Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W tym celu łaziliśmy dłuższy czas ulicami, odczytując i skrzętnie notując najprzeróżniejsze napisy z ilustracjami, robione kredą na murach domów i płotach. Kiedy tych słów i powiedzonek zebrał sobie każdy sporą ilość, odważni i pewni siebie w języku wkroczyliśmy na plac, zawalony południowemi owocami.
Zaraz z brzegu stał stragan z bananami.
Zatrzymaliśmy się przed nim. Przelotne spojrzenie na banany i raptem... brwi się podnoszą do góry, usta otwierają, a w zdumionych oczach wyraźnie staje pytanie: Cóż to jest takiego? Cóż to za dziwny stwór natury leży sobie tutaj? Czy to aby dobre?
Portugalczyk sprzedawca dobrze zna swój interes — Please sir — mówi po angielsku — owoce dobre, proszę spróbować!
Następuje chwila wahania.
Wówczas sprzedawca wpycha każdemu w ręce banana i mówi: Please, please gentelmen, very good bananos!
„Gentelmens“ zjadają banany i twarze ich wykrzywiają się grymasem obrzydzenia. — Ach, cóż to za paskudztwo! — czyta wyraźnie zawstydzony sprzedawca w oczach klientów. Spluwany z obrzydzeniem i idziemy do następnego straganu, gdzie widnieją figi i granaty.