Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na ramieniu, Bodb wraz ze swym rudym świniopasem i wszystkie bohaterskie dzieci Dany, żeby wznieśli powtórnie swe świątynie z siwych kamieni. Ich panowanie nigdy się nie skończyło, jedynie nieco osłabło w sile, bo Sidhe jeszcze przelatują z każdym podmuchem wiatru, pląsają i bawią się w rojnych zbiegowiskach i staczają gwałtowne utarczki w każdej jaskini i na każdem wzgórzu... ale nie mogą odbudować swych świątyń, póki nie będzie męczeństw i zwycięstw, a może nawet owej zdawna przepowiadanej bitwy na Dolinie Czarnego Wieprza.
Przycisnąwszy się do muru, co okalał groblę od strony morza, celem zabezpieczenia się od bryzgającej piany i wichru, który co chwila groził nam zwaleniem z nóg, zmierzaliśmy w milczeniu do wrzeciądzów czworogrannej budowli. Michał Robartes otworzył je kluczem, na którym widać było rdzę, naniesioną niejednym wiatrem od morza, poczem zaprowadził mnie przez pusty przedsionek i niewyściełane schody do małej izdebki, obstawionej półkami, pełnemi ksiąg. Miano przynieść obiad, składający się wszakże ze samych owoców, gdyż, jak wyjaśnił Robaertes, musiałem się poddać lekkiej wstrzemięźliwości przed obrzędem, a wraz z nim miałem otrzymać księgę ich nauki i prawideł zakonnych, nad którą

206