Wśród czarnych/Ku granicy Sudanu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
KU GRANICY SUDANU.

Ostatni list pisałem z Tugé w przeddzień naszego marszu przez północny Futa-Dżalon. Ten ostatni dzień w Tugé, w małym punkcie administracyjnym, ukrytym w kotlinie górskiej, istotnie mógł się stać ostatnim dniem naszym, a w każdym razie ostatnim dniem mojej ekspedycji.
Gdy już wszystkie nasze bagaże, a dodać należy — bardzo pokaźne, bo ważące powyżej tonny, i cenne, zawierające trzy kinoaparaty, trzy aparaty fotograficzne, dwanaście strzelb różnego gatunku i zapasy amunicji, pożywienia, 8000 metrów najlepszego filmu, skrzynki z zapasowemi kliszami fotograficznemi i całe urządzenie obozowe — namioty, łóżka, stoły, krzesła i kuchnię, — gdy wszystkie te bagaże były już spakowane i nazajutrz o świcie miały być wyprawione na głowach 70 porterów-murzynów Fulah, spędzaliśmy ostatni wieczór bardzo pogodnie w towarzystwie naszych przyjaciół. Grono zaś ich tego wieczora zwiększyło się, gdyż do Tugé przybyli państwo Mangin z Labé oraz dwóch młodych oficerów w celu poboru rekrutów w obwodzie osady.
W nocy w chacie, gdzie byli ulokowani moi pomocnicy i bagaże ekspedycji, rozległy się krzyki umieszczonych tu w drugiej połowie budynku oficerów, trwożne dźwięki trąbki wojennej, a wkrótce wycie psów i tupot nóg zbiegających się ze wszystkich stron murzynów. Była godzina 4 rano. Nocny mrok nagle rozdarły buchające ze słomianej strzechy domu smugi i języki płomieni. W jednej chwili dom stanął w ogniu, zalewając złowrogiem światłem okoliczne zarośla i budynki.
Na szczęście w płonącym domu zamieszkali ludzie spokojni i o szybkiej decyzji. Oficerowie wyskoczyli z płonącej połowy domu, gdyż tam właśnie rozpoczął się pożar. Moi pomocnicy w jednej chwili byli na nogach i wpółubrani jęli ratować nasze bagaże.
Pan Kamil Giżycki w chwili, gdy cały sufit domu już płonął, wyniósł doskonały trójnóg do aparatu kinematograficznego, a wybiegając, przypomniał sobie, że na werandzie pozostała jeszcze jedna żywa istota. Była to złapana onegdaj kurka wodna, uwiązana na sznurku do słupka werandy. Przytomny zoolog przeciął sznurek nożem, a kurka wybiegła z domu, kryjąc się w gęstej trawie.
Dom tymczasem płonął jak pochodnia, rozrzucając snopy palącej się słomy, trzciny i pękających z hukiem drągów bambusowych. Cała osada administracyjna była zagrożona, gdyż zerwał się wiatr i niósł płonące snopy słomy ku innym zabudowaniom. Posłano natychmiast ludzi na dachy, aby gasili padające kawałki palącej się trzciny i zalewali je wodą. W ten sposób spłonął doszczętu tylko dom, gdzie przedtem spokojnie spali moi pomocnicy i leżały bagaże, bez których ekspedycja nasza byłaby pozbawiona całej swej majętności.
Mój kinooperator natychmiast zaczął „kręcić“ film, robiąc zdjęcia pożaru, a zoolog spokojnie doprowadzał do porządku swoją nieco fantazyjną toaletę.
Obaj byli tak zrównoważeni, że przybyły z oficerami doktór, który przybiegł na pogorzelisko, nic innego nie potrafił zapytać, jak tylko:
— Comment ça va?
Na te słowa p. Kamil, zapalając papierosa, odparł z zimną krwią:
— Ça va très bien…
Pożary domów tubylczych, tych prawdziwych stosów suchej, wyprażonej na słońcu słomy i bambusów, są tu zjawiskiem codziennem, do którego murzyni się przyzwyczaili zupełnie. Gdy dom się już doszczętu dopalił i płonęło zaledwie kilka belek, dwóch naszych porterów najspokojniej w świecie ulokowało się wpobliżu, aby się rozgrzać po dość zimnej tu na wysokości prawie 800 metrów nocy.
