Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy kochany pan pozwoli?
Nie czekając odpowiedzi zaczął ściskać mi ręce. — Nadszedł wreszcie czas „odwiezienia ciała“ i Trebb zaczął ustawiać nas w najnieprzyjemniejszy sposób.
— Według mnie, Pip — szepnął Józef — o wiele lepiejby było, gdybym ja sam odniósł ją do kościoła, z dwoma lub trzema przyjaciółmi, którzyby pomogli z dobrego serca; tak, ale mówią, że sąsiedzi poczytaliby to za niedostateczne uczczenie.
— Chustki wyjąć, razem! — zawołał przygłuszonym, lecz stanowczym głosem, pan Trebb. — Chustki wyjąć! Wszystko gotowe!
Przyłożyliśmy wszyscy chustki do twarzy, jakby szła nam krew z nosa i wyszliśmy z pokoju dwójkami: ja z Józefem, Biddi z Pembelczukiem i pańswo Hoblowie. Tymczasem zwłoki biednej siostry wyniesiono dookoła kuchennemi drzwiami. Zwyczaj wymagał, aby sześciu nieszczęśliwych tragarzy, niosących trumnę, dusiło się pod brzydką kapą z czarnego aksamitu z białem bramowaniem. Cały ten przedmiot wyglądał na jakieś dziwadło, sunące się i potykające na dwunastu ludzkich nogach, poprzedzane przez pocztyliona i jego towarzysza.
Sąsiedzi jednakże byli zadowoleni tą ceremonią; cała wieś zachwycała się wspaniałością pochodu. Dzieci przebiegały z miejsca