Skarb Wysp Andamańskich/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Skarb Wysp Andamańskich
Podtytuł powieść dla młodzieży
Wydawca Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne Bibljoteka Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ
ÓSMY
NAPAD

Pewnej niedzieli, gdy Minkopi, pracujący na wyrębie puszczy, korzystając z wolnego dnia, odeszli do swoich wiosek w dżungli, Baharana zajrzał do biura pana Krawczyka. Stary Minkopi prosił o pozwolenie zabrania Władka i Dżaira do wioski tubylczej na cały dzień. Pan Roman zgodził się chętnie i kazał dla nich osiodłać trzy zebu.
Wkrótce chłopcy jechali ścieżką leśną, którą prowadził ich Baharana. Zebu szły wolno, gdyż korzenie, bagna i zbiegające z gór strumyki tamowały ruch; zwisające zaś liany, gąszcz krzaków i zwały kamieni zmuszały jeźdźców do dalekich nieraz objazdów.
Z haszczy raz po raz z głośnem chrząkaniem wypadały spłoszone czarne dziki, z przeraźliwym krzykiem zrywały się pięknie opierzone argusy[1], na które chciwie spoglądał Baharana — łowiec leśny. Władek schwytał po drodze kilka olbrzymich, barwnych motyli, myśląc o tem jak bardzo ucieszy się profesor John Bark, gdy umieści w swoich zbiorach rzadkie okazy granatowych „Machaonów“[2], niebieskich „morpho“[2], zielonych i czarnożółtych „ornitopter“[2]. Skradając się do dużej, żółtej ćmy, ukrytej w szczelinie drzewa mangrowego, chłopcy spostrzegli olbrzymiego, okrytego czarnem włosiem pająka, który schwytał małą, czerwoną jaszczurkę.
— O, patrz, Dżairze! — zawołał Władek. Jest to największy z pająków — Mygale. Nazywają go też „ptasznikiem“, bo podobno, napada nawet na drobne ptaki. Musimy zabrać tego bandytę do blaszanki!
Długo jednak wywijał się chłopakom kosmaty pająk, ale wkońcu zmuszono go wejść do blaszanki, gdzie został natychmiast zamknięty. Podróżnicy ruszyli dalej i po dwu godzinach ciężkiej drogi, pocięci przez komary i bąki, dojechali do wioski.
Na obszernej polanie, oddawna wypalonej w gąszczu dżungli, stało około pięćdziesięciu chatek trzcinowych, o szpiczastych, stożkowatych strzechach.
Tłum tubylców wybiegł na spotkanie przybywających gości. Zobaczywszy Dżaira, Negritosi padli na kolana i złożyli przed chłopakiem głęboki pokłon. Baharana przemówił do rodaków, poczem tubylcy wydali radosne okrzyki i, otoczywszy Władka, przyklękli przed nim.
— Minkopi witają „brata wodza“! — szepnął Dżair, zaglądając przyjacielowi w oczy.
Długo trwały okrzyki na ich cześć, a nawet — muzyka, gdyż tubylcy zaczęli bić w bębenki i grać na fujarkach. Na odgłos tych najprostszych na świecie instrumentów muzycznych, wszyscy Minkopi otoczyli kołem przybyłych i zaczęli tańczyć. Właściwie nie można było tego nazwać tańcem. Mężczyźni i kobiety, trzymając się za ręce, szli powolnym, miarowym krokiem, poczem robili nagły zwrot i z poważnemi minami kroczyli w odwrotnym kierunku. Na okrzyk Baharany Negritosi przerwali taniec. Przyniesiono natychmiast maty, splecione z bambusu, i usadowiono na nich gości. Po chwili zaczęto znosić poczęstunki. Z wielkich wydrążonych wewnątrz bań nalewano mleko kokosowe[3] i wino palmowe[4] do miseczek z łupin orzechów; na wzorzystych plecionkach z włókien latanij i rafij[5] podawano biały ryż, posypany cynamonem, imbirem i polany brunatnym sokiem trzciny cukrowej; kawałki pieczonego mięsa dzika i kur przynoszono na rożnach z gałązek drzewa żelaznego; w koszach widniały różnokolorowe owoce: złociste banany, zielono-różowe mangi,[6] fioletowe figi i różne orzechy. Uczta trwała długo, bo Negritosi, chociaż mali i szczupli, posiadali znakomite apetyty.
