Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jął broń od oka. Odłożył przeto rusznicę, przeżegnał się trzy razy, odmówił ojczenasz i zdrowaś i mruknął półgłosem:
— Jakowyś nieprzyjaciel Boga i mego niebieskiego orędownika stoi hań na gładziźnie i łowi ryby w pobłogosławionej wodzie! — poczem wycelował zwolna a dokładnie... i wypalił. Gdy dym się rozwiał, obaczył szarego człeka, powalonego na ziemi, oraz długi klucz czapel, lecących z wrzawą nad morze. Obszedł łachę bajora i dochodząc do strumyka, ujrzał jakąś postać, okutaną w wypłowiałe odzienie z czarnej i zielonej materji, o staroświeckim kroju, zbroczone krwią. Potrząsnął głową, widząc nędzę tak wielką. Naraz łachmany poruszyły się i wysunęła się z nich ręka, zmierzając ku różańcowi, wiszącemu na szyi Bruena, a długie, kościste palce niemal tknęły się krzyża. Cofnął się, krzycząc:
— Czarowniku! nie pozwolę na to, by jakaś moc nieczysta miała naruszać me poświęcane paciorki! — a poczucie wielkiego niebezpieczeństwa, którego w porę uniknął, przejęło go dreszczem.
— Jeżeli mnie posłuchasz, — odrzekł głos tak słaby, że brzmiał raczej jak westchnienie, — tedy dowiesz się, że nie jestem czarownikiem i pozwolisz ucałować mi krzyż, zanim umrę.

138