Madera

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Madera
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


MADERA
Wiał rześki baksztag. Płynęliśmy pod wszystkiemi żaglami prócz bom-bramów. Po sterburcie w odległości dwóch mil morskich widniała wyspa Porto Santo z wznoszącą się na cyplu skalnym latarnią, której z takim upragnieniem wypatrywaliśmy zeszłej nocy. Nieco dalej od Porto Santo po bakburcie widać już wielką, pustynną skałę, zlekka tylko przebłyskującą gdzie niegdzie zielonością. Jest to wyspa Deserto Grando, od której do Madery, ściślej mówiąc do Portu Funchal, który był celem podróży szkolnego barku „Lwów“, zostaje 30 mil. Jakoż po godzinie, gdy wyspy te zostały za rufą, na widnokręgu ukazała się już przeszło od miesiąca oczekiwana przez nas z utęsknieniem portugalska wyspa Madera. Przyjemne zajęcie liczenia palm na stokach górskich Madery, oglądanych przez lunetę, do której ustawiła się długa kolejka ciekawych, przerwał gwizdek ucznia, pełniącego służbę bosmańską. Zbiórka. Na grota — luk wszedł starszy oficer. Umyć się. Ubrać się w czyste drelichy. Zgolić długie, nieomal pasa sięgające, od czasu wyjazdu z Gdyni nietykane brzytwą brody. Wogóle starać się jak najmniej wyglądem swym przypominać piratów. Załoga szalupy w pogotowiu. Prawdopodobnie nie później, niż za dwie godziny, zakotwiczamy się. Rozejść się.

Część załogi rzuciła się do umywalni, druga część do międzypokładu, gdzie zachlupotało mydło, rozsmarowywane po obliczach brodaczy, poszły w ruch wydobyte z czeluści szafek brzytwy i zatrajkotały radośnie maszynki do strzyżenia. Fryzjera nie było, więc strzygli koledzy kolegów. Niektórzy czynili to nawet bardzo wprawnie, zyskując ogólny szacunek i uznanie, ale nie brakowało i partaczy. Ja miałem nieszczęście trafić w ręce oprawcy, który ostrzygł mnie tak ohydnie, że przed otrzymaniem urlopu na ląd dawać musiałem słowo oficerowi służbowemu, że nigdzie nie będę zdejmował czapki.
Po upływie pół godziny całe dostojne towarzystwo, czysto ubrane, umyte i ogolone, wyległo na pokład i wylot lunety znów skierował się na bliską już zupełnie wyspę. Zresztą już gołem okiem rozróżnić było można białe plamki domów na tle obfitej zieloności. Białe plamki te zgęszczały się w pewnem miejscu u podnóża wielkiej góry, tworząc wielką białą plamę — Port Funchal. Wiatr osłabł, gdyż weszliśmy w przestrzeń, zasłoniętą przez góry wyspy, która znajdowała się już teraz po prawej stronie statku. Jeszcze parę słabych podmuchów i płachty żagielne zwisły bezsilne. Zaczęły pracować motory. Gwizdek. Na stacje manewrowe! Żagle zwijać. Wdrapaliśmy się na wanty, a z want na reje. Robota szła piorunem. W pić minut żagle były zwinięte. Gdy zeszliśmy nadół, koło statku znajdowała się szalupa, a w niej pilot-Portugalczyk, czarny, jak Cygan, w słomkowym kapeluszu. Gestykulując, wskazywał przejście na redę w Funchalu. Za chwilę dał się słyszeć dzwonek telegrafu. Motory stanęły. Jeszcze chwila, i kotwice z hałasem wypadły z kluz, ciągnąc za sobą łańcuch kotwiczny. Staliśmy na redzie w Funchalu.