Widząc, że tubylcy zaczęli obficie popijać wino palmowe, śpiewać zbyt głośno, a ten i ów z nich zrywał się nawet do tańca, Baharana skinął na chłopaków i wraz z nimi niepostrzeżenie wycofał się z tłumu. Szli teraz przez wioskę i zaglądali do chat.
Władek nigdy nie widział wsi tubylczej i z ciekawością oglądał te lekkie, z bambusów i trzcin sklecone budowle, niewymownie nędzne i brudne. Około chat wałęsały się czarne, szczeciniaste świnie o długich ryjach i ogromnych, zwisających uszach. Kury szukały pożywienia wśród cuchnących odpadków; łaciaste, chude kotki, siedząc na trzcinowych strzechach, czatowały na drobne ptaszki, a nie gardziły też czarnemi żukami i motylami.
Przed domkami stały drewniane moździerze dla rozcierania ziaren na mąkę i dla wytłaczania oliwy z owoców palm olejnych. Pod strzechami wisiały i suszyły się wydrążone tykwy — jedyne naczynia Minkopi, umiejących nadawać im przeróżne kształty.
Wnętrza chatek wywarły na Władku przykre wrażenie. Ciemne i brudne, pod stożkowatą powałą trzcinowej strzechy zasnute były czarnemi płachtami pajęczyn; jaszczurki pełzały po ścianach; myszy śmigały wśród śmieci i słomy, okrywającej klepisko z gliny. Chłopak nie spostrzegł tam ani stołów, ani zydli. Pośrodku chatki leżało kilka kamieni, gdzie widniała gruba warstwa popiołu, gdyż w nocy palono tu ognisko, aby dymem jego odpędzać moskity, a nawet zakradające się tu nieraz żmije.
Pod ścianą leżała kupa brudnej, cuchnącej słomy — ohydne legowisko mieszkańców.
W głębi chaty na półce bielały jakieś kości. Władek, przyjrzawszy się uważnie, dojrzał cały ich stos, a także szereg czaszek ludzkich. Dżair, spostrzegłszy, że przyjaciel ze zdumieniem przygląda się tym smutnym resztkom ludzkim, zbliżył się do niego i objaśnił:
— Są to kości ojców, matek, braci, sióstr, dzieci i tych wszystkich w rodzinie, którzy zmarli...
— Poco Minkopi przechowują te kości? — spytał Władek.
— Duchy zmarłych pozostają wtedy w domu, pomagają i doradzają żyjącym — poważnym głosem powiedział chłopak.
Władek skinął głową, gdyż przypomniał sobie, że niektóre dzikie szczepy wierzą w nieśmiertelność duszy ludzkiej i w możliwość przywiązania jej do domu, umieszczając w nim kości nieboszczyka. Czytał gdzieś nawet, że Negritosi zakopują zwłoki zmarłych do ziemi, a gdy w grobie pozostaną same tylko kości, zabierają je do swoich chat, kładą pod kamieniami na polach lub noszą przy sobie, jako amulety, wierząc, że dusze wszystkich krewnych i przodków opiekują się i pomagają żyjącym członkom rodziny.
Te szczątki ludzkie miały jednak bardzo przygnębiający wygląd, więc Władek czemprędzej wycofał się z chaty i odetchnął z ulgą, ujrzawszy zalane słońcem drzewa mangowe, banany i palmy kokosowe z wiszącemi na nich orzechami.
Chłopcy i Baharana wyszli poza obręb wsi. Władek zobaczył tu drobne pola tubylców, gdzie w miejscach suchych dojrzewało proso, na zalanych zaś wodą zielenił się ryż. Jednak pożywienia tubylcom dostarczało przedewszystkiem morze, następnie — dżungla i dopiero już potem — ziemia orna. Dokoła chat piętrzyły się całe stosy kości rybich i przeróżne muszle. Puszcza andamańska obfituje w owoc drzewa chlebnego, banany, mangi i — mięso, gdyż Minkopi — wprawni łucznicy — zawzięcie i z powodzeniem polują na dziki, ptactwo, a nawet na duże nietoperze, wiewiórki, ichneumony i drapieżne koty tygrysiaste, szerzące zniszczenie wśród drobiu biednych, ciemnych Negritosów.
Gdy chłopcy w towarzystwie Baharany przyglądali się pięknym drzewom mahoniowym, wysokim na pięćdziesiąt lub może więcej metrów, od strony wioski dobiegły ich przeraźliwe krzyki, głuche huczenie bębnów i piskliwy jazgot fujarek.
