Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Powiedział pan, że może mój dobroczyńca wyjawi się za parę lat.
— Właśnie, oto moja odpowiedź.
Popatrzyliśmy sobie w oczy. Czułem, że oddech mój stawał się szybszym w miarę pragnienia dowiedzenia się czegoś od niego. Ale widziałem zarazem, że zauważył me drżenie i znikła nadzieja rozjaśnienia tajemnicy.
— Czy pan sądzi, że i teraz trzeba będzie na to czekać lat parę?
Pan Dżaggers pokręcił głową, ale odrzucał tem nie samo pytanie, tylko wogóle możliwość doczekania się od niego odpowiedzi.
— Poczekaj! Powiem ci wprost, mój przyjacielu, że nie wolno ci nawet o to mnie pytać. Zrozumiesz to jeszcze lepiej, jeśli ci oznajmię, że to pytanie może wprawić mnie w kłopot. Poczekaj! Pójdę dalej i powiem ci coś jeszcze.
Oglądając buty tak nizko się pochylił, że mógł potrzeć swe łydki.
— Kiedy wyjawi się panu pański dobroczyńca — rzekł, prostując się — wtedy już będziesz pan załatwiał z nim swe sprawy. Kiedy się wyjawi, moje obowiązki się skończą. Kiedy się wyjawi, nie będę miał nic z panem do roboty. To wszystko, co miałem panu powiedzieć.
Spojrzeliśmy na siebie i opuściłem oczy.
Z ostatnich jego słów wywnioskowałem, że pani Chewiszem z jakiegoś powodu, a może