Nie minęło piętnaście minut od chwili zakotwiczenia się, a już koło burty „Lwowa“ uwijały się szalupy tubylców, przekupniów z południowemi owocami. Rozgorzał handel. Do szalup ciskano stare mundurowe spodnie, bluzy, buty, koszule i inne części garderoby męskiej, nie nadającej się do druku, a z szalup w wyciągnięte łapczywie ręce marynarzy wpychano ananasy, banany, kaktusy, winogrona, granaty i t. p. jadalne egzotyzmy. Najwięcej jednakże dostać można było za kawałek zwykłego mydła, którego, z przyczyn bliżej mi nieznanych, brak się odczuwać daje zarówno na Maderze, jak i na wyspach Azorskich. Próbowano puszczać w obieg złote polskie, lecz bezskutecznie; szlachetni Portugalczycy i niemniej szlachetni murzyni, których tam nie brak, pogardzali pieniądzem, nadewszystko ceniąc sobie mydło. Ten wstręt do pieniędzy nie obejmował jednak wszystkich walut; ani ja, ani żaden z moich kolegów nie widział nigdy, by Portugalczyk odtrącił wyciągniętą dłoń z dolarami i zawołał:
— Soap (mydło)!
Wyzyskiwano nas w tym handlu do ostatnich granic, to też w kilka minut owocowy zapał ostygł, i na kuszące wołanie: „Fructos, signor, fructos!“ do szalup nie leciały już ani buty, ani ponętne kawały mydła, lecz najczęściej skórki bananów, pestki i łupiny orzechów kokosowych, które tę mają właściwość, że rzucone zgóry na głowę sprzedawcy, sprawiają mu dotkliwy ból. Jeszcze chwil parę brzmiały syrenie głosy: „fructos, signor, soap, signor!“ aż umilkły i szalupy handlarzy odpłynęły od burty „Lwowa“.
Można się teraz było rozejrzeć wokoło.
Wyspa Madera od strony morza wygląda, jak potężna, zielonością pokryta góra, wynurzająca się z fal oceanu. Na wierzchołku tej góry jaskrawo odbijają się zielonością od błękitu południowego nieba szeregi palm. Stoki góry usiane są białemi plamkami; są to wille bogatych Amerykanów, którzy przyjeżdżają tutaj leczyć się ożywczem, południowem powietrzem Madery od chorób płucnych. U samego podnóża góry, omywane połyskującemi w słońcu modremi falami oceanu, leży niepokalanej białości murów miasto Funchal, główne miasto Madery. Zkolei wzrok z widoków dalszych przechodzi na bliższe. Oglądam ciekawie przestrzeń wodną, dzielącą „Lwów“ od brzegu, t. zw. redę.
Port Funchal, portem właściwie nie będąc, nie mając żadnych urządzeń portowych, służy jedynie jako przystań parowców pasażerskich, które stoją na redzie, zresztą na redzie złej, nieosłoniętej od fal i wiatrów. Stał właśnie niedaleko od nas jakiś dwukominowy statek niemiecki, szykując się do odpłynięcia; uwijały się jeszcze koło niego szalupy z owocami i małe stateczki portowe, dowożące węgiel z brzegu, a właściwie od niewielkiego, zakrzywionego molo, służącego do przeładunku węgla na pomniejsze statki, mogące do niego podejść. Oprócz niemieckiego statku stały tam jeszcze na kotwicy jakieś dwa żaglowce, małe szkunery, parę szalup, coś ze dwie dziwaczne motorówki z żółtemi komikami i to wszystko. Reda była pusta. Wzrok mój padł na malutki stateczek, holownik o rozpiętym nad pokładem tentem, zbliżający się do burty „Lwowa“. Uwijało się na nim parę osobników w niebieskawych mundurach. Władze portowe. Za chwilę holownik przybił do trapu. Jakiś opalony jegomość w słomkowym kapeluszu o szerokich kresach wskazywał nam wielką paczkę papierów, którą trzymał w ręku. Listy. I oto na gwarnym „Lwowie“ zaległa cisza, każdy zaszył się w jakiś odosobniony kąt i zagłębił się w czytaniu wiadomości z domu, z dalekiej ojczyzny. Były też i gazety z Polski, które wyrywano sobie z rąk — wszak przeszło miesiąc byliśmy w morzu bez żadnych wiadomości, nie zawijając do żadnego portu, ląd widząc rzadko, a właściwie wszystkiego dwa razy, w Sundzie i w La Manche.
Rozlega się gwizdek. Baczność!