W ten to sposób ekspedycja moja przeżyła ciężkie i niebezpieczne chwile w północnej Gwinei, w górach Futa-Dżalon, ale na szczęście wszystko pomyślnie się skończyło i tegoż ranka porzuciliśmy gościnne a „gorące“ na pożegnanie Tugé.
Jedna tylko istota przeczuła katastrofę. Była to mała, może roczna małpka z rodzaju Papio Sphinx, którą zdobyliśmy na opisanem w poprzednim liście polowaniu i wieźliśmy do ogrodu zoologicznego w Poznaniu. Wieczorem przed pożarem sprytna, a widocznie „jasnowidząca“ małpka przegryzła sznurek i uciekła, robiąc zawód naszemu zoologicznemu ogrodowi.
Jest to strata, niezawodnie, lecz zato nasz szympans czuje się świetnie i rośnie, jak na drożdżach.
Z Tugé zrobiliśmy sześć dziennych etapów, częściowo maszerując, częściowo niesieni w hamakach, aż stanęliśmy w Dingiray, gdzie znaleźliśmy punkt administracyjny i wielką osadę z ludnością mieszaną, należącą do rasy Fulah i — w mniejszości — do Malinké.
Szliśmy wczesnym rankiem, aby uniknąć upałów, a dnie i noce spędzaliśmy na etapach, w bardzo dogodnych i przewiewnych chatach tubylczych lub w karawanserajach, słuchając śpiewów i obserwując tańce mężczyzn i kobiet, wychodząc na zbiory zoologiczne i na zdjęcia fotograficzne i kinematograficzne.
Turkot aparatu kinematograficznego nieraz przerywały wystrzały z naszych strzelb. W nocy spoglądaliśmy na piękne, chociaż złowrogie widowisko płonącej dżungli, palonej przez murzynów.
Dziwny to widok! Ruchoma ściana ognia porusza się i sunie przez niezmierzone obszary dżungli. Od czasu do czasu nad tą płomienną ścianą wytryśnie ku czarnemu niebu potworny słup ognia, rozlegną się wybuchy, suchy zgrzyt i trzask niemilknący. Wtedy rozumiemy, że to płomień pożera zarośla bambusów i wysokiej, suchej trawy lub wdziera się aż pod korony drzew mangowych, kapokowych lub baobabowych.
Gdy się zbliżamy do płonącej dżungli, spostrzegamy całe stada dzikiego ptactwa, uciekającego przed płomienną powodzią: dzikie gołębie, kuropatwy, perliczki, tajemnicze jak widma lelki z łopotem skrzydeł uciekają w głąb czarnej nocy, dalej od burzliwego morza ognia. W wysokiej trawie i wśród krzaków jak cienie przemykają antylopy, dziki, zające, drapieżne mangusty (Herpestes galera), ciwety (Viverra civetta), serwale (Felis serval), a czasem nawet błyśnie zielonemi, podłużnemi ślepiami cętkowany lampart lub ostrożny i czujny gepard.
Pożar leśny tymczasem szerzy się dalej. Z równiny zaczyna się wspinać stokami gór, wdrapuje się aż na szczyty i znaczy ich sylwetki na ciemnem tle nocnego nieba złocistoszkarłatnemi, płomiennemi konturami.
I tak do brzasku dnia, całemi dobami i tygodniami, cały horyzont, łańcuch górski, dalekie lasy przykrywa ruchoma zasłona niebieskawego dymu z połyskującemi tu i owdzie językami ognia. Na wypalonych płaszczyznach pozostają tylko kępy sczerniałej trawy, pokryta węglem i popiołem ziemia i różnej formy gniazda termitów: grzyby, słupy, obronne zamczyska, chaty jedno-, dwu- i trzypiętrowe i opalone trupy ptaków, wężów i zwierząt różnego gatunku.
Zanim minie jednak tydzień, na spalonej na węgiel ziemi wybujają młode pędy nowych traw i krzaków; przyjdą tu po świeży pokarm stada antylop i dzików, a za niemi podążą krwi łaknące a zawsze zgłodniałe lamparty, tygrysiaste koty, serwale i ponure hieny, a czasem przemknie się tu przybywająca z dalekiej pustyni płowa para lwów. Życie powróci do dawnego łożyska i tak będzie aż do następnego roku, do następnej zimy, gdy wybujałe, nieprzebyte trawy i zarośla wyschną na słońcu i otoczą wszystkie drogi i ścieżki wysokim na 3 — 4 metry murem, który się tu zwie „brussą“.
