Wśród czarnych/Na Hipopotamy!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
NA HIPOPOTAMY!

Nareszcie!
Dawno marzyłem o polowaniu na hipopotamy, na te „krowy wodne“, jak je nazywali starożytni podróżnicy.
Już kilkakrotnie byłem blisko tych potwornych mieszkańców rzek afrykańskich, gdzie one znikają coraz bardziej, w miarę tego, jak zwiększa się handlowy ruch statków i łodzi, a na brzegach rzek powstają nowe osiedla ludzkie.
Spotkałem hipopotamy w północnym Sudanie, w zagłębiach wysychającej w lecie rzeki Bauflé; w Wysokiej Wolcie widziałem liczne ślady, wyciśnięte na błotnistych brzegach rzek, a w ich liczbie — Czarnej Wolty.
Strzelać jednak do tych olbrzymów dotąd się nie udawało. Dopiero teraz tu, w błogosławionej przez św. Huberta, patrona myślistwa, ziemi wybrzeża Kości Słoniowej ta sposobność się nadarzyła, i to — aż dwa razy!
Pod przewodnictwem naszego czarnego strzelca, przemiłego Konana, wyruszyliśmy wczoraj przed wschodem słońca z naszego obozowiska ku brzegom rzeki Bandama.
Od jakiejś małej wioski murzynów Guro, zabrawszy ze sobą pięciu ludzi dla niesienia aparatów kinematograficznych i fotograficznych, zagłębiliśmy się do gęstych zarośli, które wkrótce nagle znikły, i wtedy wyszliśmy na obszerną sawannę z czerniejącym na horyzoncie wysokim lasem.
Tam właśnie przepływała rzeka Bandama.
Nazwa tej rzeki budzi we mnie namiętny dreszcz, bo przecież w niej przebywają hipopotamy, z niej piją, zanurzając aż po oczy ponure pyski, dzikie bawoły; tu, ostrożnie stąpając i oglądając się trwożnie, przychodzą piękne antylopy „sing-sin“, „son“ i małe, chyże antylopy Maxwella; tam, w gęstych zaroślach czają się lwy i lamparty, bo ślady ich przecinaliśmy nieraz; tam wreszcie wypoczywają i kąpią się słonie.
Słonie!… Cała sawanna od kresu do kresu pokryta jest głębokiemi dołami — staremi i świeżemi, a wycisnęły je grube, jak kolumny, nogi słoni…
Tu i owdzie dojrzeliśmy ślady antylopy — Cobus Kob i pręgowatych antylop. Przeszły niedawno, a powracały od rzeki. Widziałem stado jasnobrunatnych, szybkich jak myśl, antylop — sonów (Cobus Kob) i mój operator zdążył uchwycić je na film, lecz dla strzału już nie było czasu. Spłoszył je bowiem szczęk aparatu, więc pomknęły ku gęstym krzakom „karité“ i rafji, znikając w nich jak widma puszczy.
Z wysokiej, soczystej trawy z łopotem skrzydeł co chwila porywają się i zapadają o kilkanaście kroków dalej kuropatwy, frankoliny, dzikie perliczki, a nawet stare znajome — przepiórki i z braku prosa kryją się w gęstwinie niewysokich krzaczków, pokrytych czerwonemi, bardzo kwaśnemi jagodami, których nawet murzyńskie podniebienie znieść nie może, bo smakuje jak szczera tanina.
Parę razy woddali podniosły się i odleciały czujne dropie, a za niemi czarne o białych piórach na końcach potężnych skrzydeł — Kalao — (Bucorax abyssynicus) o dziwacznych dzióbach.
Wpobliżu małego strumyczka przeszło nam drogę spore stado małp-Papio. Były tam same stare samce, ponure i podejrzliwe zwierzęta. Jeden z Papio wdrapał się na wierzchołek drzewa, obejrzał nas uważnie i, wydawszy ochrypły, ostrzegawczy krzyk, zesunął się na ziemię i w wielkich susach przyłączył się do zmykających towarzyszy. Długo potem dochodziły nas jeszcze niezadowolone rechotania małp.
