Wśród czarnych/W górach Futa-Dżalon

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
W GÓRACH FUTA-DŻALON.

Opuściwszy dolną Gwineję, dzięki uprzejmości p. Poiret, gubernatora Gwinei, który oddał do naszej dyspozycji swój salon-wagon, dojechaliśmy koleją do stacji Mamu.
Wkrótce za Konakrą, gdzie spędziliśmy sporo czasu, zwiedzając dolną Gwineję, otoczyły nas góry — zachodnie i południowo-zachodnie gałęzie grzbietu Futa-Dżalon. Pociąg wspina się szybko coraz wyżej i wyżej, a w miarę tego zmienia się krajobraz, typy ludności, flora i temperatura.
O, jakaż błoga jest ta temperatura górska po wilgotnych upałach dolnej Gwinei, po tej ciągłej gorącej wannie ze skwarnych oparów morza i dżungli i… z własnego potu!
Wszyscy jesteśmy bardzo szczęśliwi i czujemy się wybornie, tylko piąty uczestnik mojej ekspedycji nie jest z tego zadowolony. Mała „Kaśka“, małpa-szympans, zapamiętale kicha i otula się w swój płaszcz.
W drodze zatrzymujemy się na stacji „Kindja“, gdzie nas spotyka uprzejmy dyrektor wydziału Paryskiego Instytutu Pasteura. W tej instytucji są dokonywane bardzo interesujące i ważne doświadczenia nad leczeniem różnych chorób. Kilkanaście szympansów, utrzymywanych z największą troskliwością, stanowi objekty doświadczeń lekarskich.
Zatrzymaliśmy się na stacji Mamu, gdzie pierwszy raz od paru miesięcy zmuszeni byliśmy otulić się w koce, dołączone do namiotów i łóżek obozowych. Mamu leży na wysokości 930 metrów i nad ranem temperatura spadła do +8° C. W Konakrze mieliśmy +35° C w cieniu! Różnica znaczna! Najbardziej odczuła ją nasza „Kaśka“, która zupełnie straciła na humorze.
Nazajutrz rano spakowaliśmy nasze namioty, łóżka, kuchnię, broń, naboje, aparaty kinematograficzne i fotograficzne, pudła z zapasowemi filmami i kliszami na ciężarowy samochód Forda, dany nam przez administrację kolejową, a sami autem osobowem ruszyliśmy na północ dobrą drogą automobilową ku Labé. Cel tego etapu — poznanie Gwinei w granicach gór Futa-Dżalon i obwodów sąsiadujących z Sudanem, a zamieszkałych przez szczep Fulah, pochodzenia egipskiego oraz „Toucouleurs“, posuniętych dalej na wschód, bliżej doliny Nigru.
Około 160 kilometrów dzieli Mamu od Labé. Droga wężową linją wije się wśród gór, porośniętych lasem z drzew mangowych (Mangifera indica), mimoz i baobabów. Znikły gdzieś bez śladu palmy oliwne i kokosowe. Pozostały one tam na dole u stóp grzbietu górskiego, gdzie szaleje słońce i gdzie leży grubą warstwą gorące, wilgotne powietrze, jak staw, którego nigdy nie muśnie o tej porze roku najlżejszy nawet powiew wiatru.
Na północnych stokach gór rośnie wysoka, pożywna trawa i krzaki jaśminu oraz pięknie kwitnące koralowemi kwiatami krzewy. W tej bujnej trawie pasą się wcale pokaźne żółte krowy i byki, przebiegają małe, czerwonawobrunatne antylopy i całe stada „zielonych“ małp o dziwacznie długich ogonach.
Nasz aparat kinematograficzny podpatrzył kilka scen z życia małp, ale na widok karabinów małpy zemknęły szybko i ukryły się w gąszczu krzaków. Są to małpy małe, niszczące plantacje bananów i manjoku, lecz mniej szkodliwe od genonów — dużych, szarorudych małp o wydłużonych psich pyskach, lub od jeszcze większych „czerwonych“ małp, o gęstem ciemnobrunatnem owłosieniu ciała (Cercopithecus patas). Widzieliśmy je z pociągu pomiędzy Kindją a Mamu. Wskakiwały na drzewa i z wściekłością szczekały i warczały, potrząsając grubemi gąłęziami. Te małpy, podobno, atakują całemi stadami samotnych przechodniów i napadają nawet na lamparta, który nieraz pada pod setkami ciosów zajadłych zapaśników.
