Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nadzieję, że będę pracowitą i cierpliwą, a ucząc innych, będę się sama uczyła. Wiesz, panie Pip, że nowe szkoły nie takie, jak dawniej; ale dotychczas zdołałam wiele skorzystać od pana i miałam dość czasu, aby się wykształcić.
— Widzę, że mogłabyś we wszystkich okazyach wyjść zwycięsko.
— Prócz opanowania złej strony natury ludzkiej.
Nie była to wymówka, lecz raczej myśl głośno wypowiedziana.
„No — pomyślałem — „lepiej zaniechać i tej rozmowy.“
Szedłem parę kroków, w milczeniu spoglądając na jej spuszczone powieki.
— Biddi, dotychczas nie słyszałem o szczegółach śmierci siostry.
— Biedaczka! Miała atak — muszę dodać, że w ostatnich czasach ataki te były bardzo słabe — przeciągnął się cztery dni; czwartego pod wieczór, w porze herbaty, obudziła się i zupełnie świadomie powtórzyła: „Józef!“ Ponieważ nie wymawiała już ani słowa, natychmiast pobiegłam do kuźni po Józefa. Kiedy przyszedł, siostra pańska poprosiła znakami, aby usiadł w pobliżu i aby założył jej ręce wokół jego szyi. Tak uczyniłam, a ona oparła na nim głowę i zdawało się, że była z tego bardzo rada. Wówczas znów powtórzyła „Józef“ a potem „przebacz“, wreszcie: „Pip!“