Opowiadano nam, że Papio stadami napadają na lamparty i nawet na ludzi, kalecząc lub zabijając swe ofiary.
Nie wątpię, że dość trzech takich drabów, jakich spotkaliśmy na sawannie przed Bandama, aby zwalczyć najsilniejszego murzyna, bo były to okazy wprost przerażające swemi rozmiarami.
Tak posuwaliśmy się ku rzece.
Słońce weszło i w okamgnieniu, rozwiawszy lub raczej wyssawszy lekką mgłę poranną, prażyć jęło nas nielitościwie aż para zaczęła się podnosić od mokrego od rosy ubrania i obuwia.
Ale! Ale!
Dawno już chciałem, lecz wciąż zapominałem zrobić reklamę polskiemu obuwiu turystycznemu. Posiadam trzewiki roboty polskiego mistrza szewskiego, p. Romanika z Zakopanego. Są to mocne trzewiki z nieprzemakalnej skóry, przełożonej na szwach pęcherzem, o podwójnych podbitych gwoździami i hakami podeszwach i obcasach — niskich a szerokich. Przeszły te trzewiki polskiej roboty cały kamienisty, z ostrych laterytów złożony szlak, przez grzbiet Futa-Dżalon, mokły w Nigrze i bagnach Dolnej Gwinei, przecięły brussę sudańską i Wysokiej Wolty i nic ich nie wzięło. Mógłbym je sprzedać za taką cenę, za jaką je w Zakopanem nabyłem, szczególnie teraz… przy spadku waluty. Dobre są te romanikowskie trzewiki jeszcze dlatego, że mając je na nogach, zawsze mogłem odnaleźć swój ślad, a więc nigdy nie zbłądziłem.
Czeskie i francuskie trzewiki moich pomocników okazały się bez porównania słabsze.
Doszliśmy więc do rzeki, lecz długo jeszcze posuwaliśmy się jej brzegami, zdala zresztą od wody.
Dziwna rzecz! Wyszliśmy, mając ze sobą zaledwie pięciu murzynów, lecz teraz kroczyło za nami i obok nas około pięćdziesięciu nagusów z oszczepami i łukami w rękach.
Niby sępy na padlinę zbiegli się murzyni z trzech okolicznych wiosek, wietrząc „mięso“, które już widzieli przed sobą, spoglądając z zachwytem na nasze strzelby.
Nigdy i nigdzie, jeżeli tylko wpobliżu znajduje się osada murzyńska, nie można ukryć się od tubylców. Myśliwy zawsze będzie miał w tym wypadku liczną, czasem nawet zbyt liczną eskortę, bo za nagimi mężami i ojcami przez krzaki pokryjomu suną ich nagie córy i małżonki, uzbrojone w potworne noże — „maczety“, kosze i misy — „kalbasy“ na mięso, którego jeszcze niema.
Przy takich warunkach, gdy na myśliwego, mierzącego do zwierza, patrzą setki głodnych i rozpalonych źrenic, strzelanie nie jest rzeczą zgoła łatwą i przyjemną. Strzał, jak każda zbrodnia i przelew krwi, lubi przecież tajemnicę i samotność.
Nasz Konan robi nam znak ręką, wskazując na głęboki na dwa metry, a szeroki na dziesięć — dół, wyryty w glinie nadbrzeżnej.
— Co to jest? — pytam strzelca.
— To „mali“ (hipopotamy) wychodzą tu po nocach z wody i liżą ziemię, bo zawiera w sobie sól! — odpowiada.
Istotnie na twardej glinie pozostały odbicia ogromnych nóg i palców hipopotamów.
Konan podchodzi do mnie bliżej i ciągnie dalej:
— Murzyni czają się ze swemi skałkowemi karabinami i gdy hipopotam wychodzi na brzeg, wypuszczają w niego nabój, złożony z odłamków starego żelaza…
— Cóż z nim robią później? — zadaję pytanie.
Konan podnosi ramiona i, patrząc na mnie z politowaniem, odpowiada:
— Wszak to jest mięso, a więc zjadają je!
