Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znów niezmierne zdziwienie na twarzach, brwi w górę, usta szeroko, ręce wykonywają gesty zdumienia.
Wykonaliśmy tę sztuczkę coś ze sześć razy, aż za siódmym sprytniejszy sprzedawca poznał się na farbowanych lisach i, gdyśmy zaczęli wydawać okrzyki zdumienia na widok ananasów, poczęstował nas niedojrzałemi owocami kaktusa, które mają przykrą właściwość, że drobne ich kolce rosną do środka i kaktusowy laik, wziąwszy ten zakazany owoc do ust, ma pokaleczony i poparzony język.
Tu dopiero przydała się nasza znajomość portugalskich napisów na płotach.
Takich wyborowych przekleństw i wyzwisk portugalskich nie słyszał zapewne nigdy sprzedawca nawet z ust rodaków.
Zatknął uszy i uciekł w stronę.
My zaś, zwycięzcy, ustawiliśmy się grupkami po dwóch i wyciągaliśmy sobie nawzajem kolce ze spuchniętych języków.
Cel jednak został osiągnięty: nie wydawszy ani centavosa[1], byliśmy w zupełności najedzeni egzotycznemi owocami.

Po opuszczeniu targu zmieniłem przekonanie

  1. Waluta kolonjalna portugalska. Centavos — 1/100 część eskuda — pół grosza polskiego.