— Co się tam dzieje? — spytał Władek.
Baharana kiwnął ręką i szepnął coś do Dżaira. Czarny chłopak zaśmiał się i powiedział:
— Minkopi cieszą się z mego przyjazdu i... ucztują!... Palmowe wino i piwo z prosa uderzyły im do głów. Zapewne zaczęli znów tańczyć...
Jednak wrzawa stawała się coraz głośniejsza. Baharana zaczął nadsłuchiwać niespokojnie, aż wreszcie krzyknął strwożonym głosem:
— Powracajmy do wsi! Prędzej! Prędzej!
Ruszyli biegiem, pędząc wąską ścieżką. Gdy przebiegali przez małą polankę, gwizdnęła nagle strzała i utkwiła w ramieniu starego Negritosa. Baharana, nie zatrzymując się, wyrwał ją i krzyknął:
— Do dżungli!
Czepiając się ljan i potykając się na wystających korzeniach, pędzili teraz naprzełaj ku wiosce. Chłopcy nie zauważyli nawet, jak prześcignęli Baharanę. Stary pozostał za nimi i coraz bardziej zwalniał biegu. Wreszcie przystanął, przycisnął ręce do piersi i, wydawszy przeciągły jęk, runął na ziemię.
Władek z Dżairem wpadli tymczasem na placyk, gdzie ucztowali Minkopi. Zupełnie inaczej wyglądał teraz tłum tubylców. Negritosi stali w szeregu uzbrojeni w łuki. Jakiś stary wojownik biegał przed nimi i machał rękami. Miał na piersiach, ramionach i plecach wytatuowane różne rysunki: słońce, faliste linje, wyobrażające zapewne fale morskie, ryby, drzewa, strzały i kółka. Resztę ciała okrywała mu warstwa ciemno-czerwonej farby. Stary Minkopi wykrzykiwał chrapliwie:
— Kalabon![7] Kalabon!
Wydawszy ten okrzyk, zaczynał wywijać nad głową maczugą z opalonego w ogniu pnia drzewa żelaznego i powtarzał wyjącym głosem:
— Kalabon! Kalabon!
Po każdym okrzyku jego jeden z tubylców odchylał się gwałtownie wtył, naciągał cięciwę łuku i wypuszczał strzałę.
— Kalabon... — wyjąkał Dżair, a w głosie jego zabrzmiała taka trwoga, że Władek z niepokojem popatrzył na przyjaciela.
— Co to znaczy Kalabon? — spytał szeptem.
— Patrz, tam... tam... — drżącym głosem wybełkotał chłopak i ruchem głowy wskazał wysoki pień mahoniu, widocznie, dawno już zrąbanego, bo zdążył już zmurszeć i popękać.
Władek, spojrzawszy we wskazanym kierunku, zadrżał i zrozumiał wszystko. Stał tam człowiek, przywiązany do drzewa. Czarnoskóry, małego wzrostu, jak wszyscy Negritosi, miał włosy kędzierzawe, ułożone w kilka podłużnych pasm — od czoła aż do tyłu głowy. Twarz jego — dziką i groźną — okrywało tatuowanie na policzkach, nosie i brodzie. Ciało połyskiwało grubą warstwą jakiejś tłustej mazi.
Minkopi strzelali do niego z łuków. Każdy z tych celnych łuczników mógłby pierwszą odrazu strzałą przebić serce jeńca, lecz chcieli zapewne męczyć go jak najdłużej, gdyż tymczasem groty wbijały się tylko w drzewo, lekko zaledwie ocierając się brzechwami o ciało. Wkrótce jednak rozległ się przeraźliwy okrzyk starego Negritosa. Kobiety, stojące nauboczu, zawtórowały mu ponurem wyciem i zaczęły wygrażać pięściami i zakrzywionemi niby szpony palcami. Głośniej warczały bębny i zgrzytliwiej jazgotały fujarki bambusowe.
— Kalabon! — ryknął jeden z Minkopi i wypuścił strzałę. Ugrzęzła w drzewie, przebiwszy ucho nieszczęśliwego jeńca.
Władek zrozumiał, że stanie się zbrodnia zamordowania bezbronnego człowieka. Schwyciwszy Dżaira za rękę, pobiegł z nim do pnia z uwiązanym do mego człowiekiem.
— Przemów do swoich ludzi! — rzekł rozkazującym głosem do przyjaciela. — Każ im przestać strzelać i zapytaj, co im złego zrobił ten biedak?
