Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


której pożądają nieustannie wszystkie rzesze. Wszystko, cokolwiek kiedykolwiek przeżywałem, zdało się przybywać i mieszkać w mem sercu, ja zaś w tem wszystkiem... i nigdybym już nie zaznał powtórnie śmiertelności ani łez, gdybym z oczywistości jasnowidzenia nie spadł nagle w niejasność snu i nie stał się kroplą roztopionego złota, zlatującą z niezmierzoną szybkością przez niebo usiane gwiazdami, a wszędy dokoła nie zaczęło rozbrzmiewać tęskne kwilenie. Leciałem, leciałem i leciałem coraz to niżej, aż kwilenie stało się poprostu lamentem wichru w kominie, a sam obudziłem się i obaczyłem, że siedzę pochylony nad stołem podparłszy głowę rękoma. Spostrzegłem alembik chybocący się z boku na bok w kącie, do którego się zatoczył, oraz Michała Robartesa przyglądającego mi się wyczekająco.
— Pójdę, gdziekolwiek pójdziesz — rzekłem i uczynię, cokolwiek mi rozkażesz, bom przebywał wśród rzeczy wiekuistych.
— Wiedziałem, — odrzekł ów, — że musisz odpowiedzieć, jakeś odpowiedział, skoro posłyszałem, że nadciąga burza. Musisz udać się bardzo daleko, gdyż mamy polecone zbudować świątynię wśród czystego tłumu fal i nieczystego tłumu ludzi.

∗             ∗



200