Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z którymikolwiek spotkałeś się w książkach. Oto Lear, z głową jeszcze mokrą od gromowej ulewy, śmieje się z ciebie, żeś za żywą istotę poczytywał siebie, któryś jest marą, a za marę uważał jego, który jest wiecznym bogiem. A oto Beatrycze z ustami pół-rozchylonemi w uśmiechu: rzekłbyś, że wszystkie gwiazdy chcą przeminąć w westchnieniu miłości. Tam zaś oto Matka Boga pokory, który takim czarem owiał ludzi, iż usiłowali oderwać swe serca od ludzi, by On mógł jedynie w nich królować, lecz Ona w ręce trzyma różę, której każdy płatek jest bóstwem. Tam wreszcie — o niechże przybędzie co żywo!... znajduje się Afrodyta w półcieniu padającym ze skrzydeł nieprzeliczonych ćmy wróbelków, a u jej stóp krążą śnieżne i szare gołąbki.
Wśród sennych zwidów ujrzałem, jak wyciągał lewe ramię i przesuwał po niem prawą dłonią, jakgdyby głaskał skrzydła gołębi. Zdobyłem się na gwałtowny wysiłek, który zdawał się niemal rozdzierać mię wpół i przemówiłem z wymuszoną stanowczością:
— Chciałbyś mnie zanieść w jakiś świat niepojęty, który napełnia mnie grozą, a przecież człowiek tylko o tyle bywa wielkim, o ile zdoła umysłem swoim odbić wszystko z niewzruszoną ścisłością na podobieństwo zwierciadła.

197