Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chać. Bez rachunku brałeś pan stąd pieniądze; nazwisko pańskie często widnieje w księdze wydatków, ale niewątpliwie narobiłeś pan poza tem długów?
— Niestety, muszę przyznać, że „tak“.
— Naturalnie musisz pan przyznać, że „tak“, bez wątpienia.
— Tak, panie.
— Nie pytam, wiele pan masz długów, bo pan sam tego nie wiesz, a jeślibyś pan nawet wiedział, z pewnością powiedziałbyś pan inną sumę. Tak, tak mój drogi — ciągnął, widząc, że zamierzam protestować i dając mi znak ręką, bym milczał. — Zdaje się panu, żebyś tego nie zrobił, ale napewnobyś pan to uczynił. Wybacz mi, znam się na tem lepiej. No, weź pan tę kartkę. Wziąłeś ją? Dobrze. Powiedz mi teraz, co to jest!
— Bankowy bilet na pięćset funtów.
— Bankowy bilet na pięćset funtów. To niezła sumka — jak pan myśli?
— Czyż mogę myśleć co innego?
— Nie, nie, niech pan wprost odpowie.
— Czyż można o tem wątpić?
— A więc uważa pan tę sumę niewątpliwie za znaczną. Należy ona do pana. To prezent dla pana w dniu dzisiejszym w dowód spełniania się pańskich nadziei. Takim będzie pański dochód roczny aż do chwili, w której dobroczyńca pański zdecyduje się odkryć. Sam pan