Rosa alchemica/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Rosa alchemica
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Rosa alchemica
Pobierz jako: Pobierz Cała Rosa alchemica jako ePub Pobierz Cała Rosa alchemica jako PDF Pobierz Cała Rosa alchemica jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.

Nie zagajałem rozmowy, gdyśmy jechali pustemi ulicami, gdyż w umyśle czułem dziwną pustkę, dziwny brak wszelkich myśli i wrażeń; zdawało mi się, że oderwano mnie od świata dającego się określić i że zostałem porzucony nago i bezbronnie na bezbrzeżnem morzu. Bywały chwile, gdy zanosiło się na to, że widzenie się powtórzy i gdy przypomniałem sobie niejasno, w uniesieniu radości lub smutku, winy i czyny chwalebne, szczęście i nieszczęście, lub też z nagłem biciem serca zaczynałem rozważać nadzieje i obawy, pragnienia i dążności, obce zgoła wygodnemu i niezakłóconemu trybowi mego życia; potem zaś budziłem się, drżąc na myśl, że jakaś wielka, przytłaczająca istota przewaliła się przez mą duszę. Wiele czasu zaprawdę upłynęło, zanim to uczucie znikło do szczętu, a nawet i teraz, gdy znalazłem już ostoję duszy w niewzruszonej wierze, mam wielką wyrozumiałość dla ludzi nieustatkowanych wewnętrznie, którzy gromadzą się w kaplicach i na miejscach schadzek pewnych pokątnych sekt, gdyż i ja sam wówczas czułem, jak ustalone zasady i poglądy kruszyły się wobec potęgi, którą może ktoś nazwie histerica passio lub wprost szaleństwem, — była ona jednakowoż tak silna w swem posępnem uniesieniu, że drżę z obawy, by się kiedyś znów nie obudziła i nie wytrąciła mnie z niedawno osiągniętego spokoju.
Gdyśmy o świtaniu przybyli do wielkiej a nawpół pustej stacji, wydawało mi się, że zmieniłem się tak dalece, iż nie byłem już, jak każdy człowiek, chwilką drżącą wobec wieczności, lecz wiecznością płaczącą i śmiejącą się ponad jedną chwilką. A gdyśmy już ruszyli i Michał Robartes zasnął, co przychodziło mu prędko, twarz uśpionego, na której nie było najmniejszego odbicia tego wszystkiego, co mną tak wstrząsnęło i co teraz nie pozwalało mi zmrużyć oka, przedstawiała się mym rozgorączkowanym myślom raczej podobniejsza do maski niż do twarzy. Uroiłem sobie, że człowiek, który krył się poza nią, rozpłynął się, jak sól rozpuszczona w wodzie, i że to oblicze śmiało się i wzdychało, przemawiało i odgrażało się z rozkazu istot większych lub mniejszych od człowieka.
— To nie jest wcale Michał Robartes: Michał Robartes umarł; umarł przed laty dziesięciu, może nawet dwudziestoma! — powtarzałem sobie uporczywie.
Wkońcu zapadłem w gorączkowy sen; od czasu do czasu budziłem się, gdyśmy mijali jakieś małe miasteczko, którego łupkowe dachy lśniły od wilgoci, lub ciche jezioro, połyskujące w chłodnem świetle poranku. Zanadto byłem ogarnięty przesądem, by zapytać, dokąd jedziemy, lub by dostrzec, jakie bilety nabył Michał Robaertes, lecz z kierunku słońca poznawałem, że jedziemy na zachód; następnie po drodze, przy której rosnące drzewa miały podobieństwo do obdartych żebraków, uciekających z pochyloną głową na wschód, wywnioskowałem, że zbliżamy się do wybrzeża zachodniego. Potem znienacka pomiędzy niskiemi wzgórzami po lewej ręce ujrzałem morze, którego mętnoszara powierzchnia łamała się w białe smugi i centki.
