Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wają wieśniacy, gdyż z gwoździa na obręczy beczki zwieszał się różaniec; gdym go obaczył, zadrżałem, nie zdając sobie sprawy z przyczyny tego dreszczu. Gdyśmy go pozostawili parę piędzi poza sobą, usłyszałem, że począł krzyczeć po gaelicku:
— Bałwochwalcy, bałwochwalcy! bodaj was piekło pochłonęło wraz ze swemi wiedźmami i czartami! przepadnijcie w piekło, żeby śledzie mogły znów przypływać do naszej zatoki! — i tak jeszcze przez czas jakiś słyszałem, jak to darł się w niebogłosy, to mamrotał coś za nami.
— Czy się nie boicie, — odezwałem się, — że ci nieochajni rybołowcy w przystępie rozpaczy mogą wam coś uczynić?

— Ja i moi powiernicy — odparł ów — oddawna już nie dbamy o zniewagi czy pomoc ze strony ludzi, ponieważ jesteśmy obdarzeni duchem nieśmiertelnym, a gdy pomrzemy, będzie to wypełnieniem ostatecznego dzieła. Przyjdzie czas i na owych ludzi i będą składali tępogłowa[1] Artemidzie lub inną rybę jakiemuś nowemu bóstwu, o ile nie własnym swoim bóstwom, jak Dagda z przelewającym się kociołkiem, Lug z włócznią zanurzoną w oleju makowym, aby nie rozgrzewała się w boju, Aengus z trzema ptakami

  1. Ryba, zwana również sumem morskim. (Przyp. tłum.)
205