San Miguel

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł San Miguel
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


SAN MIGUEL[1]
W drodze powrotnej do Polski wiały pomyślne dla „Lwowa“ wiatry. Szmat oceanu, dzielący Maderę od wysp Azorskich, przebyliśmy w pięć dni. Jeszcze wczoraj w nocy migotało za rufą światełko latarni morskiej na wyspie Santa Maria, a już dzisiaj łapy kotwic „Lwowa“ zaryły się w piasek dna przy brzegach portugalskiej wyspy San Miguel, w porcie jej głównego miasta Ponta Del Gada. Zakotwiczyliśmy się akurat w niedzielę, to też na rozkaz komendanta załoga cała udać się miała na brzeg do kościoła. Nadmienię tutaj, że cała ludność San Miguel jest katolicka i na każdej niemal uliczce Ponta Del Gada wznosi się kościół. Piękne to robi wrażenie szczególnie w nocy, gdy zacicha gwar miasta i z brzegu dolatują poważne dźwięki dzwonów, wybijających godziny, półgodziny i kwadranse. Większe wrażenie robią te dźwięki, rozlegające się pod sklepieniem gwiezdnego nieba południa, niż u nas w Polsce.

Szalupy, odstawiające nas na brzeg, dobiły do ładnej, arkadami otoczonej, kamiennej przystani.
Gwizdek ucznia, pełniącego służbę bosmańską, podrywa wszystkich na baczność. Zbiórka.
Po chwili, otoczeni tłumem ciemnoskórych, kolonjalno-portugalskich gapiów, maszerujemy ulicami Ponta Del Gada.
Po drodze obserwuję miasto. Domy małe, jedno-piętrowe o płaskich dachach, czysto utrzymane, robią miłe wrażenie. Na werandach odświętnie ubrane siedzą poważne signory i zalotne signority, ze zdumieniem spoglądając na mundury polskich marynarzy.
Aczkolwiek Ponta Del Gada posiada zaledwie 30 tysięcy mieszkańców, po ulicach, dobrze wybrukowanych drobną kostką kamienną, snują się samochody niemal tak licznie, jak w Warszawie.
Wchodzimy do kościoła. Tłoku niema, to też zajmujemy miejsca na wygodnych dębowych ławach.
Odprawia się ciche nabożeństwo bez organów.
Miłą niespodziankę zgotował nam portugalski kapłan. Po skończonej mszy wygłosił kazanie w języku francuskim, w którem wychwalał Polskę i Polaków i podkreślił, że ojczyzna nasza jedynie dzięki gorliwości religijnej odzyskała swą niepodległość.
Po wyjściu z kościoła zbiórka. Przed front wystąpił komendant. Krótka, lecz doprawdy pełna sensu przemowa: ze względu na święto, załoga urlopowana na cały dzień. Rozejść się!
Radosny okrzyk: Hip! hip! hurra! — odbił się o mury Ponta Del Gada.
Szereg rozprysł się w jednej chwili i marynarze grupkami rozeszli się po mieście.
Jak poprzednio na Maderze, tak i teraz utworzyły się dwa stronnictwa: turystyczne i gastronomiczne. Ja oczywiście należałem do tego drugiego.
Po krótkiej naradzie zapadła decyzja udać się na targ południowych owoców i skosztować tych jadalnych egzotyzmów bez uszczerbku dla wypróżnionych w Funchalu[2] kieszeni. Posiadaliśmy na to niezawodny sposób, zdobyty długoletniem doświadczeniem jeszcze przez naszych poprzedników i przekazywany w tradycji nowym pokoleniom Szkoły Morskiej.
Uprzednio jednakże należało poczynić pewne przygotowania do akcji, zmierzające do tego, żeby w razie ostrzejszej wymiany zdań z handlarzem owoców nie być pokonanymi przez niego w dyspucie, a jasno, wyraźnie i w najczystszym portugalskim języku móc powiedzieć mu, kim była jego matka, czem się trudniła babka i za kogo się uważa jego żonę.