Komendant wrócił z lądu po załatwieniu formalności portowych. Za chwilę zbiórka dwóch wolnych wacht, urlopowanych na ląd. Jestem w jednej z nich, to też pędzę do międzypokładu, myję się, przebieram w czysty mundur i staję w szeregu. Za chwilę odbijają szalupy, mające nas zawieźć na ląd. Przed szereg wychodzi oficer służbowy i robi przegląd mundurów, butów, czapek. Wszystko musi być we wzorowym porządku. Jeśli buty źle oczyszczone, mundur nieodprasowany, czapka bez znaczka, to marynarz, u którego jedna z tych części munduru jest w wyżej wymienionym nieporządku, zostaje na statku i urlopu na ląd niema. To też każdy z drżeniem serca oczekuje chwili, kiedy spocznie na nim badawczy wzrok oficera. Bo też czyste buty i dobrze odprasowany mundur, jak wszystko zresztą na świecie, jest rzeczą względną, i znane są powszechnie uczniom Szkoły Morskiej wypadki, że mundur źle odprasowany jednego dnia, nazajutrz już bez użycia żelazka stawał się dobrze odprasowanym i przepisowym jedynie dlatego, że inny oficer był bardziej pobłażliwy i mniej czuły na godną reprezentację marynarki polskiej zagranicą.
Przegląd skończony. Pada komenda:
— Na szalupy!
Za chwilę już płynę w towarzystwie kolegów na szalupie, posuwanej potężnemi rzutami wioseł ku brzegowi. Dobijamy. Małe, krótkie, kamienne molo. Z satysfakcją stajemy na stałym gruncie, nierzucanym i niekołysanym przez fale. Wchodzimy w tłum o typie południowym, czarne włosy, czarne żywe oczy, ciemne ruchliwe twarze, gestykulujące z ożywieniem ręce, jacyś Portugalczycy, czy Hiszpanie, jednem słowem zgromadzenie signorów i signorit. Kręci się też kilku murzynów, bynajmniej nie w opaskach na biodrach, jak ich spodziewałem się tutaj ujrzeć, w ich ojczyźnie (Madera jest wyspą afrykańską), lecz w jasnych garniturach i słomkowych kapeluszach na głowie. Całe to spacerujące towarzystwo przygląda się nam z ciekawością, nie z tak wielka jednak, jak myślałem. Idziemy molem do brzegu. Kilkadziesiąt kroków i oto już jesteśmy w cieniu palm, chroniących od prażącego niemiłosiernie słońca. Daje się odczuć typowy zapach południowej przyrody, znany mi jeszcze w dzieciństwie z czasów pobytu na Krymie. Rozglądamy się z ciekawością naokoło — gdzie pójść, co robić? Znajdujemy się na ulicy, ciągnącej się wzdłuż brzegu; przecina ją ulica, biegnąca pod górę w głąb miasta: zapuszczamy się w nią. Po lewej stronie ulicy, obsadzonej szeregami jakichś południowych drzew, ciągnie się długi, biały budynek — koszary garnizonu wojsk portugalskich, po prawej kawiarnie z wystawionemi na ulicę stolikami pod namiotem, sklepy galanteryjne i z najprzeróżniejszemi drobiazgami, pamiątkami z Madery. Właściciele sklepów wystawiają swoje towary, też na ulicy, na stolikach plecionych, które są oryginalnym wyrobem tej kolonji portugalskiej. Publiczność taka sama, jak na molu, z domieszką wojskowych mundurów. Mundury niebieskie łudząco podobne do mundurów armji francuskiej, różnica tylko w czapkach, które tutaj też niebieskie, są jednak podobne nie do pierogów, lecz z kształtu przypominają czapki wojsk austrjackich z czasów światowej wojny.
Upał. Oblewając się krwawym potem, pniemy się pod górę. Zwracam uwagę na dziwny sposób brukowania ulic: są one pokryte małemi kamyczkami wielkości orzecha włoskiego, ułożonemi w najprzeróżniejsze desenie; wyślizgany jest przytem ten bruk tak, że gdyby coś podobnego znajdowało się w Polsce, nie omieszkanoby posypać go piaskiem. Niebawem wyjaśniła się przyczyna tych śliskich funchalskich bruków. Weszliśmy na dość obszerny plac, obsadzony palmami. Na środku placu był postój dla samochodów, których tutaj są krocie, i dla dorożek nietyle konnych, co mułowych, gdyż ciągnione są przez muły i woły. Dorożki te właśnie są przyczyną śliskich bruków, są to bowiem nie dorożki, lecz sanki. Tak, tak, autentyczne sanki pod upalnem południowem niebem Madery. Jazda niemi nie należy jednak do przyjemnych: siada się pod rozpiętem płótnem, chroniącem od słońca, posuwa się z szybkością żółwia, a właściwie z szybkością rozleniwionego upałem muła, skropionego zrzadka a łagodnie batem Portugalczyka-woźnicy, który z powagą kroczy obok, rozglądając się na wszystkie strony. Na zakrętach zdobywa się ów syn południa na energję, łapie za tył sanek, unosi je wgórę i zarzuca w kierunku przeciwnym do prowadzącej po zakręcie drogi; muły zaś, ani woły pracy tej wykonać nie mogą, czy też nie chcą, są to już zresztą ich sprawy czysto wewnętrzne.
