Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


doniosłość tego zwycięstwa nad sobą. Pod wieczór, kiedy już ściemniało, udało mi się pójść do sadu z Biddi, tam zawiązaliśmy rozmowę:
— Biddi, zdaje mi się, że mogłaś napisać do mnie o tem, co się stało.
— Tak pan myśli? Naturalnie, że napisałabym, o ilebym wiedziała, jak pan to przyjmie.
— Właśnie chciałbym zrobić ci wymówkę, bo według mnie można się było tego domyślić.
— Tak pan sądzi, panie Pip?
Była tak spokojna, tak miła i dobra, że nie chciałem doprowadzać jej do łez. Popatrzywszy przez chwilę na jej spuszczone oczy, zdecydowałem się zmienić rozmowę.
— Biddi, moja droga, myślę, że obecnie byłoby niestosownem, gdybyś tu pozostała.
— Tak, panie Pip, nie mogę tu zostać — rzekła tonem żałosnym, ale stanowczo. — Już mówiłam z panią Hobl i jutro przeniosę się do niej; myślę, że we dwie będziemy mogły opiekować się panem Hardżeri, dopóki się cokolwiek nie uspokoi.
— Z czegóż będziesz żyła Biddi? Jeśli w dzień będziesz zajmować się......
— Z czego będę żyła? — powtórzyła Biddi i żywy rumieniec oblał jej twarz. Zaraz, panu Powiem. Szukam miejsca nauczycielki w nowej szkole, którą właśnie otwierają we wsi. Wszyscy sąsiedzi dobrze mnie polecą i mam