Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gwizdek ucznia, pełniącego służbę bosmańską, podrywa wszystkich na baczność. Zbiórka.
Po chwili, otoczeni tłumem ciemnoskórych, kolonjalno-portugalskich gapiów, maszerujemy ulicami Ponta Del Gada.
Po drodze obserwuję miasto. Domy małe, jedno-piętrowe o płaskich dachach, czysto utrzymane, robią miłe wrażenie. Na werandach odświętnie ubrane siedzą poważne signory i zalotne signority, ze zdumieniem spoglądając na mundury polskich marynarzy.
Aczkolwiek Ponta del Gada posiada zaledwie 30 tysięcy mieszkańców, po ulicach, dobrze wybrukowanych drobną kostką kamienną, snują się samochody niemal tak licznie, jak w Warszawie.
Wchodzimy do kościoła. Tłoku niema, to też zajmujemy miejsca na wygodnych dębowych ławach.
Odprawia się ciche nabożeństwo bez organów.
Miłą niespodziankę zgotował nam portugalski kapłan. Po skończonej mszy wygłosił kazanie w języku francuskim, w którem wychwalał Polskę i Polaków i podkreślił, że ojczyzna nasza jedynie dzięki gorliwości religijnej odzyskała swą niepodległość.
Po wyjściu z kościoła zbiórka. Przed front wystąpił komendant. Krótka, lecz doprawdy pełna sen-