w oczach.
— Nic szczególnego nie poznali?
— Nie.
— Nie wiesz, co się stało z Orlikiem?
— Sądząc po jego ubraniu, pracuje prawdopodobnie gdzieś przy koniach.
— Czyś go widziała wówczas? Dlaczego tak uparcie patrzysz na to ciemne drzewo w alei?
— Tam go widziałem tej nocy, kiedy umarła.
— I to było po raz ostatni?
— Nie, dopiero co widziałam go tam, kiedyśmy się przechadzali. Ale niech się pan nie boi — ciągnęła, widząc, że chcę biedź w tę stronę, zatrzymując mnie — wie pan, że nie chciałabym pana oszukiwać, był tam przed minutą i już znikł.
Byłem wściekły na myśl, że ten człowiek nie przestaje jej prześladować i czułem do niego złość, dochodzącą do szaleństwa. Powiedziałem to i dodałem, że nie pożałuję ni pieniędzy, ni trudów, byle usunąć go z okolicy. Powoli uspokoiła mnie i zaczęła mówić o tem, jak Józef mnie kocha i na nic nigdy się nie żali (nie powiedziała, że na mnie, ale to było i bez tego zrozumiałem) i jak to los swój znosi z poddaniem się przy pracy.