Starcy z przedświtu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Starcy z przedświtu
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała Tajemnicza róża
Pobierz jako: Pobierz Cała Tajemnicza róża jako ePub Pobierz Cała Tajemnicza róża jako PDF Pobierz Cała Tajemnicza róża jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Starcy z przedświtu.

Niedaleko Przylądka Topielca, koło Rosses, w tem miejscu, gdzie opuszczony dom retmański spogląda na morze dwoma oknami, niby oczyma, stała w zeszłem stuleciu brudna chałupa. Była ona również strażnicą, ponieważ mieszkał tam niejaki Michał Bruen, starzec, który w swoim czasie był przemytnikiem, a obecnie był ojcem i dziadkiem przemytników, jego zaś obowiązek polegał na tem, by za nadejściem nocy, gdy wysmukły skuner pokryjomu przerzynał zatokę od strony Roughley, zapalić rogową latarnię w oknie południowem, żeby wiadomości ze świata mogły się przedostawać na Wyspę Dorrena, a stąd przy świetle drugiej latarni rogowej, do sioła Rosses. Oprócz tego przyświecania statkom i posyłkom niewiele miał styczności z ludźmi, gdyż był stary i nie myślał o niczem jak tylko kajaniu swej duszy u stóp hiszpańskiego krucyfiksu, wyrzezanego z dębiny, który wisiał przy kominku, lub ślęczeniu nad różańcem z kamiennych paciorków, przywiezionych mu niegdyś z Francji wśród przemyconych jedwabi i haftów. W jedną noc czuwał przez wiele godzin, ponieważ wiał wiatr łagodny i pomyślny, to też niejedną modlitwą obdarzył La Mère de Miséricorde; widząc jednak, że świt już pobielał niebo na wschodzie i że skuner nie odważy się za dnia okrążyć Roughley i zapuścić tu kotwicy, zamierzał już spocząć na wiązce słomy, gdy ujrzał długi klucz czapel, ciągnących zwolna od strony Wyspy Dorrena ku bajorom, nawpół zarosłym trzciną, które znajdują się poza tak zwanem drugiem Rosses. Nie widywał nigdy przedtem czapel, lecących nad morzem, gdyż są to ptaki lądowe, to zaś wyrwało go z powszedniej gnuśności; potrosze z tego powodu, a jeszcze w większej mierze, ponieważ opóźnienie się skuneru wpłynęło na pustki w jego śpiżarni, wziął zardzewiałą strzelbę, której lufa była przewiązana kawałkiem sznurka i wyprawił się śladem czapel na mokradła.
Gdy już podszedł tak blisko, że mógł posłyszeć szelest oczeretu na najbardziej wysuniętem bagienku, na świecie wyszarzał już poranek, tak iż strzeliste trzciny, ciche wody, przelotne obłoki i zwiewne smużki mgieł, leżące pośród usypisk piaskowych, wyglądały ni to wyrzeźbione z olbrzymiej perły. Wkrótce nadybał czaple, których była tam ilość niemała, stojących w płytkiej wodzie z jedną nogą podniesioną; przycupnąwszy za kępą tataraku, obejrzał panewkę rusznicy i zgarbił się na chwilę nad różańcem, mamrocąc:
— Święty patronie Patryku, daj mi ustrzelić czaplę; przyrządzę z niej pieczyste, co mi wystarczy na jakie cztery dni, gdyż nie jadam już tyle, co za lat młodszych. Jeżeli ustrzeżesz mnie od spudłowania, będę odmawiał do Ciebie różaniec co wieczór, dopóki nie zjem czapli.
