Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


człowiekiem kulturalnym i wykształconym. Chęć zapoznania się ze mną wytłumaczył w ten sposób, że z powodu jakichś przejść w życiu żywi gorącą sympatję do Polaków.
Dowiedziawszy się zaś, że jestem z Warszawy, pobladł, poczerwieniał, a później oznajmił mi, że będzie miał do mnie jakąś wielką prośbę.
Poszliśmy z nim zwiedzać miasto. Nic jednak szczególnego do oglądania nie było. Na uwagę zasługiwało może tylko kino, urządzone, jak i w Funchalu, w palmowym gaju. Zjawisko zupełnie zrozumiałe, jeśli się zważy wysoką temperaturę wysp Azorskich, która sprawia, że surowe jajka, zakopane w rozpalony od słońca piasek, po upływie dziesięciu minut ma się upieczone na twardo.
Znudzony włóczęgą, zacząłem już zdradzać chęć powrotu na „Lwów“, ale Guilherme de Faria oparł się temu stanowczo, przekładając mi, że jeszcze nie wyjawił mi swej gorącej prośby, wyjawienie zaś jej wymaga nastroju, to też pójdziemy teraz za miasto, gdzie wznosi się wygasły wulkan, w którego kraterze znajduje się małe jeziorko. Później do niego na kolację.
Wygasły wulkan słabo przemawiał do mojej materjalistycznej duszy, wzmianka jednak o kolacji