Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


III.

Nie zagajałem rozmowy, gdyśmy jechali pustemi ulicami, gdyż w umyśle czułem dziwną pustkę, dziwny brak wszelkich myśli i wrażeń; zdawało mi się, że oderwano mnie od świata dającego się określić i że zostałem porzucony nago i bezbronnie na bezbrzeżnem morzu. Bywały chwile, gdy zanosiło się na to, że widzenie się powtórzy i gdy przypomniałem sobie niejasno, w uniesieniu radości lub smutku, winy i czyny chwalebne, szczęście i nieszczęście, lub też z nagłem biciem serca zaczynałem rozważać nadzieje i obawy, pragnienia i dążności, obce zgoła wygodnemu i niezakłóconemu trybowi mego życia; potem zaś budziłem się, drżąc na myśl, że jakaś wielka, przytłaczająca istota przewaliła się przez mą duszę. Wiele czasu zaprawdę upłynęło, zanim to uczucie znikło do szczętu, a nawet i teraz, gdy znalazłem już ostoję duszy w niewzruszonej wierze, mam wielką wyrozumiałość dla ludzi nieustatkowanych wewnętrznie, którzy gromadzą się w kaplicach i na miejscach schadzek pewnych pokątnych sekt, gdyż i ja sam wówczas czułem, jak ustalone zasady i poglądy kruszyły się wobec potęgi, którą może ktoś nazwie histerica passio lub wprost szaleństwem, — była ona jednakowoż tak silna w swem posępnem uniesieniu, że drżę

201