Następnie położył się, i opierając strzelbę na wielkim kamieniu, zmierzył się do czapli, stojącej na kępce miękkiej trawy nad strumykiem wpadającym do bajorka, albowiem obawiał się, że mógłby się nabawić reumatyzmu, brnąc przez wodę, do czego byłby zniewolony, gdyby zabił jedną z tych, co stały na grzęzawisku. Lecz kiedy przyłożył oko do lufy, czapla znikła, a na jej miejscu, ku jego zdumieniu i grozie, stał jakiś człek okropnie stary i zgrzybiały. Opuścił rusznicę — i znów stała tam czapla z pochyloną głową i nieruchomemi lotkami, jakgdyby spała od stworzenia świata. Podniósł broń powtórnie w górę, a ledwo przyłożył ją do oka, aż tu znowu jakieś licho stawiło przed nim starego człeka, który znów szczezł, gdy Michał po raz drugi odjął broń od oka. Odłożył przeto rusznicę, przeżegnał się trzy razy, odmówił ojczenasz i zdrowaś i mruknął półgłosem:
— Jakowyś nieprzyjaciel Boga i mego niebieskiego orędownika stoi hań na gładziźnie i łowi ryby w pobłogosławionej wodzie! — poczem wycelował zwolna a dokładnie... i wypalił. Gdy dym się rozwiał, obaczył szarego człeka, powalonego na ziemi, oraz długi klucz czapel, lecących z wrzawą nad morze. Obszedł łachę bajora i dochodząc do strumyka, ujrzał jakąś postać, okutaną w wypłowiałe odzienie z czarnej i zielonej materji, o staroświeckim kroju, zbroczone krwią. Potrząsnął głową, widząc nędzę tak wielką. Naraz łachmany poruszyły się i wysunęła się z nich ręka, zmierzając ku różańcowi, wiszącemu na szyi Bruena, a długie, kościste palce niemal tknęły się krzyża. Cofnął się, krzycząc:
— Czarowniku! nie pozwolę na to, by jakaś moc nieczysta miała naruszać me poświęcane paciorki! — a poczucie wielkiego niebezpieczeństwa, którego w porę uniknął, przejęło go dreszczem.
— Jeżeli mnie posłuchasz, — odrzekł głos tak słaby, że brzmiał raczej jak westchnienie, — tedy dowiesz się, że nie jestem czarownikiem i pozwolisz ucałować mi krzyż, zanim umrę.
— Posłucham cię, — odpowiedział przemytnik, — lecz nie pozwolę ci się tknąć mych poświęcanych paciorków! — i usiadłszy na trawie nieopodal od konającego, nabił powtórnie broń, położył ją sobie na kolanach i udawał, że słucha.
— Przed laty (nie wiem, ile już pokoleń przeszło od tego czasu), my, którzyśmy są dzisiaj czaplami, byliśmy ludźmi uczonymi na dworze króla Leaghaire’a; nigdyśmy nie chadzali na łowy ani na bój, ani nie słuchaliśmy modlitw Druidów, a nawet miłość, o ile nas nawiedzała, była tylko przelotnym płomieniem. Druidowie i gądkowie opowiadali nam po wielekroć o nowym Druidzie Patryku, a większość ich była nań rozżarta, zasię niewielu z nich uważało jego naukę poprostu za naukę o bogach, jeno przełożoną na inne wyrazy i znaki, i oświadczało, że należy go powitać chętnem sercem; lecz myśmy ziewali pośrodku ich opowieści. Wkońcu jęli krzyczeć, że ów przybywa na dwór królewski i znowu wszczęli sprzeczkę, lecz myśmy nie słuchali żadnej ze stron, gdyż zajęci byliśmy rozprawianiem o zaletach wiersza długiego i krótkiego; nie zaniepokoiliśmy się również, gdy owi wyszli za wrota z różdżkami czarodziejskiemi pod pachą, zdążając w stronę lasu, by czoło stawić przybyszowi, ani też gdy z nastaniem nocy powrócili w podartej odzieży i krzycząc rozpaczliwie; albowiem zgrzyt rylców, piszących nasze myśli w Ogham, napełniał nas spokojem, a nasze rozprawy napawały nas radością; byliśmy nieporuszeni nawet wówczas, gdy rankiem mijały nas tłumy, chcące posłuchać obcego Druida, co głosił przykazania swego Boga. Rzesze przeszły, a jeden z nas, który odłożył rylec, by ziewnąć i przeciągnąć się, usłyszał głos przemawiający z oddali i poznał, że to Druid Patryk miał kazanie wewnątrz królewskiego dworu; lecz serca nasze były głuche, więc ryliśmy, rozprawiali i czytali, a niekiedy prześmiewaliśmy się i przekomarzali pocichu. Wkrótce usłyszeliśmy odgłos wielu stóp, zmierzających ku domowi, a naraz we drzwiach stanęły dwie osoby: jedna w białej szacie, a druga w czerwieni, niby wielka lilja i ciężki mak; poznaliśmy druida Patryka i naszego króla Leaghaire’a. Odłożyliśmy podługowate rylce i pokłoniliśmy się królowi, lecz skoro czarne z zielonem szaty przestały szeleścić, przemówił do nas nie grzmiący, chrapliwy głos króla Leaghaire’a, lecz jakiś głos nieznajomy, w którym brzmiało uniesienie, jako w owym, co przemawia z poza zapory płomienia Druidów:
— Głosiłem przykazania Stworzyciela świata — mówił ten głos — w dworzyszczu królewskiem, a od środka ziemi aż po bramy niebieskie panowało ogromne milczenie; orzeł ważył się na nieruchomych skrzydłach w białem przestworzu, a ryba na nieruchomych płetwach w pomrocznej toni, makolągwy, mysikróliki i wróbelki pośród ciężkich gałęzi uciszyły wiecznie szczebiotliwe języczki; obłoki stężały jako biały marmur, rzeki stanęły jako gładkie zwierciadła, a raczki-szkraby kędyś na snadziznach i łachach nadmorskich jeszczeby chciały wiecznie trwać w cierpliwości, choć im to było trudno...
