Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


na miejsce, aby widzieć nas z najwygodniejszych miejsc. W tych razach niektóre z nich, widząc nas z za jakiegoś rogu, w zachwycie wołały: „Idą! idą! Zaraz tu będą!“ — i omal nie przyjmowały nas okrzykami radości. Wstrętny Pembelczuk, kroczący za mną, dokuczał mi przez cały czas. Co chwila poprawiał rozwiewającą krepę mego kapelusza lub fałdy mego ubrania. Bardzo bawiła mnie nadętość i próżność państwa Hoblów z tego, że uczestniczą w tak ważnej ceremonii.
Wreszcie przed nami ukazały się moczary, za nami rzeka, z której jakby wyrastały parowce; weszliśmy na cmentarz i skierowaliśmy się prosto do mogił nieznanych mi rodziców: Filipa Pirripa i Georginy. Tu spuszczono zwolna siostrę do ziemi. Skowronki cudnie śpiewały, krążąc pod niebem, a lekki wietrzyk poruszał listki drzew, rzucających przejrzysty cień na świeżą mogiłę.
Kiedy już wszyscy rozeszli się do domów zasiedliśmy do obiadu; obiad był zimny, a jedliśmy nie w kuchni tylko w pokoju bawialnym. Kiedyśmy wreszcie skończyli, namówiłem Józefa, by zapalił fajkę, wyszliśmy z domu i usiedli na wielkim kamieniu; teraz dopiero byliśmy trochę szczersi i mniej ceremonialni.
Bardzo ucieszył się, żem go poprosił o pozwolenie spędzenia nocy w dawnej izdebce i ja również byłem rad, bom uczuwał całą