Dżair z oburzeniem spojrzał na Władka.
— Ależ to Kalabon! — warknął gniewnie.
— Kalabon — czy nie Kalabon — nikt nie ma prawa zabijać człowieka! — krzyknął Władek. — Jeśli zawinił — niech oddadzą go władzom. Sąd rozpatrzy jego winę i wyda wyrok...
Dżair powiedział coś staremu tubylcowi, dowodzącemu tłumem Minkopi, a ten stał jak wryty i, wytrzeszczywszy oczy, patrzał na młodocianego wodza. Czarny chłopak mówił tymczasem do Władka:
— Ty nie wiesz, że Kalaboni są naszymi wrogami i nie mają prawa opuszczać gór Szalati... Ten człowiek musi zginąć, bo schwytano go na naszej ziemi!
To powiedziawszy, podniósł głowę i tupnął nogą. Władek jednak nie zwrócił na to żadnej uwagi.
— O Kalabonach opowiesz mi w domu, ale zabić kogokolwiek w mojej obecności nie pozwolę! Rozumiesz, Dżair?
Ponieważ mały Minkopi stał przed nim w milczeniu, a oczy mu błyskały gniewem, Władek klepnął go po ramieniu i dorzucił z naciskiem:
— Prosi cię o to przyjaciel, który uratował ci życie!
Dżair spuścił oczy i po pewnej walce z samym sobą krzyknął donośnym głosem. Był to rozkaz, gdyż tubylcy natychmiast odwiązali jeńca i odeszli od niego, kładąc łuki na ziemi. Kalabon obejrzał się dokoła, jakgdyby niedowierzając wspaniałomyślności wrogów, ale po chwili już jednym susem wpadł do gęstego podszycia dżungli i zniknął w haszczach, jak kamień, wrzucony do morza. Władek tymczasem oglądał się niespokojnie na wszystkie strony, szukając oczyma Baharany.
— Gdzież jest nasz stary? — spytał wreszcie Dżaira.
Ten zaczął go szukać w tłumie, a, nie znalazłszy, kazał tubylcom odnaleźć Baharanę. Minkopi wyruszyli natychmiast na poszukiwanie zaginionego i wkrótce przynieśli go.
Zdawało się, że już nie żył. Oczy miał zamknięte, nie oddychał, a rana na ramieniu nabrzmiała mu i zsiniała. Jakaś kobieta pochyliła się nad nim i, przyłożywszy mu ucho do piersi, słuchała długo, mrucząc coś i płacząc. Wszyscy tubylcy patrzyli na nią i, w oczekiwaniu jej wyroku, również płakali. Andamańczycy płaczą przy każdem wzruszeniu i tylko wściekłość nie powoduje u nich łez. Kobieta po długiem badaniu rannego powiedziała coś sąsiadkom. Pobiegły natychmiast ku chatom, a Dżair mruknął do Władka:
— Baharana został trafiony zatrutą strzałą! Na szczęście nie był to jad „Tszinty-negu“...[8] Może jeszcze uratują go ziołami...
W pół godziny potem kobiety przykładały mu już do rany jakieś zioła i wlewały do ust gorący napój o ostrej woni. Po godzinie zabiegów Baharana odzyskał przytomność, a nawet siły, bo usiadł i mętnym wzrokiem jął się oglądać z niepokojem. Ujrzawszy Dżaira i Władka, uśmiechnął się radośnie i chciał wstać, lecz zachwiał się na nogach i ledwie nie upadł. Chłopcy wsadzili go na zebu i, idąc obok, podtrzymywali go. Wkrótce wjechali na ścieżkę, prowadzącą ku Middle-Hill.
— Jak tylko przyjedziemy na miejsce, rodzice zrobią ci dobry opatrunek i wyleczą zupełnie! — uspakajał Baharanę Władek. — Spieszmy się tylko, bo już mrok zapada i w domu będą się niepokoili o nas...
Nie uszli jednak połowy drogi, gdy ściemniało zupełnie. W powietrzu z cykaniem i głośnym szelestem skrzydeł latały duże jak koty nietoperze. Skądś zdaleka dobiegały jękliwe nawoływania mew.
— Nigdy nie słyszałem, żeby mewy krzyczały w nocy... — pomyślał zdumiony tem Władek.
Głosy mew zbliżały się tymczasem. Rozlegały się już z różnych stron. Jedne dobiegały z pod koron drzew, inne znów — z gąszczu krzaków.