W tym celu łaziliśmy dłuższy czas ulicami, odczytując i skrzętnie notując najprzeróżniejsze napisy z ilustracjami, robione kredą na murach domów i płotach. Kiedy tych słów i powiedzonek zebrał sobie każdy sporą ilość, odważni i pewni siebie w języku wkroczyliśmy na plac, zawalony południowemi owocami.
Zaraz z brzegu stał stragan z bananami.
Zatrzymaliśmy się przed nim. Przelotne spojrzenie na banany i raptem... brwi się podnoszą do góry, usta otwierają, a w zdumionych oczach wyraźnie staje pytanie: Cóż to jest takiego? Cóż to za dziwny stwór natury leży sobie tutaj? Czy to aby dobre?
Portugalczyk sprzedawca dobrze zna swój interes — Please sir — mówi po angielsku — owoce dobre, proszę spróbować!
Następuje chwila wahania.
Wówczas sprzedawca wpycha każdemu w ręce banana i mówi: Please, please gentelmen, very good bananos!
„Gentelmens“ zjadają banany i twarze ich wykrzywiają się grymasem obrzydzenia. — Ach, cóż to za paskudztwo! — czyta wyraźnie zawstydzony sprzedawca w oczach klientów. Spluwamy z obrzydzeniem i idziemy do następnego straganu, gdzie widnieją figi i granaty.
Znów niezmierne zdziwienie na twarzach, brwi w górę, usta szeroko, ręce wykonywają gesty zdumienia.
Wykonaliśmy tę sztuczkę coś ze sześć razy, aż za siódmym sprytniejszy sprzedawca poznał się na farbowanych lisach i, gdyśmy zaczęli wydawać okrzyki zdumienia na widok ananasów, poczęstował nas niedojrzałemi owocami kaktusa, które mają przykrą właściwość, że drobne ich kolce rosną do środka i kaktusowy laik, wziąwszy ten zakazany owoc do ust, ma pokaleczony i poparzony język.
Tu dopiero przydała się nasza znajomość portugalskich napisów na płotach.
Takich wyborowych przekleństw i wyzwisk portugalskich nie słyszał zapewne nigdy sprzedawca nawet z ust rodaków.
Zatknął uszy i uciekł w stronę.
My zaś, zwycięzcy, ustawiliśmy się grupkami po dwóch i wyciągaliśmy sobie nawzajem kolce ze spuchniętych języków.
Cel jednak został osiągnięty: nie wydawszy ani centavosa[3], byliśmy w zupełności najedzeni egzotycznemi owocami.
Po opuszczeniu targu zmieniłem przekonanie i przyłączyłem się do stronnictwa umiarkowanego turystyczno-gastronomicznego.
Zacząłem się włóczyć po mieście.
Gdy mijałem największy plac Ponta Del Gada, obsadzony naokoło szeregami palm, zbliżył się do mnie jakiś młody Portugalczyk w wielkich rogowych okularach i, wyciągając rękę, prędko zamruczał: Guilherme de Faria e Maya da Cunha, aluno da Escola Agricola da Queluz!
Zmarszczyłem brwi i, przypuszczając, że młodzian ów chce mi ubliżyć, przypominać sobie zacząłem wyzwiska portugalskie, jakie znałem.
Już otwierałem usta, chcąc go nazwać dwugarbnym wielbłądem, gdy raptem zastanowiła mnie jego wyciągnięta ręka.
Albo przedstawia się — pomyślałem — albo chce co z kieszeni wyciągnąć, ale prędzej to pierwsze.
Trzymając się na wszelki wypadek lewą ręką za kieszeń, w której miałem jeszcze dolary, prawą wyciągnąłem do niego.
Przedstawiliśmy się. Rozmowa potoczyła się w języku francuskim. Mój nowy znajomy, signor Guilherme de Faria z dodatkami, okazał się słuchaczem wyższej szkoły rolniczej, mieszkał w Londynie, w Paryżu i, chociaż wyglądał pomimo swych rogowych okularów dość egzotycznie, był jednak człowiekiem kulturalnym i wykształconym. Chęć zapoznania się ze mną wytłumaczył w ten sposób, że z powodu jakichś przejść w życiu żywi gorącą sympatję do Polaków.
