Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z obawy, by się kiedyś znów nie obudziła i nie wtrąciła mnie z niedawno osiągniętego spokoju.
Gdyśmy o świtaniu przybyli do wielkiej a nawpół pustej stacji, wydawało mi się, że zmieniłem się tak dalece, iż nie byłem już, jak każdy człowiek, chwilką drżącą wobec wieczności, lecz wiecznością płaczącą i śmiejącą się ponad jedną chwilką. A gdyśmy już ruszyli i Michał Robartes zasnął, co przychodziło mu prędko, twarz uśpionego, na której nie było najmniejszego odbicia tego wszystkiego, co mną tak wstrząsnęło i co teraz nie pozwalało mi zmrużyć oka, przedstawiała się mym rozgorączkowanym myślom raczej podobniejsza do maski niż do twarzy. Uroiłem sobie, że człowiek, który krył się poza nią, rozpłynął się, jak sól rozpuszczona w wodzie, i że to oblicze śmiało się i wzdychało, przemawiało i odgrażało się z rozkazu istot większych lub mniejszych od człowieka.
— To nie jest wcale Michał Robartes: Michał Robartes umarł; umarł przed laty dziesięciu, może nawet dwudziestoma! — powtarzałem sobie uporczywie.
Wkońcu zapadłem w gorączkowy sen; od czasu do czasu budziłem się, gdyśmy mijali jakieś małe miasteczko, którego łupkowe dachy lśniły od wilgoci, lub ciche jezioro, połyskujące w chłodnem

202