Wysiadłszy z pociągu, mieliśmy jeszcze przed sobą, jakem się przekonał, kawał drogi do przebycia piechotą, więc ruszyliśmy, zapinając się szczelnie na wszystkie guziki, gdyż dął wiatr gwałtowny i dokuczliwy. Michał Robartes milczał, a znać na nim było niepokój, że zdał mnie na pastwę mych myśli. Gdyśmy szli, mając z jednej strony morze, a z drugiej skalisty bok wielkiego przylądka, mogłem stwierdzić z nową dokładnością, jakiego wstrętu doznawałyby wszystkie me nałogowe myśli i uczucia, gdyby w ośrodku mego umysłu nie zaszła jakaś tajemna zmiana, albowiem szare bałwany, opierzone kipiącą pianą, stały się objawem brzemiennego, fantastycznego życia wewnętrznego. Gdy zaś Michał Robartes wskazał palcem czworogranny dom o starożytnym wyglądzie z mniejszą i nowszego pochodzenia przybudówką od strony lądu, przyczepioną do samego węgła nadwerężonej i prawie opustoszałej grobli, i rzekł, że to właśnie jest świątynia Róży Alchemicznej, przywidziało mi się, że morze, które bez przerwy obrzucało ją bryzgami białej piany, rości sobie do niej prawo, jako do cząstki jakiegoś nieokreślonego i namiętnego życia, które powstało do walki z niezakłóconym i wygodnym biegiem naszych dni i zamierza pogrążyć świat w nocy tak ciemnej jak ta, która nastąpiła po upadku świata starożytnego. Pewien odłam mojego umysłu drwił sobie z tego urojonego strachu, lecz druga część, która już nawpół nurzała się w przywidzeniach, wsłuchiwała się w szczęk oręża nieznanych zastępów i drżała przed niepojętym fanatyzmem, który tętnił w tych szarych, piętrzących się dunugach.
Przeszliśmy zaledwie kilka kroków obok mola, gdy natknęliśmy się na człowieka, który wyglądał na strażnika, gdyż siedział na przewróconej beczce, koło miejsca, gdzie niedawno mularze pracowali nad wyłomem w grobli, przed sobą miał fajerkę, taką jak to można widzieć przywieszoną pod wózkiem szlifierza lub łatacza garnków. Zauważyłem też, że był nabożnisiem, jak to nazywają wieśniacy, gdyż z gwoździa na obręczy beczki zwieszał się różaniec; gdym go obaczył, zadrżałem, nie zdając sobie sprawy z przyczyny tego dreszczu. Gdyśmy go pozostawili parę piędzi poza sobą, usłyszałem, że począł krzyczeć po gaelicku:
— Bałwochwalcy, bałwochwalcy! bodaj was piekło pochłonęło wraz ze swemi wiedźmami i czartami! przepadnijcie w piekło, żeby śledzie mogły znów przypływać do naszej zatoki! — i tak jeszcze przez czas jakiś słyszałem, jak to darł się w niebogłosy, to mamrotał coś za nami.
— Czy się nie boicie, — odezwałem się, — że ci nieochajni rybołowcy w przystępie rozpaczy mogą wam coś uczynić?
— Ja i moi powiernicy — odparł ów — oddawna już nie dbamy o zniewagi czy pomoc ze strony ludzi, ponieważ jesteśmy obdarzeni duchem nieśmiertelnym, a gdy pomrzemy, będzie to wypełnieniem ostatecznego dzieła. Przyjdzie czas i na owych ludzi i będą składali tępogłowa[1] Artemidzie lub inną rybę jakiemuś nowemu bóstwu, o ile nie własnym swoim bóstwom, jak Dagda z przelewającym się kociołkiem, Lug z włócznią zanurzoną w oleju makowym, aby nie rozgrzewała się w boju, Aengus z trzema ptakami na ramieniu, Bodb wraz ze swym rudym świniopasem i wszystkie bohaterskie dzieci Dany, żeby wznieśli powtórnie swe świątynie z siwych kamieni. Ich panowanie nigdy się nie skończyło, jedynie nieco osłabło w sile, bo Sidhe jeszcze przelatują z każdym podmuchem wiatru, pląsają i bawią się w rojnych zbiegowiskach i staczają gwałtowne utarczki w każdej jaskini i na każdem wzgórzu... ale nie mogą odbudować swych świątyń, póki nie będzie męczeństw i zwycięstw, a może nawet owej zdawna przepowiadanej bitwy na Dolinie Czarnego Wieprza.
