Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brzymiej perły. Wkrótce nadybał czaple, których była tam ilość niemała, stojących w płytkiej wodzie z jedną nogą podniesioną; przycupnąwszy za kępą tataraku, obejrzał panewkę rusznicy i zgarbił się na chwilę nad różańcem, mamrocąc:
— Święty patronie Patryku, daj mi ustrzelić czaplę; przyrządzę z niej pieczyste, co mi wystarczy na jakie cztery dni, gdyż nie jadam już tyle, co za lat młodszych. Jeżeli ustrzeżesz mnie od spudłowania, będę odmawiał do Ciebie różaniec co wieczór, dopóki nie zjem czapli.
Następnie położył się, i opierając strzelbę na wielkim kamieniu, zmierzył się do czapli, stojącej na kępce miękkiej trawy nad strumykiem wpadającym do bajorka, albowiem obawiał się, że mógłby się nabawić reumatyzmu, brnąc przez wodę, do czego byłby zniewolony, gdyby zabił jedną z tych, co stały na grzęzawisku. Lecz kiedy przyłożył oko do lufy, czapla znikła, a na jej miejscu, ku jego zdumieniu i grozie, stał jakiś człek okropnie stary i zgrzybiały. Opuścił rusznicę — i znów stała tam czapla z pochyloną głową i nieruchomemi lotkami, jakgdyby spała od stworzenia świata. Podniósł broń powtórnie w górę, a ledwo przyłożył ją do oka, aż tu znowu jakieś licho stawiło przed nim starego człeka, który znów szczezł, gdy Michał po raz drugi od-

137