Z jednej strony plac jest zamknięty ogrodem, właściwie gajem palmowym, w którym znajduje się rozpięty miedzy drzewami ekran i plecione krzesła, ustawione rzędami — kino. Wyświetla się, o ile możemy wyrozumieć z portugalskich napisów na ogłoszeniu, farsa z Charlie Chaplinem w roli tytułowej. Na wystawionych fotografjach spostrzegamy sympatyczne oblicze tego artysty. Przyjemny uśmiech wykwita na twarzach: pierwszy to znajomy, spotkany na Maderze.
Na placu zbiera się większa grupka marynarzy ze „Lwowa“. Narada. Wytwarzają się dwa stronnictwa: turystyczne i gastronomiczne. Narady trwają niedługo; pierwsza grupa idzie za miasto w góry, skąd, jak wieść głosi, otwierają się szerokie horyzonty i piękne widoki; druga grupa, do której i ja należałem, uchwala odbić sobie jednomiesięczny okres, nietyle głodowy, co konserwatywno-solonomięsny i iść do pierwszorzędnej restauracji, najeść się egzotycznych potraw, wypić osłabionej madery i zapalić angielskiego papierosa, któremi wszystkie wyspy Atlantyku są zarzucone przez przemysł tytuniowy angielski. Przedtem jednakże pokątnie wymieniamy dolary na kolonjalną walutę portugalską: eskudy. Za dolara dają osiemnaście eskudów. Za złote polskie jednak dwóch eskudów, jakby z prostego stosunku dolara do złotego wyniknąć mogło, nie dają. Nie dają nawet pół centavosa, która to wartość równa się ¼ grosza polskiego. Wydajemy srogi okrzyk oburzenia i... wyciągamy dolary. Za chwilę siedzimy już przy stoliku pierwszorzędnej angielskiej restauracji Funchalu „Golden Gate“ — Złota Brama.
Rozglądam się wokoło. Sala elegancka. Posadzka. Marmurowe stoliki. Żyrandole. Wielkie szyby wystawowe. Gdyby nie wybitnie południowy typ publiczności i obsługi, miałbym wrażenie, że jestem w „Cristalu“ lub w jakiejś innej restauracji warszawskiej.
Zamawiamy obiad.
Ovos, sopa, pescedo, salada, fructos i vinho (jajka, zupa, sałata, ryba, owoce i wino) szybko znikają.
— O, wspaniały żeglarzu, Henryku — odzywa się jeden z kolegów — dobrześ zrobił, odkrywając Maderę, gdyby nie ty, jedlibyśmy jeszcze i dziś solone mięso na naszym „Lwowie“!
Wychylamy kielichy z resztą „Madery“ za spokój duszy ks. Henryka żeglarza.
Z czeluści marynarskich kieszeni na światło dzienne ukazują się angielskie papierosy „Gold Flake“, portugalskie „Cigarros“, hiszpańskie „Dolores“.
Powietrze pierwszorzędnej angielskiej restauracji „Golden Gate“ — Złota Brama, zaczyna przybierać odcień sinawy, i widać wyraźnie kłęby dymu, wydobywające się z otwartych drzwi na ulicę (było nas tam około dwudziestu, a w tej liczbie ani jednego prohibicjonisty tytuniowego).
Kilku Anglików o suchotniczym wyglądzie zakaszlało, poruszyło się niespokojnie i wyniosło na świeże powietrze.
Wstałem i ja. Miałem jeszcze pójść na pocztę napisać listy do Polski.
