Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odzieży i krzycząc rozpaczliwie; albowiem zgrzyt rylców, piszących nasze myśli w Ogham, napełniał nas spokojem, a nasze rozprawy napawały nas radością; byliśmy nieporuszeni nawet wówczas, gdy rankiem mijały nas tłumy, chcące posłuchać obcego Druida, co głosił przykazania swego Boga. Rzesze przeszły, a jeden z nas, który odłożył rylec, by ziewnąć i przeciągnąć się, usłyszał głos przemawiający z oddali i poznał, że to Druid Patryk miał kazanie wewnątrz królewskiego dworu; lecz serca nasze były głuche, więc ryliśmy, rozprawiali i czytali, a niekiedy prześmiewaliśmy się i przekomarzali pocichu. Wkrótce usłyszeliśmy odgłos wielu stóp, zmierzających ku domowi, a naraz we drzwiach stanęły dwie osoby: jedna w białej szacie, a druga w czerwieni, niby wielka lilja i ciężki mak; poznaliśmy druida Patryka i naszego króla Leaghaire’a. Odłożyliśmy podługowate rylce i pokłoniliśmy się królowi, lecz skoro czarne z zielonem szaty przestały szeleścić, przemówił do nas nie grzmiący, chrapliwy głos króla Leaghaire’a, lecz jakiś głos nieznajomy, w którym brzmiało uniesienie, jako w owym, co przemawia z poza zapory płomienia Druidów:
— Głosiłem przykazania Stworzyciela świata — mówił ten głos — w dworzyszczu królewskiem,

140