Gdy wymieniał te stworzenia, był jako król, wyliczający swych podwładnych.
— ...Lecz wasze kończyste rylce wciąż jeno: zgrzyt! zgrzyt! skrobiąc po klepkach dębowych, a głos ten, mącący ciszę powszechną, przejął gniewem aniołów. O, cherlawe wy płonki, zwarzone zimą, co nie zbudzicie się do życia mimo że nad wami lato przechodzi tysiącznemi stopy! O ludzie, nie biorący udziału w miłości ni w pieśni, ni w mądrości, lecz przebywający w mrokach pamięci, gdzie nie poruszą was stopy aniołów, przechodzących nad waszemi głowami, ani nie otrą się o was włosy biesów, przechodzących pod nogami waszemi! Rzucam na was klątwę i dla przykładu przemienię was na wieki wieków; staniecie się czaplami, będziecie stawali w zadumie w siwych kałużach i przelatywali nad światem o tej godzinie, gdy na nim najwięcej bywa westchnień, gdy zapomniano o blaskach gwiazd, a jeszcze nie doczekano się blasków słońca. I będziecie to samo głosili innym czaplom, póki i one nie staną się jako wy i nie będą przykładem na wieki wieków, a śmierć przychodzić do was będzie od przypadku i nieoczekiwanie, żeby ogień pewności nie mógł nawiedzać serc waszych.
Głos sędziwego męża uczonego ucichł, a przemytnik pochylił się nad strzelbą i wbił oczy w ziemię, napróżno siląc się, by zrozumieć choć coś niecoś z jego bajania; możeby tak zgarbiony przesiedział czas długi, gdyby nagle szarpnięcie za różaniec nie wyrwało go z zadumania. Stary człek uczony przyczołgał się po trawie i usiłował przyciągnąć krzyż tak nisko, iżby mógł jego dosięgnąć ustami.
— Wara ci ruszać moje poświęcane paciorki! — krzyknął stary pobożniś i lufą strzelby trzepnął po długich, wychudłych palcach. Niepotrzebnie się wzdrygnął, gdyż starzec zwalił się z jękiem nawznak na murawę i leżał cicho. Pochylił się i jął się przypatrywać czarno-zielonej odzieży, gdyż strach począł go opuszczać, skoro doszedł do zrozumienia, że posiadał coś, czego pożądał i o co się prawował ów człek uczony, teraz zaś, gdy poświęcone paciorki ocalały, odleciała go wszelka trwoga; przyszło mu też na myśl, że jeżeli ta wielka opończa i obcisły pod nią kubrak są ciepłe i niepodziurawione, to pewnikiem Święty Patryk zdejmie z nich zaklęcie i uczyni je zdatnemi do użytku ludzkiego. Lecz czarne i zielone szmaty, ledwo je tknął palcami, rozpadły się w strzępy, za chwilę zaś stało się nowe dziwo: oto słabiuchny wietrzyk, co zadął z nad grążeli, skurczył zwłoki uczonego starca wraz z jego staroświeckim strojem w garstkę prochu, a następnie coraz to bardziej rozwiewał i rozwiewał tę garsteczkę, aż nie pozostało nic oprócz gładkiej zielonej murawy....

∗             ∗




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.