Dowiedziawszy się zaś, że jestem z Warszawy, pobladł, poczerwieniał, a później oznajmił mi, że będzie miał do mnie jakąś wielką prośbę.
Poszliśmy z nim zwiedzać miasto. Nic jednak szczególnego do oglądania nie było. Na uwagę zasługiwało może tylko kino, urządzone, jak i w Funchalu, w palmowym gaju. Zjawisko zupełnie zrozumiałe, jeśli się zważy wysoką temperaturę wysp Azorskich, która sprawia, że surowe jajka, zakopane w rozpalony od słońca piasek, po upływie dziesięciu minut ma się upieczone na twardo.
Znudzony włóczęgą, zacząłem już zdradzać chęć powrotu na „Lwów“, ale Guilherme de Faria oparł się temu stanowczo, przekładając mi, że jeszcze nie wyjawił mi swej gorącej prośby, wyjawienie zaś jej wymaga nastroju, to też pójdziemy teraz za miasto, gdzie wznosi się wygasły wulkan, w którego kraterze znajduje się małe jeziorko. Później do niego na kolację.
Wygasły wulkan słabo przemawiał do mojej materjalistycznej duszy, wzmianka jednak o kolacji poruszyła mnie do głębi. Może i wino będzie? — pomyślałem.
W rezultacie polazłem za moim ciceronem oglądać wulkan.
Droga prowadziła przez egzotyczny las, w którym wśród palm rosły drzewa, jakich nie widziałem jeszcze nigdy nawet w albumach botanicznych. Jedynem znajomem drzewem była sosna, którą wszakże Guilherme przerobił na „pinję“.
Po drodze spotykaliśmy pędzone do miasta muły, obładowane owocami.
Ponad wierzchołkami drzew widać było szczyt owego wulkanu.
Na oko mógł on być odległy na jakąś milę od miasta.
Gdy jednak po półgodzinie drogi, chociaż bliski, nie zbliżył się do nas nawet o centymetr, a upał wycisnął ze mnie wszystkie zapasy wilgoci, zatrzymałem się pod jakąś „pinją“ i spytałem mojego Portugała, jak też daleko jest stąd do owego zdechłego wulkanu.
— Och, bagatelka — odparł Guilherme — dwadzieścia mil, nie więcej.
Ze strachu omal nie usiadłem na jakimś kolczastym kaktusie.
— Nie idę dalej — oświadczyłem kategorycznie; — teraz jest godzina piąta, a o ósmej muszę już być na pokładzie. Nie zdążę.
Portugalczyk zaczął się gorączkować, tłumaczyć, że wygasły wulkan jest bardzo piękny i że bezwzględnie muszę go obejrzeć, ale nic nie wskórał i udaliśmy się na plantacje ananasów, należących do Guilherma. Tu dopiero rozwinąłem energiczną acz szkodliwą dla portugalskiego przemysłu owocowego działalność.
Po ananasach udaliśmy się do willi Guilherma, położonej w ślicznym lasku palmowym.
W mieszkaniu nie było nikogo, mój nowy znajomy mieszkał na kawalerce.
Dowiedziawszy się o tem, wydawać zacząłem znaczące pomruki, ale Portugalczyk pokiwał przecząco głową i rzekł: — Nie, signor, nie. Opowiem panu po kolacji, jaką będę miał do pana prośbę.
Była siódma godzina i mrok zaczął zapadać, gdyśmy skończyli kolację i obchód winnych piwnic Guilherma, przy którym zawartość każdej beczki poddawana była surowej analizie naszych języków.
Wynik tej analizy był taki, że Portugalczyk mój wpadł w sentymentalny nastrój, zaprowadził mnie na werandę domu i, wziąwszy gitarę do rąk, przygrywać zaczął, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, polskie melodje.
Niebawem też, nie przestając grać, wyjawiać zaczął swoją gorącą ku mnie prośbę.