Istotnie sporo kości hipopotamowych odnalazłem później w gąszczu krzaków okolicznych i ślady wielkich i licznych uczt murzyńskich.
Konan tymczasem posłał murzynów, aby wyszukali miejsca, gdzie się hipopotamy znajdują. Czarni, zręczni ludzie znikają w gąszczu.
— Musimy tu czekać na ich powrót! — objaśnia Konan. — Upłynie co najmniej godzina, aż znajdą oni „mali“…
Zapalam więc papierosa i, ulokowawszy się jak najwygodniej w cieniu ogromnej palmy, zaczynam wypytywać mego czarnego przyjaciela o jego przygody myśliwskie.
Jednak nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy z zarośli, otaczających rzekę, wychylił się murzyn i zaczął zawzięcie robić ręką jakieś znaki.
— „Mali“ są blisko — przejmującym szeptem myśliwskim mówi Konan.
Rzucam papierosa, zapominam o miłym cieniu palmy, porywam swój ciężki ekspres i za Konanem zanurzam się do lasu.
Wyboista ścieżka, wydeptana przez hipopotamy, pełna dołów, ukrytych pod grubą warstwą błota i wody, jakieś kępy, czepiająca się nóg trawa, pokryte krzywemi kolcami liany, sieć gałęzi i krzaków utrudnia nasz pochód, jednak pracując nożami, posuwamy się wciąż naprzód.
Nareszcie przez gąszcz błysnęła rzeka, zalana słońcem.
Idziemy wolno, bez szmeru, aby nie spłoszyć hipopotamów, które muszą być blisko. Jestem tego pewny, bo widzę spiżowe ciała wysłanych na zwiady murzynów, tkwiące nieruchomo na brzegu rzeki. Przywarły one do pni drzew nadbrzeżnych, wcisnęły się pomiędzy ich konary, a pałające oczy patrzą drapieżnie gdzieś na rzeką, dokąd skradam się coraz ostrożniej.
Po paru minutach stoję już, zaczajony za krzakami i oglądam wodną przestrzeń. Konan przykucnął tuż przy mnie i utkwił swoje nieruchome oczy przed siebie.
Rzeka Bandama rozlewa się tu szeroko i ma około dwustu metrów od brzegu do brzegu. Blask nieznośny bije mi wprost w oczy, to słońce wściekło się widocznie, i leje, jak z rogu obfitości, całe kaskady żółtych, gorących i olśniewających promieni.
Jednak nic nie przeszkodzi myśliwemu!
Przebijam wzrokiem świetlaną płachtę i spostrzegam o 80 metrów od siebie całe stado hipopotamów. Jest ich tu sześć sztuk. Wygramoliły się na podwodne kamienie lub na mieliznę i wygrzewają się na słońcu.
— Niech pan nie strzela teraz! — szepce Konan, widząc, że podnoszę ekspres. — Zmęczony pan jest marszem, oddycha ciężko, a trafić należy dobrze — w oko lub koło ucha…
Mówiąc to, strzelec bez szmeru ścina dużą gałąź i robi dla mnie widełki, abym mógł umieścić na nich lufę strzelby.
Przyglądam się tymczasem hipopotamom. Widzę przez słoneczną mgłę ich do połowy zanurzone w wodzie potworne głowy i olbrzymie szaroróżowe cielska. Wydać się może, że to kupę tłuszczu złożono do wody.
Hipopotamy leżą bez ruchu i tylko od czasu do czasu poruszają małemi uszami.
Kładę na widełki swój ekspres i mierzę starannie do najbliższego potwora, tuż za okiem, w kierunku ucha.
O, gdyby chodziło o to, aby umieścić kulę gdzieś za łopatką, to byłbym pewny strzału, lecz tu trzeba trafić koło oka, więc mierzę starannie, bardzo starannie!
Bucha strzał. Widzę dokładnie, że kula nie uderzyła w wodę, ani przed, ani za głową zwierza.
— Trafiony! Trafiony śmiertelnie! — woła Konan.
Krzyczą i radośnie klaszczą w dłonie murzyni i zbiegają z brzegu ku samej wodzie.
