Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie; — teraz jest godzina piąta, a o ósmej muszę już być na pokładzie. Nie zdążę.
Portugalczyk zaczął się gorączkować, tłumaczyć, że wygasły wulkan jest bardzo piękny i że bezwzględnie muszę go obejrzeć, ale nic nie wskórał i udaliśmy się na plantacje ananasów, należących do Guilherma. Tu dopiero rozwinąłem energiczną acz szkodliwą dla portugalskiego przemysłu owocowego działalność.
Po ananasach udaliśmy się do willi Guilherma, położonej w ślicznym lasku palmowym.
W mieszkaniu nie było nikogo, mój nowy znajomy mieszkał na kawalerce.
Dowiedziawszy się o tem, wydawać zacząłem znaczące pomruki, ale Portugalczyk pokiwał przecząco głową i rzekł: — Nie, signor, nie. Opowiem panu po kolacji, jaką będę miał do pana prośbę.
Była siódma godzina i mrok zaczął zapadać, gdyśmy skończyli kolację i obchód winnych piwnic Guilherma, przy którym zawartość każdej beczki poddawana była surowej analizie naszych języków.
Wynik tej analizy był taki, że Portugalczyk mój wpadł w sentymentalny nastrój, zaprowadził mnie na werandę domu i, wziąwszy gitarę do rąk, przygrywać zaczął, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, polskie melodje.