Przycisnąwszy się do muru, co okalał groblę od strony morza, celem zabezpieczenia się od bryzgającej piany i wichru, który co chwila groził nam zwaleniem z nóg, zmierzaliśmy w milczeniu do wrzeciądzów czworogrannej budowli. Michał Robartes otworzył je kluczem, na którym widać było rdzę, naniesioną niejednym wiatrem od morza, poczem zaprowadził mnie przez pusty przedsionek i niewyściełane schody do małej izdebki, obstawionej półkami, pełnemi ksiąg. Miano przynieść obiad, składający się wszakże ze samych owoców, gdyż, jak wyjaśnił Robaertes, musiałem się poddać lekkiej wstrzemięźliwości przed obrzędem, a wraz z nim miałem otrzymać księgę ich nauki i prawideł zakonnych, nad którą powinienem był spędzić resztę czasu, póki starczyło światła dnia zimowego. Następnie pożegnał mnie, obiecując powrócić na godzinę przed obrzędem. Zacząłem szperać w książkach i przekonałem się, że był to jeden z najbardziej wyczerpujących księgozbiorów alchemistycznych, jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu. Były tam dzieła Morienusa, który swe nieśmiertelne ciało ukrył pod włosienicą; Avicenny, który był opilcem, a mimo to władał niezliczonemi hufcami duchów; Alfarabiego, który w swej lutni miał tyle nastrojów, że mógł wedle upodobania zmuszać ludzi do śmiechu, płaczu lub zapadania w sen śmiertelny; Lully’ego, który przeobraził się na podobieństwo czerwonego koguta; Flamela, który ze swą żoną Pamellą przed kilkuset laty wynalazł eliksir i jak wieść głosi, żyje po dziś dzień pomiędzy derwiszami w Arabji... i wielu innych mniej sławnych. Było tam niewiele pism mistycznych, któreby nie były alchemicznemi, a to, jak przypuszczałem niemal napewno, dzięki uwielbieniu jednego z wielu bogów i ograniczonemu pojęciu piękna, którego Robartes przestrzegał z niezachwianą konsekwencją; jednakowoż zauważyłem tam całkowity zbiór odbitek z proroczych pism Williama Blake, prawdopodobnie ze względu na tłumy, które cisnęły się ku blaskom jego osoby i były „jako wesołe ryby na fali, gdy księżyc spija nocną rosę“. Dostrzegłem też wielu poetów i prozaików z różnych czasów, ale jedynie tych, którzy byli nieco zmożeni życiem (a tak przecie bywało wszędzie z największymi) i rzucali nam swą imaginację, jako coś, czego już nie potrzebowali, podążając wzwyż w swych ognistych rydwanach.
Wtem posłyszałem stukanie do drzwi; weszła jakaś kobieta i podała na stół odrobinę owoców. Domyślałem się, że musiała być kiedyś piękna; obecnie jednak miała policzki zapadnięte, tak iż, gdybym ją ujrzał gdzieindziej, mógłbym ją posądzać o podniety zmysłowe i żądzę rozkoszy, zamiast, jak to było niewątpliwie, o podniety wyobraźni i żądzę piękna. Zadałem jej kilka pytań, dotyczących obrzędu, lecz nie otrzymawszy innej odpowiedzi nad potrząśnienie głowy, przekonałem się, że wtajemniczenia winienem oczekiwać w milczeniu. Gdym skończył jedzenie, powróciła znowu, a położywszy na stole dziwacznie rzeźbione pudełko bronzowe, zapaliła świece i sprzątnęła talerze i ogryzki. Ledwo znalazłem się sam jeden, podszedłem do pudełka i ujrzałem na pokrywce i po bokach wyrzeźbione pawie Hery, które roztaczały tęczowe ogony na tle, usianem gwiazdami jakgdyby chciały zaznaczyć, że niebiosa są częścią ich świetności. W skrzynce spoczywała książka oprawna w welin; na okładce znajdowała się róża alchemiczna, wykonana w barwach nader delikatnych i w złocie, w którą było wymierzonych wiele dzirytów, jednak bezskutecznie, co uwydatniały potrzaskane groty włóczni, godzących najbliżej okwiatu. Książka pisana była na welinie pięknemi wyraźnemi literami, a pełno w niej było symbolicznych obrazów i iluminacyj na wzór Splendor Solis.
