Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w siwych kałużach i przelatywali nad światem o tej godzinie, gdy na nim najwięcej bywa westchnień, gdy zapomniano o blaskach gwiazd, a jeszcze nie doczekano się blasków słońca. I będziecie to samo głosili innym czaplom, póki i one nie staną się jako wy i nie będą przykładem na wieki wieków, a śmierć przychodzić do was będzie od przypadku i nieoczekiwanie, żeby ogień pewności nie mógł nawiedzać serc waszych.
Głos sędziwego męża uczonego ucichł, a przemytnik pochylił się nad strzelbą i wbił oczy w ziemię, napróżno siląc się, by zrozumieć choć coś niecoś z jego bajania; możeby tak zgarbiony przesiedział czas długi, gdyby nagle szarpnięcie za różaniec nie wyrwało go z zadumania. Stary człek uczony przyczołgał się po trawie i usiłował przyciągnąć krzyż tak nisko, iżby mógł jego dosięgnąć ustami.
— Wara ci ruszać moje poświęcane paciorki! — krzyknął stary pobożniś i lufą strzelby trzepnął po długich, wychudłych palcach. Niepotrzebnie się wzdrygnął, gdyż starzec zwalił się z jękiem nawznak na murawę i leżał cicho. Pochylił się i jął się przypatrywać czarno-zielonej odzieży, gdyż strach począł go opuszczać, skoro doszedł do zrozumienia, że posiadał coś, czego pożądał i o co się prawował ów człek uczony, teraz zaś,

142