W drodze zatrzymaliśmy się na krótki wypoczynek u miejscowego „króla“ — Kierna Sulemana w wiosce Bomboli, gdzie nas przyjęto bardzo uprzejmie, częstowano bananami i różnemi napojami. Z Kierna Sulemanem poznałem się jeszcze w Konakrze, gdzie był obecny podczas uroczystego powitania bardzo przez tubylców poważanego gubernatora — p. Poireta.
Moja żona, zobaczywszy „koro“, czyli gitarę o 21 strunach, nie mogła się oprzeć chęci zagrania na swoich skrzypcach i zaczęła akompanjować czarnemu muzykantowi. Na pewno po raz pierwszy w historji muzyki prawdziwe, stare skrzypce Galliano zlały swoje tony z dzikiem warczeniem afrykańskiej „koro“. Murzyni cieszyli się nadzwyczajnie z tego improwizowanego koncertu.
Od Bomboli zaledwie pięć kilometrów do Pita, niewielkiej osady, gdzie mieści się biuro francuskiej administracji tego obwodu i poczta. Tu nas przyjmuje bardzo uprzejmie żona administratora i pokazuje po śniadaniu osadę, a więc ogród, przeróbkę manjoku na mąkę i krochmal oraz pracę więźniów nad fabrykacją powrozów. Robią je z włókien kaktusa, który się nazywa „sizal“. Widziałem dużo tych kaktusów w Hiszpanji, gdzie je nazywają „pita“.
W drodze z osady Pita do Labé spotykamy dużo dzikich gołębi; niedaleko od nas zrywa się drop. Miejscowość ta jest wysokiem, falistem płaskowzgórzem o stepowym charakterze. Kilka niewielkich rzeczek i strumyków płynie w brzegach, zarośniętych krzakami. Spotykamy dużo bydła i nawet pola, uprawiane zapomocą amerykańskich pługów, które tubylcy chętnie nabywają. Często widzieliśmy plantacje bananów i pola arachidowe, a wpobliżu nich zawsze — małpy.
W Labé spędziliśmy kilka dni w gościnnym domu pana Maugina, miejscowego komendanta. Dzięki niemu poznaliśmy życie murzynów szczepu Fulah, należącego do rasy Peuhl, pretendującej do pokrewieństwa z Egipcjanami. Niektórzy etnografowie i historycy dowodzą, że Fulah-Peuhl stanowią ten odłam Hyksosów, który po wyparciu go z Egiptu skierował się na zachód i tu podległ procesowi metyzacji, poczęści z ludnością Libji, poczęści z murzynami środkowej Afryki.
W każdym razie arystokratyczne rodziny Fulah przechowały niektóre cechy zewnętrzne Egipcjan, rysy twarzy, piękny wzrost, postawę, ruchy i ubranie, jakie widzimy na freskach i rzeźbach egipskich. Jednak rasa Peuhl w północnym Futa-Dżalon podległa widocznie większej i głębszej metyzacji, gdyż ludność jest tu już znacznie zdegenerowana fizycznie, skarłowaciała i słaba. Nie są zbyt sympatyczne także cechy charakteru Fulah z tego obwodu.
„Nie pozostawiaj Fulah w ciemnym kącie swej chaty, bo cię okradnie!“ — mówi przysłowie, a szefowie kantonów ciągle przestrzegają podróżników przed tą cechą swoich poddanych.
Nam się jednak powodzi i dotąd nic nam nie zginęło; prawda, że mamy ze sobą trzech czarnych żołnierzy, bacznych na wszystko, a bardzo surowych. Fulah są zapalonymi myśliwymi, co drugi z nich posiada olbrzymi falkonet, co najmniej 8-go kalibru, angielskiej fabrykacji, niektórzy mają nawet współczesne dubeltówki, najbiedniejsi zaś — łuki, któremi władają z wielką zręcznością i wprawą.
Bogaci Fulah, jak większość muzułmanów, posiadają po kilka żon. Starszyzna i szczególnie szefowie okręgów (królowie) szukają dla siebie księżniczek z rasy Peuhl, o pięknej oliwkowej lub czerwonej cerze.
