Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w piersi, czyniąc coś w rodzaju ćwiczenia gimnastycznego po tylu godzinach pracy nad stołem.
— Panie Uemnik, chciałbym się pana poradzić; chciałbym pomódz przyjacielowi.
Uemnik zacisnął wargi i milcząc pokręcił głową, jakby dawał do zrozumienia, że nawet nie wypowie swego zdania o tak zgubnej słabości.
— Ten przyjaciel stara się uzyskać majątek na rynku handlowym i bardzo mu trudno rozpoczynać bez kapitału. No i dlatego chciałbym mu pomódz.
— Pieniędzmi? — sucho spytał Uemnik.
— Po części pieniędzmi — odpowiedziałem i przyszła mi na myśl wielka paczka rachunków, leżąca u mnie w domu. — Po części pieniędzmi, po części swemi nadziejami.
— Panie Pip, radbym przeliczyć z panem na palcach wszystkie mosty na Tamizie. Londyński — raz; Santworski — dwa; Blakfajerski — trzy; Waterlooski — cztery; Westminsterski — pięć; Woksolski — sześć — odliczał te mosty, uderzając kluczem po dłoni. — Jak pan widzi, jest akurat sześć, niech pan wybierze najdogodniejszy dla siebie.
— Nie rozumiem pana.
— Niech pan sobie wybierze, który z tych mostów i pójdzie przespacerować się po nim, zatrzyma się przy poręczy i rzuci pieniądze do