Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znaczy, signor: „tłusta małpa“, „portugalski kretyn“ lub „słoń w okularach“?
— To są takie polskie pieszczotliwe wyrazy — objaśniłem uprzejmie.
Gospodarz mój ogromnie się ucieszył, zagrał „Jeszcze Polska nie zginęła“ i rzekł: — Nie byłem jej widać zupełnie obojętny, nie lubiła tylko moich okularów.
Zdjął okulary, chciał je rozbić, ale po namyśle włożył zpowrotem na nos.
— Tutaj Haliny niema — oświadczył — mogę nosić.
Za piętnaście ósma żegnać zacząłem gościnnego Portugalczyka. Na „do widzenia“ dał mi wspaniały ananas i rzekł: — To dla Haliny. Niech pan odda jej i powie, że to ode mnie.
Odprowadził mnie do samego mola z arkadami, gdzie już czekały na powracających z lądu szalupy.
Po drodze jeszcze prosił, abym, broń Boże, sam nie czynił jakich kroków dla zdobycia serca panny Haliny.
Szalupy odbijają od mola. Trzymam w ręku olbrzymi ananas i patrzę na brzeg. Tam pod arkadami stoi gruby Guilherme de Faria e Maya da Cunha i powiewa mi słomkowym kapeluszem. W twarzy jego widzę niepokój. Drżyj, namiętny Por-