Szef okręgu Labé, Madi Tanu, ma za pierwszą żonę rodowitą księżniczkę, lecz zaniedbał ją obecnie dla faworyty. Jest to historja romantyczna. Tanu zdobył sobie niewolnicę sudańską, która miała córkę. Gdy ulubiona niewolnica umarła, wychował jej córkę i uczynił z niej sobie faworytę. Z tego powodu wśród 14 żon starego „króla“ wynikają ciągłe awantury, a szczególnie zazdrosna jest obrażona w swej dumie księżniczka czystej krwi Peuhl. Trzyma się ona zdala od wszystkich żon swego męża, uważając je za niższe od siebie pochodzeniem, a z pewnością i urodą, na faworytkę zaś nie raczy nawet rzucić okiem. Zato mąż nieraz ma piekło, gdy pierwsza żona zjawia się w jego chacie lub gdy on odwiedza ją, obchodząc swój harem.
Lecz o tem krążą tylko pogłoski…
Oprócz żon na dworze szefów i starszyzny największą rolę odgrywają „grioci“ (griots). Jest to osobna kasta błaznów, tancerzy, muzykantów, śpiewaków i czarowników nadwornych. Ich najważniejszym obowiązkiem jest wychwalanie szefa i swego patrona. Od ich pomysłowości, talentu i staranności zależą wpływy i znaczenie szefów wśród ludności. To też szefowie wysadzają się na tych darmozjadów, karmią ich, obdarowują, ubierają i schlebiają nawet. Gdy pomiędzy patronem a griotami lub griotkami wynikają niesnaski, ci zaczynają psuć reputację patrona i podminowywać jego wpływy, wyśmiewając go w swoich pieśniach, szydząc z niego, zmyślając różne o nim anegdoty. W tej walce szef zawsze zostaje zwyciężony, bo słowa griotów przenikają do mózgu prostej ludności prędzej i łatwiej, niż groźby i surowe rozkazy „króla“. Władze francuskie starają się wpływać na szefów, aby ci nie tracili zbyt dużych środków na tych wypasionych nicponiów i barwnie ubrane, obwieszone klejnotami griotki-tancerki i śpiewaczki, nieraz wdzierające się do haremu patrona w roli faworyty lub nawet żony.
Mieszkanki haremów szefów nieraz prowadzą zawiłe intrygi, posługując się wpływami, sprytem i talentem kasty griotów.
Szefowie okręgów i kantonów, którzy bardzo uroczyście spotykali nas w drodze przed swojemi posiadłościami, zademonstrowali nam różne odmiany kasty griotów. Widzieliśmy więc griotki stare, lecz wprawne w tańcach i śpiewach, — młode, o zwinnych pięknych ciałach, barwnych szatach, wspaniałych kolczykach, naszyjnikach i bransoletach ciężkich jak kajdany, — małych chłopaków-tancerzy; olbrzymów, krzyczących na całe gardło, tańczących pod skwarnem słońcem, idących przed gośćmi tyłem, ze zwróconą ku nim twarzą, grających na skrzypcach o dwóch strunach, na bębnach i fletach; griotów-błaznów, o twarzach umalowanych na biało, griotów w wysokich kołpakach i spódnicach baletowych, zrobionych z zielonych liści drzewa „karité“; griotów z fryzurami kobiecemi, imitujących śpiewy i tańce griotek. Parę setek tych nicponiów widzieliśmy już tu, a pomiędzy griotami różnych kantonów zauważyliśmy konkurencję i nienawiść. Poza granicę swego kantonu żaden griot nie ośmieli się wytknąć głowy, bo wyśmianoby go, a nawet poturbowano.
Dziwi nas ciągle nadzwyczajna ciekawość i nieposzanowanie czasu, zdradzane przez murzynów. Spotykają nas wszędzie tłumnie, a ludność całych wiosek, z matkami, niosącemi dzieci uwiązane na grzbiecie, z małemi murzyniątkami i poważnymi, siwobrodymi starcami, odprowadza nas aż do granicy swego kantonu, gdzie już czeka na nas nowy tłum, bardzo przyjazny, gościnny, a hałaśliwy nad wyraz. Pod dźwięki małych skrzypiec „soko“ i fletów, cały ten tłum biegnie, śpiewa, klaszcze w dłonie, tańczy, cieszy się…
Nieraz murzyni bez celu idą z nami 25 — 30 kilometrów, a później muszą wracać. Coprawda, chodzą bajecznie szybko. Naprzykład przestrzeń od Labé do Tugé, którą przebyliśmy w naszych hamakach i częściowo pieszo w cztery dzienne etapy, a więc w cztery dni, nasz „boy“ przeszedł w 22 godzin! Na 85 kilometrów liczą oficjalnie tę odległość.
