Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zdawało mi się, że jużem się zdołał opanować i mówiłem dalej, lecz już głosem bardziej ożywionym:
— Radzę ci zostawić mnie nakoniec w spokoju, gdyż twoje pomysły i wyobrażenia są jeno złudzeniami, które wpełzają, jak robactwo, w cywilizację, która ma się ku schyłkowi i w umysły, co zaczynają podupadać.
Uniosłem się nagłym gniewem i pochwyciwszy alembik ze stołu, chciałem powstać i uderzyć go nim, gdy naraz wydało mi się, że pawie na drzwiach poza nim zaczęły urastać do ogromnych rozmiarów; alembik wypadł mi z ręki i utonął w powodzi piór modrych, zielonych i bronzowych, gdym się szarpał beznadziejnie, posłyszałem odległy głos, przemawiający:
— Nasz mistrz Avicenna napisał, że wszelkie życie powstaje ze zniszczenia.
Migotliwe pióra zakryły mnie całkowicie; zdawałem sobie sprawę, że walczyłem przez setki lat i wkońcu zostałem pokonany. Zapadałem się w przepaść... wtem barwy zielone, modre i bronzowe, które zdawały się, zalewać świat, stały się morzem płomieni i poniosły mnie hen daleko; niesiony ich wirem, słyszałem nad głową mą wołanie:
— Zwierciadło rozbiło się na dwoje!