— Mewy w dżungli?... — łamał sobie głowę Władek i chciał powiedzieć o swojem zdumieniu przyjacielowi, gdy nagle z poza drzew wypadły jakieś czarne cienie, zatrzymały się na chwilę, a potem rzuciły się na idących. Rozległy się przerażone krzyki odprowadzających swego wodza tubylców, tupot uciekających, przeciągłe gwizdnięcie kilku strzał.
W następnej chwili ktoś rzucił się na Władka i, nim się on opamiętał, schwycił go za gardło, zdusił i obalił na ziemię. Jacyś głośno sapiący ludzie uwiązali go do drąga i, oparłszy końce jego na ramionach, ponieśli jeńca, w niezrozumiały wprost sposób wymijając w ciemności pnie, wykroty i grząskie bagniska.
Chłopak, oprzytomniawszy nieco, zaczął się rozglądać, kręcąc głową na wszystkie strony. Mrok był tak gęsty, że Władek z trudem mógł dojrzeć idącego tuż przy jego głowie Negritosa, który trzymał na ramieniu drąg. Władek pochwycił nawet ostry zapach potu — zwykły dla mieszkańców wysp Andamańskich, gdyż chronią oni swe ciała od żądeł moskitów maścią, złożoną z zielonkawej gliny, roztartej z tłuszczem żółwim. Niby widma majaczyły w ciemności potężne konary drzew, ale było to — wszystko, co mógł zobaczyć przywiązany do drąga chłopak. Uszu jego zato dobiegały odgłosy cichej, chrapliwemi głosami prowadzonej rozmowy i plusk wody pod stopami kilkunastu ludzi.
— Dżair! Dżair! — krzyknął nagle Władek i, chociaż czyjaś ręka natychmiast zacisnęła mu usta, nadsłuchiwał.
— Jestem związany — dobiegła z nieznacznej odległości odpowiedź Dżaira. — Porwali nas Kalab...
Głos chłopca urwał się nagle. Ludzie, niosący swych jeńców, dodali kroku. Władek, uważny na wszystko, zrozumiał wkrótce, że napastnicy poczęli się wspinać na zbocza gór. Puszcza zaczęła rzednąć, bo tam i sam poprzez konary drzew przeglądały już skrawki nieba, usianego gwiazdami. Kalaboni uważali się tu widocznie bezpieczni, gdyż głosy ich stały się śmielsze i weselsze. Władek raz po raz pochwytywał z rozmów tubylców nazwę gór Szalati. Nie myślał o grożącem mu niebezpieczeństwie, gdyż przedewszystkiem zajmowała go myśl, poco go porwano i co zamierzają z nim zrobić?
— Przecież nie zabiją mnie, bo i — za co? — zadał sobie wreszcie pytanie i ostatecznie się uspokoił.
Nie uspokoiła się tylko ciekawość jego, więc z niecierpliwością oczekiwał dalszego ciągu tej niezwykłej przygody. Martwiła go jedynie myśl o rodzicach, którzy będą się niepokoić, a mama niezawodnie będzie nawet rozpaczać.
— No, ale oni to już odnajdą nas i wykupią z niewoli! — uśmiechnął się Władek i wyprężył się cały. Skrzywił się jednak natychmiast, bo przy tym ruchu krępujące go powrozy mocniej wżarły mu się w ciało. Chłopiec syknął z bólu i zacisnął zęby.
Już dobrze po północy Kalaboni zatrzymali się i złożyli jeńców na ziemi. Władek, obejrzawszy się, spostrzegł leżącego wpobliżu Dżaira. Mały wódz miał całą głowę omotaną jakąś szmatą.
— Pewno zakneblowano mu buzię, bo milczy... — domyślił się chłopak i zaczął rozmyślać nad tem gdzie przynieśli ich Kalaboni.
Wkrótce nie miał już wątpliwości, że znajduje się wysoko w górach. Nie widział tu żadnych budowli. Zdało mu się w pewnej chwili, że gdzieś woddali błysnęła tafla morza. W mroku przebiegały ciemne sylwetki Kalabonów. Widocznie przygotowywali się do czegoś, bo zdradzali pośpiech i niepokój. Po chwili na pobliskim szczycie buchnęły płomienie. W ich świetle Władek widział wyraźnie tatuowane twarze i wymalowane na czerwono piersi i biodra Kalabonów, ostatnie drzewa dżungli i obszerną łąkę, z tkwiącemi w różnych miejscach odłamkami skał. Gdy ogień, rozpalony na jednej z gór, zagasł, Kalaboni gdzieś znikli. Władek, przekonawszy się, że nikogo wpobliżu niema, cichym głosem zapytał:
— Dżair, słyszysz mnie?