W tej dżungli roi się od zwierza, którego tu nikt nie znajdzie, bo ukryje go rodzima, niedostępna brussa. Czego tu tylko niema! Lew, lampart i inne koty, małe i olbrzymie antylopy, ważące po 300 kg, afrykańskie dziki-fakoszery o potwornych ryjach i kłach, słonie, a nawet tajemnicze a krwiożercze zwierzę „so fali uara“ — mieszanina konia, osła i pantery, jakiś potwór apokaliptyczny, produkt bujnej wyobraźni starożytnych podróżników, a jednocześnie poszukiwany obecnie przez niektóre instytucje naukowe. Nad błotnistemi potokami w gęstych zaroślach roi się od małp, a z gałęzi drzew zwiesza się czyhający na nie piton tygrysowy lub wyziera szybka i straszliwa ciweta — duży drapieżnik.
W tych chaszczach, gdy się brussa wypali, suną pojedynczo myśliwi Fulah ze swemi długiemi falkonetami lub łukami; raz do roku kilka wsi łączy się i poluje z nagonką, wybijając do nogi wszystko, co się nawinie pod strzał lub uderzenie oszczepem.
Polują dorośli Fulah, poluje młodzież, polują dzieci.
Dzieciaki czyhają na zwierzynę, która prowadzi ze sobą młode pokolenie, a wśród niego strzały chłopaków Fulah sieją zniszczenie, bo celne mają oko te małe, czupurne murzynięta.
Marzeniem naszem pozostaje zapolować pojedyńczo, mając ze sobą jednego tylko myśliwego-tubylca i z nim razem grasować po wypalonej brussie, szukając grubego zwierza. Lecz tymczasem brussa się dopiero pali, albo stoi nietknięta, więc zmuszeni jesteśmy robić nagonkę. Nie daje ona znacznych rezultatów, bo przez dżunglę nawet murzyn przebrnąć nie potrafi. Padają więc tylko małpy i rzadziej małe antylopy — Cephalophus dorsalis, czyli w języku Fulah — „bolé foré“.
Wśród brussy na obszernych polanach spotykamy rozrzucone osiedla murzyńskie. Są to wsie, gdzie nas spotykają bardzo gościnnie, nieraz z darami w postaci mleka, bananów i pomarańcz, które są tu wyborne, słodkie, pełne soku orzeźwiającego. Wyciskamy ten ożywczy sok i napełniamy nim nasze „bidony“ — duże dwulitrowe butle, obszyte suknem i zawieszone na rzemieniu przez ramię naszych boyów.
Spotkanie z murzynami zawsze kończy się śpiewami i tańcami. Czasem cała ludność przyjmuje w tem udział, czasem tylko jedna kasta — griotów, czyli muzykantów, tancerzy i błaznów. Grioci noszą tu przeróżne stroje, zależnie od swej specjalności, a nieraz i miejscowości: błazny w czerwonem ubraniu w cudacznych kołpakach na głowach, tancerze półnadzy nieraz z kajdanami na nogach, aby czyniły jak najwięcej hałasu; czarownicy-grioci w strojach z liści, z twarzami umalowanemi na biało. Kobiety-griotki połyskują biżuterją, biją w oczy barwami płacht, zawojów, szalów.
Długo maszerujemy przez wysokie plato kamieniste, dość jałowe, pokryte kopcami termitów i głazami bazaltów i granitów. Wysokie to plato, bo położone na wysokości 800 — 890 m. Sucha, żółta trawa, drzewa o powykręcanych gałęziach i zjedzonych przez termity i mrówki „manjan“ pniach; zżółkłe liście tworzą pejzaż późnej jesieni, ale to zima już, bo mamy styczeń i temperatura nieraz w południe dochodzi do… +54° C!
Martwy, dziki, ponury krajobraz! Wydaje się nam, że jesteśmy na innym jakimś globie. Może na księżycu, wtedy, gdy się już zaczął smutny okres jego umierania, długiego a beznadziejnego.
Lecz dochodzimy pewnego dnia do potężnej, wartkiej i głębokiej rzeki Bafing, stanowiącej początek olbrzymiego Senegalu. Zielona woda, pełna ryb, płynie w wysokich brzegach, porośniętych lasem lub chaszczami trzcin. Niekiedy olbrzymie skały przegradzają łożysko, a o wschodzie słońca można tu spotkać śpiące krokodyle, a nawet hipopotamy.
