Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Posłucham cię, — odpowiedział przemytnik, — lecz nie pozwolę ci się tknąć mych poświęcanych paciorków! — i usiadłszy na trawie nieopodal od konającego, nabił powtórnie broń, położył ją sobie na kolanach i udawał, że słucha.
— Przed laty (nie wiem, ile już pokoleń przeszło od tego czasu), my, którzyśmy są dzisiaj czaplami, byliśmy ludźmi uczonymi na dworze króla Leaghaire’a; nigdyśmy nie chadzali na łowy ani na bój, ani nie słuchaliśmy modlitw Druidów, a nawet miłość, o ile nas nawiedzała, była tylko przelotnym płomieniem. Druidowie i gądkowie opowiadali nam po wielekroć o nowym Druidzie Patryku, a większość ich była nań rozżarta, zasię niewielu z nich uważało jego naukę poprostu za naukę o bogach, jeno przełożoną na inne wyrazy i znaki, i oświadczało, że należy go powitać chętnem sercem; lecz myśmy ziewali pośrodku ich opowieści. Wkońcu jęli krzyczeć, że ów przybywa na dwór królewski i znowu wszczęli sprzeczkę, lecz myśmy nie słuchali żadnej ze stron, gdyż zajęci byliśmy rozprawianiem o zaletach wiersza długiego i krótkiego; nie zaniepokoiliśmy się również, gdy owi wyszli za wrota z różdżkami czarodziejskiemi pod pachą, zdążając w stronę lasu, by czoło stawić przybyszowi, ani też gdy z nastaniem nocy powrócili w podartej

139