Razem ze mną poszło kilku kolegów. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu kupić pocztówek z widokiem Madery. Na progu przywitał nas z wyszukaną grzecznością młody, czarniawy chłopak lat dwunastu i sam właściciel sklepu, sędziwy Portugalczyk, signor Honorato Oliveira. Wspominam tu jego nazwisko, gdyż jedyny jest to chyba człowiek na świecie, który niezłomnie wierzy w to, że najpotężniejszem mocarstwem na świecie jest Polska.
Podczas gdy drobiazgowo przeglądaliśmy pocztówki (chodziło o to, żeby było na niej widać jak najwięcej palm i w ich cieniu musiał koniecznie znajdować się murzyn lub murzynka) Honorato Oliveira spoglądał bystro na nas, na nasze mundury, na napisy na czapkach, aż wkońcu zagadnął: Messieurs, de quelle nationalité êtes-vous?
— Jesteśmy Polacy — odrzekłem ze skromną dumą i zrobiłem wyraz twarzy, który mówił wyraźnie: Ach, niema o czem mówić, proszę pana, wiem, wiem doskonale, jakiego pan jest zdania o naszej dzielnej ojczyźnie, lecz już tyle nasłuchaliśmy się pochwał i wyrazów podziwu, że, doprawdy, nie warto, niema o czem mówić...
Lecz na obliczu signora Honorato Oliveira nie rozbłysł uśmiech zachwytu, ani też odmalowało się zdumienie, że wspaniali synowie takiej krainy, jak Polska, zaszczycili odwiedzinami jego skromny sklepik. Nie. Nic podobnego. Nawet wprost przeciwnie, przypuszczał bowiem (mówił nam później), że jesteśmy Szwedami, do których gorącą żywił sympatję.
— Gdzie się znajduje Polska? — zagadnął, gdy dowiedział się, że istnieje takie państwo.
— Signor — odrzekłem dumnie, — spostrzegam ze smutkiem, że nauka zarówno geografji, jak i historji, stoi na bardzo niskim poziomie w kolonjach Portugalji. Polska, signor, znajduje się w Europie, zajmuje obszar rozciągający się od morza Bałtyckiego po morze Czarne, na zachodzie granica jej przebiega rzeką Odrą, a na wschodzie dotyka gór Uralskich. Jest to państwo najpotężniejsze na kontynencie europejskim, armja Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej jest najsilniejsza już nietylko w Europie, ale na całym świecie nie znajdziesz, signor, dzielniejszej, flota ustępuje wprawdzie liczebnie flocie Imperjum Brytyjskiego, ale mimo to jest tak potężna, iż drżą przed nią nasi wrogowie. Polska, signor, jest stanowczo najpotężniejszem mocarstwem na świecie.
Zamyślił się głęboko sędziwy signor Honorato Oliveira.
A gdyśmy już wychodzili, zbliżył się do mnie i spytał nieśmiało, wskazując na przechodzących ulicą kolonjalnych żołnierzy armji portugalskiej: — Jakie jest pańskie zdanie, signor, o naszem wojsku?
— A, owszem, owszem — odrzekłem — bardzo dobre, oczywiście, jeżeli porównać... tak, ale poza tem wcale niczego sobie, owszem, owszem...
Pożegnaliśmy się z nim serdecznie i poszliśmy na pocztę.
Po załatwieniu spraw listowych udaliśmy się do ogrodu miejskiego, gdzie w cieniu rozłożystych palm stał pomnik odkrywcy Madery, ks. Henryka Żeglarza. Spędziliśmy tam czas na obserwacjach publiczności obojga, bez specjalnego uwzględnienia płci, piękną zwanej. Powód tej obojętności: chudość nadzwyczajna, lub też rozlewność kształtów, u nas w Polsce i w innych znanych mi krajach zrzadka tylko spotykana; poza tem nieprzyzwoicie krzywe nogi. Tak. Jednak „każda potwora znajdzie swego amatora“. Tak było i tym razem.
Mój kolega zapoznał się z jakimś szkieletem, który udawać miał uroczą signoritę i mnie z nią przemocą zapoznał. Ha! Trudno.
Poszliśmy na dancing.