Maszerujemy zwykle tylko z rana, wyruszając przed wschodem słońca i idąc najpóźniej do godziny 11, aby uniknąć morderczego działania słońca tropikalnego. Od 4-tej do 6-tej polujemy i zwiedzamy okolice naszych etapów, robimy zdjęcia fotograficzne i kinematograficzne, wieczorami porządkujemy nasze zbiory i notatki. „Boy“ zaś wędrował bez przerwy i 85 kilometrów przeszedł w 22 godzin! Co na to powiedzą niektórzy moi przeciwnicy, którzy nie chcieli uwierzyć, że w środkowej Azji robiłem dziennie w ciągu 15 — 18 godzin 36 kilometrów, mając dwa wierzchowe konie?!
Ludność Futa-Dżalon, wyłącznie rolnicza, posiada dość dobrą rasę miejscową bydła rogatego i stada czarno-białych owiec. Dokoła wsi rosną drzewa pomarańczowe, „papaja“ (Carica Papaya), na których dojrzewają wspaniałe melony. Drzewa te wydają od 40 do 100 melonów naraz; wszędzie spotykamy drzewa „kola“, rodzące orzeźwiające i pobudzające energję orzechy[1]; wśród dżungli, na płaszczyznach mniej kamienistych murzyni kultywują orzechy arachidowe i manjok[2], drzewa bananowe, a w błotnistych dolinach rzek — ryż.
Urodzaje wszędzie są dobre i przy wysiłku energji można byłoby mieć obszerny teren dla roli, lecz murzyn naogół żyje z dnia na dzień, o jutrze nie myśli i głowy sobie zbytnio troską o rodzinę i o swój własny byt nie suszy. Gdy zje wszystko, co zebrał w czasie żniwa, zje nieopatrznie i bezmyślnie, gdy roztrwoni na kupno niepotrzebnych mu rzeczy lub na poczęstunek sąsiadów, — znika wtedy w dżungli, gdzie szuka zwierzyny lub dzikich owoców — bananów, mangów etc. To samo robią kobiety, a wcale nie troszczą się o dzieci. Dziatwa wtedy zabiera się do robienia łuków i strzał i rozpoczyna polowanie na drobne zwierzęta i ptaki, żywiąc się własnym kosztem i pomysłowością.
Wszyscy czekają na porę deszczową, po której wybuja znowu wszystko i czarni ludziska, zapominając o dość marnem istnieniu w porze posuchy, z murzyńską beztroską śpieszą się znowu ze zjedzeniem wszystkiego, co dała im hojna, chociaż zdradliwa i zmienna w swych nastrojach ziemia.
Tylko grioci wiedzą, że zawsze będą syci i ubrani, i jeszcze jedna kasta — znachorzy. Ci przebiegają dżunglę, szukając tajemniczych leczniczych traw, ziół i drzew, o których nigdy nikomu nie powiedzą, leczą swoich rodaków lub urządzają próby trujące, rodzaj „sądu bożego“, a jedno i drugie przynosi im dobre dochody i zabezpiecza od głodu i niedostatku.
Znachorzy stanowią odłam kasty czarowników. Oni to umieją przygotowywać roślinne trucizny, któremi zatruwają ostrza strzał; oni fabrykują amulety lecznicze; oni znają wszystkie rośliny, niosące zdrowie lub śmierć. Gubernator Gwinei mówił mi, że znachorzy murzyńscy posiadają zioła, któremi usuwają wściekliznę u psów i skutki ugryzienia przez te psy. Znachorzy znają też właściwości drzewa „teli“. Ekstrakt z kory tego drzewa garbuje skóry prawie natychmiastowo i tych skór nie dotkną później ani termity ani żarłoczne mrówki. Lecz jednocześnie ten ekstrakt jest potężną trucizną i jej to właśnie używają na „sądzie bożym“. Jeżeli mąż podejrzewa żonę o zdradę, przyjaciela swego o nieszczerość i podstęp, głowa rodu członka zagrody lub wsi o zbrodnię, znachor-czarownik daje mu do wypicia mały „kalebas“, napełniony trującym płynem „teli“. Jeżeli oskarżeni są niewinni — jad nie podziała, jeżeli zgrzeszyli — umrą. Zresztą znachorzy nieraz wnet po otruciu dają antydotum, naturalnie wtedy, gdy ofiara przed sądem opłaciła im zachowanie swego życia.
