Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ślęczeniu nad różańcem z kamiennych paciorków, przywiezionych mu niegdyś z Francji wśród przemyconych jedwabi i haftów. W jedną noc czuwał przez wiele godzin, ponieważ wiał wiatr łagodny i pomyślny, to też niejedną modlitwą obdarzył La Mère de Miséricorde; widząc jednak, że świt już pobielał niebo na wschodzie i że skuner nie odważy się za dnia okrążyć Roughley i zapuścić tu kotwicy, zamierzał już spocząć na wiązce słomy, gdy ujrzał długi klucz czapel, ciągnących zwolna od strony Wyspy Dorrena ku bajorom, nawpół zarosłym trzciną, które znajdują się poza tak zwanem drugiem Rosses. Nie widywał nigdy przedtem czapel, lecących nad morzem, gdyż są to ptaki lądowe, to zaś wyrwało go z powszedniej gnuśności; potrosze z tego powodu, a jeszcze w większej mierze, ponieważ opóźnienie się skuneru wpłynęło na pustki w jego śpiżarni, wziął zardzewiałą strzelbę, której lufa była przewiązana kawałkiem sznurka i wyprawił się śladem czapel na mokradła.
Gdy już podszedł tak blisko, że mógł posłyszeć szelest oczeretu na najbardziej wysuniętem bagienku, na świecie wyszarzał już poranek, tak iż strzeliste trzciny, ciche wody, przelotne obłoki i zwiewne smużki mgieł, leżące pośród usypisk piaskowych, wyglądały ni to wyrzeźbione z ol-

136