Hipopotamy po strzale moim z wielkim pluskiem w popłochu rzuciły się do rzeki i płynęły pod wodę, podnosząc duże fale, z szumem i siłą bijące o brzeg. Tylko jeden z hipopotamów długo płynął, wystawiwszy łeb i grzbiet, tak że mogłem posłać mu drugą kulę; przewracał się w wodzie na bok, bił nogami i z hałasem wyrzucał wodę przez nozdrza. Ten istotnie był raniony śmiertelnie. Hipopotamy, zabite przez nas, należały do pospolitego w Afryce rodzaju Hippopotamus amphibius, a więc do największych okazów, ważących do 2500 kilogramów. Sama głowa tych potworów waży do 200 klg. Jednak w rzekach, wpadających do zatoki Gwinejskiej, a niektórzy miejscowi myśliwi twierdzą, że i w rzekach południowej Gwinei, spotkać można inny rodzaj hipopotamów. Jest to — Hippopotamus liberiensis lub hipopotam-karzeł. Różni się on od swego pospolitego krewniaka brakiem jednego zęba w obydwóch połowach dolnej szczęki, znacznie mniejszą wagą i zabarwieniem. Grzbiet zwierza posiada prawie czarną, boki — zielonkawoczarną, a brzuch — zielonkawobiałą barwę. Waga tego hipopotama dochodzi zaledwie do 400 kilogramów. Ten jednak rodzaj jest już widocznie na wymarciu, gdyż coraz rzadziej spotkać go można w zachodniej części kontynentu.
Denerwującem jest polowanie na hipopotamy. Cel dla strzału jest mały, mimo olbrzymich rozmiarów zwierza, warunki strzelania niedogodne, bo widać tylko górną połowę głowy, gdyż hipopotam jest podobny do ogromnej żaby, wynurzającej się z wody. Po najlepszym strzale upływa godzina lub dwie w niepewności: zabity czy nie zabity?
Nawet śmiertelnie ugodzony hipopotam żyje jeszcze dość długo, płynie lub sunie dnem, aż zginie, i dopiero wtedy, gdy pochłonięty przez niego pokarm zaczyna mu w żołądku fermentować, — wypływa na powierzchnię.
Tak też było i z moim hipopotamem, którego zjedli ze smakiem murzyni.
O parę kilometrów dalej mój operator kinematograficzny odnalazł inne hipopotamy i zaczął je filmować. To wzbudziło najpierw zdziwienie, a potem oburzenie murzynów.
— Tyle mięsa, a ten biały robi jakieś głupstwa, kreci maszynę i nie strzela!
Kompletny bunt powstał z tego powodu.
Lecz operator, wykręciwszy potrzebną dozę filmu, strzelił do hipopotama z Mausera 10,75 mm i w godzinę później murzyni już wyciągali lianami zdobycz na brzeg rzeki.
Prawie w okamgnieniu murzyni, murzynki i murzyniątka, uzbrojone w długie noże, poćwiartowały i podzieliły naszą zdobycz. Czarni ludzie w jakiejś ekstazie pożerali prawie surowe mięso, tłuszcz i cuchnące wnętrzności hipopotamów.
My zażądaliśmy dla siebie tylko głowy i jednej nogi.
Tę ostatnią zjedliśmy tego wieczoru na kolację, a smakowała nam jak najlepiej przyrządzone nóżki cielęce, bo była miękka i delikatna.
Głowy zaś odpreparowano dla nas i wieziemy je do Polski.
Parę dni później byłem w innem miejscu rzeki Bandama, gdzie znaleźliśmy tylko jednego hipopotama.
Konan ustawił dla mnie widełki, lecz miałem niefortunny pomysł strzelać z Manlichera kal. 8 mm z lunetą. W chwili, gdy naciskałem cyngiel, jeden z murzynów zlekka mnie potrącił, kula poszła wyżej, a hipopotam zniknął w wodzie. Mój operator kinematograficzny ścigał go w pirodze i strzelał doń pięć razy, lecz tego dnia murzyni nie mieli „mięsa“, a my nie delektowaliśmy się „nóżkami“… hipopotamowemi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.