Pięć escudów wejście (2 zł. 50 gr.). Niewielka sala. Lśniąca posadzka. Światła. Dźwięki orkiestry. Posępne, smętne, ale melodyjne wycia murzynów. Tango. Po sali wirują najpiękniejsze signority Funchalu. Czarne, jak heban, włosy, czarne, jak węgiel, oczy. Ogniste signority. Może i ogniste, ja nie wiem. Ale chude i brzydkie, lub zbyt tłuste i też brzydkie. To wiem na pewno. Tańczyłem tango. Ona nie umiała po francusku, nie umiała też po angielsku, ja nie miałem pojęcia o portugalskim, słabo też władałem murzyńskiem narzeczem Ki-Swahili.
Milczeliśmy. Wyrażaliśmy swe myśli oczami? Bez wątpienia. Prawe moje oko rzekło jej, że, pomimo całego wdzięku jej postaci, przypomina mi ona śmierć angielską z domieszką krwi Papuasów, zaś lewe oko pocieszało ją, że to nic, że ja się nie znam na pięknościach wysp południa, że ani chwili nie wątpię, że każdy kacyk licznych plemion murzyńskich życieby swoje złożył w ofierze u jej cienkich, krzywych nóg, że wreszcie krzywe nogi też niekoniecznie są brzydkie, że „...de gustibus et coloribus non est disputandum...“, że wreszcie, co jest dobre, a może nawet piękne na Maderze, dla mnie, Polaka i Europejczyka, jest ohydne, że wreszcie... merci! Wymówiły to słowo nietylko oczy, ale i usta. Posadziłem ją na kanapie obok jakiegoś zażywnego murzyna we fraku (miał minę wodza), który, ujrzawszy ją, przewrócił białkami oczu z zachwytu i z punktu poprosił do tańca. Ja, nie żegnając się z kolegami, złapałem za czapkę i uciekłem.
Gdy wyszedłem na ulicę, była noc.
Parna, gwiezdna, południowa noc.
W powietrzu rozlegały się dźwięki mandolin i gitar, O signora, o signora! śpiewały melodyjne, czasami nawet piękne głosy męskie. Na ulicach ruch. Światła. Samochody. Mułowych sanek nie widać, może niebezpiecznie niemi jeździć w nocy, nie wiem. Na głównym placu gra orkiestra wojskowa. Tłumy ludzi. Powietrze brzmi muzyką i śpiewami. O signora, o signora...
Spojrzałem na zegarek — wpół do ósmej. O ósmej odbija od mola ostatnia szalupa ze „Lwowa“. Trzeba już iść.
Kieruję się powoli ku brzegowi.
Mijając „Golden Gate“, spostrzegam wychodzących stamtąd kolegów: weseli, rozmowni i niepewni w fundamentach. „Madera“ działa. Przyłączam się do nich i idziemy razem. — Cabaleros! Cabaleros! — słychać wołania ukrytych w cieniu palm słodkich i ognistych podobno signorit. Cabaleros! Cabaleros!
Furda, moje panie, nic z tego, w mroźnej, dalekiej Polsce piękniejsze mieszkają kobiety. Adieu, mia cara!
Wchodzimy na molo. Tak samo, jak na mieście, gwarno i rojno. Kilku kąpiących się, ale dzieci. Publiczność rzuca im z mola monety i malcy, nurkując, wyciągają je z wody, poczem zapychają w usta i wołają cienkiemi głosami: Centavos, signor, centavos, signora!
I centavosy się sypią.
Stoimy na molu w oczekiwaniu szalupy. Powoli schodzą się wszyscy. Za piętnaście ósma niedaleko od mola ukazuje się światełko i słychać równomierny plusk wioseł — szalupy ze „Lwowa“. Dobijają. Wsiadamy.
Krótka komenda sternika: Odbij!
I za chwil parę rozśpiewany, wesoły Funchal odchodzi w mrok nocy, wabiąc nas jeszcze rozigranemi światłami, które wyciągają do nas po wodzie swe promieniste ramiona. Adieu!
Niedaleko już widać potężną sylwetkę „Lwowa“. Maszty jego ze zwiniętemi żaglami jaskrawo odbijają się od gwiezdnego nieba.
Za kilka dni rozwiniemy te białe żagle i popłyniemy na Azory, później do Francji, a jeszcze później do naszej zimnej, mroźnej Polski.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.