Warto byłoby zatrzymać się tu i zapolować, lecz zbyt dużo czasu strawiliśmy w Gwinei, a muszę zajść jeszcze bardzo daleko, bo tak sobie postanowiłem. Droga przed nami długa i ciężka, a więc nie czas na rozrywki i długie popasy, chociażby nawet dla hipopotamów! Z niemi jeszcze się spotkamy…, jestem o to spokojny, bo prowadzę swoją ekspedycję wprost do „raju myśliwskiego“, gdzie niema wsi i dróg, a gdzie stada antylop i bawołów swobodnie błąkają się i żerują wszędzie. Tam właśnie będą grzmiały wystrzały naszych karabinów!
A chwilowo niech się schowa myśliwy, natomiast niech rozejrzy się po okolicy przyrodnik, etnograf i pisarz, w którego duszę wsiąkają krajobrazy, ludzie, szczepy, zwierzęta, ptaki i owady; niech warczy korba aparatu filmowego i z suchym szmerem zamyka się siatka zielnika, wchłaniając coraz to nowe okazy flory tej części kontynentu afrykańskiego.
Za rzeką Bafing znikają kamieniste odłamki skał. Gleba tu inna i inna roślinność. Lasy mimozowe różnych odmian tego drzewa, coraz częściej zjawiają się wspaniałe palmy, cieszą wzrok nagie drzewa kapokowe (Bombax), najeżone kolczastą korą i pokryte olbrzymiemi, mięsistemi i z barwy do surowego mięsa podobnemi kwiatami; nieznane nam dzikie drzewa i krzaki owocowe, olbrzymie żółte kwiaty, wyrastające wprost z ziemi, i dzika bawełna, dojrzała, pełna puszystych pęków.
Widzimy tu pola manjoku, prosa i „fonio“ (Paspalum exile), plantacje bananów, zoraną pługiem amerykańskim glebę, stada dobrego bydła, dobrobyt, spokój. W lasach murzyni nadcinają pnące się ljany (Clitandra elastica) i zbierają kosztowny obecnie kauczuk; z pól orzechów arachidowych zmykają w popłochu przed naszą karawaną stada psotnych małp i często zrywają się dropie, kuropatwy lub objedzone, ociężałe dzikie perliczki.
Mijamy wsie: Niarja, Dingiray i Tumenea. Tajemnicza Tumenea otoczona jest z jednej strony błotami, do których nie chce się zapuszczać żaden murzyn. Mają przed temi bagnami paniczny strach, gdyż mieszka w nich „straszliwy ryczący krokodyl“. Wiemy, że ten płaz jest niemową, w najgorszym razie syczy, tymczasem murzyni przysięgają na wszystkie swoje gri-gri, że mają „ryczącego“ krokodyla. Pewno jakiś samotny hipopotam obrał sobie to bagno za siedzibę, bo bezpiecznie mu w niem. P. Kamil Giżycki wlazł w te błota, lecz musiał się szybko cofnąć, bo to prawdziwe trzęsawisko.
Przechodzimy dalej wsie Buka i Bissikrima, gdzie wsiadamy do pociągu, lecz przedtem w nocy jeden z moich pomocników wraz z miejscowym inżynierem kolejowym, wziąwszy lampy acetylenowe, wychodzą na polowanie. Zabili dwie antylopy, zająca i serwala, pięknego kota, którego skóra stanowi cenny nabytek dla naszych zbiorów.
Po pięciu godzinach jazdy dojeżdżamy do Kurussy — miasta, położonego nad rzeką Niger.
Spotyka nas uprzejmy przedstawiciel rządu francuskiego, hrabia de Lavallière; przodkowie jego, jak nas upewniał, byli spokrewnieni z rodziną króla Jana III Sobieskiego. Nic więc dziwnego, że krew polska się odezwała. Szkoda tylko, że w tak tragicznej osobie, jak hr. de Lavallière.
Na Nigrze już oddawna czekały na nas przysłane przez gubernatora Sudanu francuskiego dwie kryte „szalandy“, długie i szerokie łodzie. Popłyniemy niemi siedem dni do Bamako, gdzie już wyczuć się da podmuch potężnej piersi Sahary, w postaci skwarnego samumu. Czujemy go już i tu od dwóch dni, bo w dzień nuży nas straszliwy upał, a w nocy gwałtowny spadek temperatury i… moskity, moskity! Chininę łykamy zawzięcie…





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.