Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na co drugi głos odpowiedział:
— Zwierciadło pękło na ćwierć i!
A inny głos bardziej oddalony zakrzyknął w uniesieniu radości:
— Zwierciadło podruzgotane na mnóstwo odłamków!
Na to wyciągnął się ku mnie tłum bladych rąk, jakieś dziwne, dostojne twarze pochyliły się nade mną, a jakieś głosy nawpół kwilące, nawpół pieszczotliwe przemawiały słowami, które ulatywały z pamięci, ledwo zostały wypowiedziane. Wydobywałem się z zalewu płomieni i czułem, że wszystkie me wspomnienia, nadzieje, myśli, wola i wszystko, cokolwiek uważałem za własną przynależność, roztapia się i niknie. Następnie zdawało mi się, że się wznoszę pomiędzy niezliczonemi zastępami istot, które, jak rozumiałem, były, rzec można, raczej pewne, niż dające się pomyśleć; każda z nich miała swój wyraz wiekuisty, jednakowo zawsze wzniesione ramię, małą wiązankę półśpiewnych słów na ustach i oczy zamglone snem, o półotwartych powiekach. Zaś potem ominąwszy te zwidy, co były tak piękne, że prawie przekraczały kres bytu, i wycierpiawszy niezwykłe smętki, melancholję o ciężkości jakgdyby wielu światów, wkroczyłem w tę Śmierć, która jest samą Pięknością, i w tę Samotność,

199