Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i przyłączyłem się do stronnictwa umiarkowanego turystyczno-gastronomicznego.
Zacząłem się włóczyć po mieście.
Gdy mijałem największy plac Ponta Del Gada, obsadzony naokoło szeregami palm, zbliżył się do mnie jakiś młody Portugalczyk w wielkich rogowych okularach i, wyciągając rękę, prędko zamruczał: Guilherme de Faria e Maya da Cunha, aluno da Escola Agricola da Queluz!
Zmarszczyłem brwi i, przypuszczając, że młodzian ów chce mi ubliżyć, przypominać sobie zacząłem wyzwiska portugalskie, jakie znałem.
Już otwierałem usta, chcąc go nazwać dwugarbnym wielbłądem, gdy raptem zastanowiła mnie jego wyciągnięta ręka.
Albo przedstawia się — pomyślałem — albo chce co z kieszeni wyciągnąć, ale prędzej to pierwsze.
Trzymając się na wszelki wypadek lewą ręką za kieszeń, w której miałem jeszcze dolary, prawą wyciągnąłem do niego.
Przedstawiliśmy się. Rozmowa potoczyła się w języku francuskim. Mój nowy znajomy, signor Guilherme de Faria z dodatkami, okazał się słuchaczem wyższej szkoły rolniczej, mieszkał w Londynie, w Paryżu i, chociaż wyglądał pomimo swych rogowych okularów dość egzotycznie, był jednak