Pierwszy rozdział opowiadał, jak sześciu studentów pochodzenia celtyckiego oddało się, każdy z osobna, badaniom alchemji i jeden z nich dociekł tajemnicy Pelikana, drugi tajemnicy zielonego Smoka, trzeci tajemnicy Orła, inny zaś tajemnicy Soli i Merkurego. Napozór dzięki zbiegowi okoliczności, lecz w istocie, jak wyjaśniała książka, wskutek oddziaływania sił nadprzyrodzonych, zeszli się wszyscy razem w ogródku przy pewnej karczemce w Południowej Francji i kiedy z sobą gwarzyli, nawiedziła ich myśl, że alchemja jest stopniowem oczyszczaniem składników duszy aż do czasu, gdy będą zdolni zrzucić z siebie śmiertelne właściwości i przyoblec się w nieśmiertelność. Zerwała się sowa, szeleszcząc wśród pnączy winorośli kędyś wysoko i zaraz potem nadeszła stara kobieta, wsparta na kiju, i usiadłszy koło mnie, podjęła wątek myśli tam, gdzie owi ją przerwali. Wyłuszczywszy im wszystkie zasady alchemji duchowej, dała im rozkaz, by założyli zakon Róży Alchemicznej, poczem opuściła ich grono, a gdy chcieli iść za nią, nie mogli jej nigdzie odnaleźć. Wówczas związali się w zakon, wspólnie używając swych majętności i czyniąc poszukiwania, a gdy doszli do wielkiej biegłości w wiedzy alchemicznej, poczęły się raz po razu ukazywać pomiędzy nimi różne zjawiska, ucząc ich coraz to innych a dziwnych tajemnic. I tak jeszcze w dalszym ciągu księga ta wyjawiała tyle, ile wolno było wiedzieć neoficie, rozwodząc się na wstępie i przez znaczną część swej długości nad samoistną rzeczywistością naszych myśli, co według jej zapewnienia było nauką, z której wyrastają wszystkie prawdziwe nauki. Jeżeli ktoś (powiadała) wyobraża sobie podobieństwo jakiejś istoty żyjącej, to zaraz owłada niem jakaś błądząca dusza i chodzi ono wszędy, czyniąc dobro i zło, póki nie nadejdzie godzina jego śmierci; podanych było na to mnóstwo przykładów, wziętych rzekomo od wielu bóstw. Eros nauczył ich, jak mają stwarzać kształty, w których mogłaby zamieszkać ubóstwiona dusza, i podszeptywać, co zechcą, śpiącym umysłom. Ale nauczyła ich stwarzać postacie, z których demony mogą wsączać szaleństwo lub sny niespokojne w uśpioną krew. Hermes uczył, że jeżeli wnętrzną potęgą wyobraźni stworzycie psa, aby strzegł was we śnie, będzie on czuwał koło naszego łoża, aż się obudzicie, i odpędzi od was nawet najpotężniejsze złe duchy, — lecz jeśli wyobraźnia wasza będzie słaba, to i pies będzie bezsilny, wobec czego złe duchy wzmogą się na siłach i pies zginie. Zaś Afrodyta uczyła, że jeżeli mocą wyobraźni stworzycie gołąbka srebrno-piórego i rozkażecie, by latał wam nad głową, tedy rozkoszne jego gruchanie sprawi, iż błogie marzenia o nieśmiertelnej miłości gromadzić się będą i gnieździć nad snem śmiertelników. Podobnie też wszystkie inne bóstwa objawiały wśród wielu przestróg i biadań, że wszystkie umysły dają wciąż życie tego rodzaju istotom i puszczają je w świat, by były powodem zdrowia lub chorób, wesela lub szaleństwa. Jeżelibyście chcieli (głosiła dalej książka) nadać kształty złym mocom, powinniście uczynić je brzydkiemi, wyciągając wargę żądzami życiowemi, lub łamiąc ciężarami życia proporcji ciała; lecz moce boskie ukazują się jedynie w pięknych postaciach, a są to, jak były, postacie majaczące poza istnością, ujęte w wiekuiste zachwycenie, dążące z półprzymkniętemi powiekami w senną ciszę. Bezcielesne dusze, które zstępują w te kształty, są tem, co ludzie nazywają usposobieniami i powodują wszystkie wielkie zmiany w świecie; albowiem jak czarnoksiężnik lub artysta może wywołać je kiedy zechce, tak samo i one mogą wywołać z duszy czarnoksiężnika lub artysty, lub gdy są demonami, z duszy szaleńca lub człeka niecnego, każdą stworę, jaka im się żywnie podoba, i za pośrednictwem ich głosu i rysów przedostają się na świat. W ten sposób dokonywały się wszelkie doniosłe zdarzenia; nastrój, bóstwo czy demon, najpierw zstępując w dusze ludzkie niby ciche westchnienie, następnie zaś zmieniając ich myśli i czyny, póki włos, co był płowy, nie zmieni się na czarny, lub włosy, co były czarne, nie staną się płowemi, a królestwa nie przesuną swych granic, jakgdyby były tylko zamiecią liści...
Reszta książki zawierała symbole kształtów, barw i dźwięków oraz ich przynależności do bóstw i demonów, tak iż wtajemniczony mógł nadać kształt każdemu bóstwu czy demonowi i być potężnym, jako Avicenna, pośród tych, którzy przebywają poniżej początku łez i uśmiechu.


Przypisy

  1. Ryba, zwana również sumem morskim. (Przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.