Bogate rodziny posługują się pracą dawnych jeńców, których przed przyjściem Francuzów traktowali jako niewolników. Niewolnictwo jest głęboko związane z islamem, który wyznają murzyni Sussu i Fulah. Walka z niem jest trudna i stanowi sprawę politycznie dość delikatną, lecz administracja francuska potrafiła już wbić w mózgi bogaczy i niewolników, że ci ostatni są tylko sługami, którzy wolą pracować u jednego gospodarza, lecz w każdej chwili sądownie mogą się zwolnić od wszelkiej od niego zależności. Trzeba zaznaczyć, że stosunek bogaczy do potomków dawnych niewolników jest całkiem dobry i ludzki. W rzadkich stosunkowo wypadkach niewolnicy zwracają się do władz francuskich ze skargą na swych gospodarzy, a wtedy Francuzi postępują z całą bezwzględnością, stając zawsze po stronie pokrzywdzonych.
Czarna kobieta wolna i kobieta pochodzenia niewolniczego psychologją swoją mało pomiędzy sobą się różnią. Są one niewolnicami swego ojca, a potem męża. I ten i tamten są panami ich życia. Pracują one w domu od rana do wieczora, ponieważ murzyn woli nic nie robić w okresie zasusznym. W bogatych rodzinach jednak kobiety pracują bardzo mało, gdyż posiadają liczną męską i żeńską usługę. Większą część dnia spędzają na wykonywaniu swych misternych, nader skomplikowanych fryzur, w których każdy włos zosobna przeciąga się przez specjalny grzebień, wieńczący głowę. Powiedziałbym, że kobiety Fulah posiadają na głowie zprzodu coś w rodzaju harfy lub lutni, w której struny są zastąpione przez starannie ukarbowane włosy. Różne ozdoby z drzewa, metalu, muszli i barwnych rzemyków dopełniają artystycznej fryzury kokietki murzyńskiej z gór Futa-Dżalon. Mężczyźni noszą białe i granatowe „bubu“, czyli burnusy, oraz białe, haftowane kołpaki na głowach i liczne amulety na szyi i rękach.
Powiedziałem, że Fulah są myśliwymi.
Naturalnie, że wykorzystałem tę namiętność Fulah i wraz z ich szefem Alfa Amadu miałem dwa polowania, które nie były nader pomyślne, bo częściowo dżungla nie była jeszcze wypalona, częściowo — wypalona niedawno. W pierwszej — zwierzyna ukrywa się z łatwością, w drugiej — tymczasem wcale się nie trzyma.
Jednak zdobyliśmy kilka antylop — małych, brunatnych o drobnych, ostrych rożkach — Cephalophus dorsalis, czyli w języku Fulah „bolé-foré“. Kryją się one w wysokiej, gęstej trawie i w powikłanych krzakach puszczy. Upolowaliśmy kilka małp, stanowiących plagę pól i plantacyj tubylców: mamy więc kilka skór zielonych małp — Genon callitriche z rodziny Cerkopiteków, oraz — Papio Sphinx. Mój preparator-zoolog, p. Kamil Giżycki zabił starego samca Papio, tak wielkiego, jakiego tu podobno nigdy nie spotykano. Gdyby stanął na tylnych nogach, sięgałby ramienia dorosłego człowieka. P. Kamil strzelił do niego z automatycznego Winchestera kal. 401 i kula z tej broni odrazu przerwała nić długiego żywota tego, z pewnością, wodza całego szczepu małpiego. Zdobyliśmy też na tych polowaniach małego dzika afrykańskiego (fakoszera) i zieloną papużkę z trzema pisklętami, co powiększyło naszą menażerję. Zabito nadto kilka małych zajęcy miejscowych o bardzo drobnych główkach — Lepus capensis.
Nie doszliśmy jeszcze do obfitujących w zwierzynę miejscowości, czekają one na nas w Wysokiej Wolcie, na Nigrze i na sawannach. Lecz zato cały szereg obserwacyj nad małpami zdążyłem tu poczynić, gdyż niebardzo lubię strzelać do „protoplastów rodzaju ludzkiego“ i wolę przyglądać się tym mądrym zwierzętom. Jeden młody „Papio“ jedzie z nami dalej. Czy dojedzie? Jest to wielkie pytanie, gdyż małpy są nader słabego i delikatnego zdrowia.
Mała faworytka mojej ekspedycji — szympans „Kaśka“, właśnie wczoraj znowu zachorowała. Ma katar, gorączkę i coś ją nadobitkę ugryzło w powiekę. Nosi przepaskę, kicha zawzięcie i ma rozgoryczoną twarz, bardzo przypominającą starego pijaka po burzliwej eskapadzie.