Okazało się, że, studjując w Paryżu agronomję, poznał Guilherme de Faria Polkę, pannę z Warszawy, w której się miał nieszczęście zakochać. Nieszczęściem to było dla niego, panna Halina bowiem nie kochała go, motywując swoją obojętność w ten sposób, że nie może kochać mężczyzny grubego (Portugalczyk był rzeczywiście tłusty) i w okularach. Chodzi więc o to, żebym znalazł w Warszawie pannę Halinę i napisał mu do Ponta Del Gada jej adres.
— Signor — odrzekłem — czyż przypuszcza pan, że Warszawa jest tak mała, jak wasze Ponta Del Gada, gdzie wszyscy nieomal znać się mogą? Zresztą pań Halin jest w Warszawie bez wątpienia kilka tysięcy. Jakżeż ją znajdę?
— Halin jest dużo — odrzekł Portugalczyk — ale Halina Szczerbianka jest jedna, jedyna. Jedyna moja ukochana. Pan ją znajdzie, signor.
I zagrał rzewnie i namiętnie „O mój rozmarynie“...
— Postaram się ją znaleźć — rzekłem — a któż pana nauczył tych polskich piosenek?
— Ona nauczyła — odrzekł z dumą Guilherme; — nauczyłem się też od niej dużo polskich słów, które mówiła do mnie, gdy się jej oświadczałem. Co znaczy, signor: „tłusta małpa“, „portugalski kretyn“ lub „słoń w okularach“?
— To są takie polskie pieszczotliwe wyrazy — objaśniłem uprzejmie.
Gospodarz mój ogromnie się ucieszył, zagrał „Jeszcze Polska nie zginęła“ i rzekł: — Nie byłem jej widać zupełnie obojętny, nie lubiła tylko moich okularów.
Zdjął okulary, chciał je rozbić, ale po namyśle włożył zpowrotem na nos.
— Tutaj Haliny niema — oświadczył — mogę nosić.
Za piętnaście ósma żegnać zacząłem gościnnego Portugalczyka. Na „do widzenia“ dał mi wspaniały ananas i rzekł: — To dla Haliny. Niech pan odda jej i powie, że to ode mnie.
Odprowadził mnie do samego mola z arkadami, gdzie już czekały na powracających z lądu szalupy.
Po drodze jeszcze prosił, abym, broń Boże, sam nie czynił jakich kroków dla zdobycia serca panny Haliny.
Szalupy odbijają od mola. Trzymam w ręku olbrzymi ananas i patrzę na brzeg. Tam pod arkadami stoi gruby Guilherme de Faria e Maya da Cunha i powiewa mi słomkowym kapeluszem. W twarzy jego widzę niepokój. Drżyj, namiętny Portugalczyku! Panno Halino! Zatelefonuj pani do mnie 94.00. Porozmawiamy z panią o pogodzie, o tem, co słychać na wyścigach, o ostatnim pobycie pani w Zakopanem, czy też nad morzem, o charlestonie, o miłości wreszcie.
Porozmawiamy i o Guilhermie de Faria, który tęskni do pani na dalekiej wśród fal oceanu rzuconej wyspie San Miguel, pośmiejemy się trochę z „tłustej małpy“ i ze „słonia w okularach“.
Ma pani rację, panno Halino, że go pani nie kocha. Zawsze jakoś nie tego, okulary, tłusty i wogóle Portugalczyk...
Ja nie jestem tłusty i nie noszę okularów, niech pani pamięta o tem, panno Halino!
Szalupy, posuwane potężnemi rzutami wioseł, odpływają coraz dalej od brzegu. Niknie z oczu moich postać Guilherme de Faria.
Przed dziobem szalupy wyrasta sylwetka „Lwowa“.
Servus, Ponta Del Gada! Za pięć dni będziemy już na oceanie w drodze do Francji. Pa, Guilherme de Faria e Maya da Cunha!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na drugi dzień po odpłynięciu z San Miguel, zjadłem ów ananas — bardzo przepraszam, panno Halino!



Przypisy

  1. Jedna z wysp Azorskich.
  2. Funchal — główne miasto Madery.
  3. Waluta kolonjalna portugalska. Centavos — 1/100 część eskuda — pół grosza polskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.