— U-hu, u-hu... — wybełkotał czarny chłopak.
— Masz zatkane usta?
— U-hu! U-hu — dobiegła odpowiedź.
— Nie możesz wyrzucić tego knebla?
Zamiast odpowiedzi rozległo się głośne sapanie, pociąganie nosem i prychanie Dżaira. Trwało to dość długo, a Władek nie przerywał przyjacielowi, rozumiejąc, iż stara się wypchnąć to, co mu wtłoczono do ust. Wreszcie rozległ się zachrypnięty i zdyszany głos chłopca.
— Mogę już mówić... Porwali nas Kalaboni...
— To już wiem! — odpowiedział Władek. — Ale poco i dlaczego porwali?
— Kalaboni są wrogami Minkopi, którzy wyparli ich na najwyższe góry...
— Czy często robili napady?
— Jomaga i mój ojciec nieraz odpierali Kalabonów i ścigali ich aż do gór Szalati...
— Hm... — mruknął Władek. — To niedobrze... Ale nie widzę Baharany! Czy nie wiesz, co się z nim stało?
Dżair westchnął ciężko i przez łzy wyjąkał:
— W chwili napadu trzymałem starego za rękę, gdy obsunął się nagle i spadł z siodła... Nie wiem, może ktokolwiek z Kalabonów pchnął go nożem lub włócznią...
Przerwał swoje opowiadanie, ponieważ zaczął głośno szlochać.
— Przestań, gdyż to nie pomoże! — upomniał go Władek i, posłyszawszy czyjeś kroki, szepnął:
— Milcz, bo ktoś się zbliża...
Ledwie padły te słowa, z ciemności wyłoniły się jakieś postacie. Zbliżyły się szybko i, pochyliwszy się nad leżącym Władkiem, przytknęły mu do ust jakieś naczynie. Chłopak poczuł smak mleka koziego, a czując oddawna głód i pragnienie, pił chciwie. Dano mu potem kilka kawałków pieczonej ryby i placek ryżowy. W ten sposób nakarmiono potem i Dżaira. Władek, usiłując przebić wzrokiem czarny mrok, zdołał dojrzeć, iż były to kobiety. Miały na sobie jakieś zapaski, a na szyjach pobrzękiwały im muszle, zawieszone na sznurkach. Nakarmiwszy jeńców, odeszły w milczeniu. Chłopcy więc znowu pozostali sami. Władek rozpoczął przerwaną rozmowę.
— Opowiedz mi o tych Kalabonach, może coś wreszcie wykombinuję, — rzekł do przyjaciela.
Dżair zgrzytnął zębami i sapnął gniewnie.
— Kalaboni — to złe, wściekłe psy! — mruknął i zaczął płakać.
— Ha, że są wściekłe, to na własnej skórze wypróbowałem, ale... to mleko kozie było dobre, może tylko odrobinę zamało wleli go we mnie — zażartował Władek. — Opowiadaj jednak — i nie chlip tak żałośnie, jakgdybyś nie był wodzem, tylko pospolitym Minkopi, który płacze z radości i ze zmartwienia, z bólu i z przyjemności, płacze, gdy jest głodny i robi to samo, gdy się naje; łzy mu ciekną, kiedy jest znużony, i beczy, gdy nic nie robi. Ty jesteś wodzem, więc nie powinieneś płakać! Gadaj-że, bracie!
Dżair uspokoił się nieco i rozpoczął swe opowiadanie.


Przypisy

  1. Ptak ozdobny z rodziny kur. Posiada dwa długie pióra sterowe, na skrzydłach barwne plamy, podobne do oczu. Nazwę nadano przez podobieństwo do mitologicznego wielookiego potworu.
  2. 2,0 2,1 2,2 Podzwrotnikowy duży, barwny motyl.
  3. Płyn, zawarty w skorupie dojrzewającego orzecha kokosowego.
  4. Sok drzewa palmowego, uległy fermentacji.
  5. Gatunek palm.
  6. Soczyste, pożywne owoce, przypominające brzoskwinie. Rodzą się na podzwrotnikowem drzewie mangowem.
  7. Nazwa pewnego odłamu szczepu Minkopi z wyspy Kede.
  8. Miejscowa nazwa żmii-okularnika.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.