Są to żarty, jednak zoologiczny ogród w Poznaniu, dla którego przeznaczyliśmy „Kaśkę“, jest poważnie zagrożony, gdyż nasza faworytka jest istotnie ciężko niedomagająca. Robimy wszystko, aby ją ocalić; okładamy ją kompresami, stosujemy smarowanie jodyną, przemywamy oko i nos, lecz słabe to i delikatne stworzonko, a jutro idziemy dalej i będziemy szli aż pięć dni, nim dojdziemy do Dingiray, gdzie damy sobie krótki wypoczynek. Nie mogę więc przepowiedzieć losu „Kaśki“. Czy dojedzie do cieplejszych miejscowości niż Futa-Dżalon, gdzie nad rankiem mamy nieraz zaledwie +8° C, czy pozostanie tu? Moja żona wczoraj gorzko płakała nad koszykiem ze swoją ulubienicą.
Wśród naszej menażerji istna rewolucja! Papuga-matka dwukrotnie uciekała z klatki, pozostawiając nam podrzutki — swoje pisklęta, które potrochu zaczynają jeść z ręki, chociaż są jeszcze zaledwie widzialnym puszkiem okryte. Gdy uciekinierkę przyniesiono zpowrotem, ugryzła mnie w palec do krwi; lecz nic to nie pomogło i zmuszamy ją do pełnienia macierzyńskich obowiązków.
Młoda małpka Papio zawzięcie walczy z mymi pomocnikami, gdy ci dają jej z rąk banany i orzechy, lecz musi się do nas przyzwyczaić. Tymczasem złe to jest, niesforne i do koczkodana nastroszonego podobne.
Ładnie będziemy wyglądali, jeżeli w dalszej drodze zdobędziemy młodą panterę, młodego słonia, młodego lwa, młodego krokodyla i młodego hipopotama, a moja żona zmusi nas do wiezienia tego z nami! Chyba zjedzą nas z bagażami ci nowi nasi towarzysze podróży?!
Postanowiłem więcej na małpy nie polować, gdyż widziałem straszne sceny, gdy zniesiono zabite i ranne małpy, a wśród nich żywe młode, które wyszukiwały swoje matki i tuliły się do nich.... Były to zupełnie ludzkie przejawy uczuć, wybuchy radości i rozpaczy, a później to szalone, pełne odwagi usiłowanie ucieczki i pastwienie się murzynów nad ich odwiecznymi wrogami — małpami.... Straszne to było!
Pewnego razu podczas naszych polowań coś szło przez dżunglę z hałasem w moją stronę, lecz nie wyszło, bo nagle zjawił się jakiś bezczelny, biały pies murzyński i zaczął szczekać na mnie.
Po skończonem polowaniu nad lasem latały stada sępów i jastrzębi. Na pobojowisku mogły pozostać nietylko małpy, lecz i myśliwi, ponieważ nagonka, składająca się z kilkuset ludzi, otoczyła mały, głęboki wąwóz, zarośnięty drzewami, krzakami i wysoką trawą, gdzie się kotłowało od małp. Tu się zaczęła bezładna strzelanina ze wszystkich stron: strzelano z afrykańskich falkonetów, nabitych odłamkami starych kotłów żelaznych, zamiast śrutu; kulami i prawdziwym śrutem. Kule kilka razy gwizdnęły mi nad głową, aż usiadłem sobie za kamieniem i z tej skrytki przyglądałem się temu, co się działo niżej, na dnie wąwozu.
Murzyni postrzelili dwóch swoich ludzi, ale niebardzo poważnie.
Dużo posiadają ci czarni myśliwi Fulah temperamentu łowieckiego! Na polowaniach z nagonką należy się jednak trzymać od nich zdala, bo jak nic, mogą wpakować w zapale nabój z odłamków starego żelaziwa w białego towarzysza łowów! Prawda, że później podarują za to koszyczek misternie spleciony z bambusu lub źle wyprawioną skórę małpią — na pociechę.
Jutro idziemy dalej, ku rzece Bafing, gdzie, jak twierdzą znawcy kraju, spotkać możemy hipopotamy. Zobaczymy!




Przypisy

  1. Sterculia Kola.
  2. Łacińska nazwa — Manihot, z rodz. Euphorbiaceae.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.